
Doceniłam, gdy straciłam – o złośliwości rzeczy martwych
Straciłam 54 000 zdjęć.
Postrzegam siebie jako optymistkę – i to nie jest subiektywna, oderwana od rzeczywistości teoria, bo pogodne myśli i rozwiązania problemów przebiegają przez moją głowę właściwie zupełnie obiektywnie rzecz biorąc, najczęściej. Często słyszę od ludzi dookoła mnie pytania skąd wziąć tyle energii i tyle wiary w to, że się uda. I czy moja bateria kiedyś się wyczerpuje – pewnie, że tak, ale po to śpię 7-8 godzin dziennie, żeby do tego nie dopuścić. A optymizm nie jest kwestią ładowania, przynajmniej tak myślałam – sądziłam, że to studnia bez dna. Dosyć trudno wytrącić mnie z równowagi, nie rozkleiłam się nawet gdy rozstawałam się z pierwszym chłopakiem, a że było to w nastoletnich czasach, jestem z tego naprawdę dumna. Oznajmił mi, że uważa, że już do siebie nie pasujemy i wciąż mnie bardzo lubi, ale jesteśmy zbyt różni, by móc spędzić ze sobą przyszłość. Po latach przyznaję mu całkowitą rację. Przełknęłam ślinę z gorzką wówczas prawdą, uśmiechnęłam się i jak gdyby nigdy nic, powiedziałam, że rozumiem i że to dobre rozwiązanie.
Po latach powiedział mi, że zabolała go moja reakcja i opanowanie, spodziewał się, że wybuchnę płaczem i będę go przekonywała, że dobrze nam razem. Nie wiedział, że kiedy wyszedł, chwyciłam za paczkę chusteczek, kartonik lodów waniliowych i kolejne dni wakacji spędziłam przypominając pandę i to z i tak wyjątkowym dla tego gatunku czarnym obramowaniem oczu.
To nie był jedyny raz, kiedy ktoś złamał mi serce. Później potłukło się, kiedy szef wyznał, że mój projekt jest do kitu (a spędziłam nad nim dziś niewyobrażalnie i niewytłumaczalne nawet dla mnie samej ilości nieopłaconych nadgodzin), kiedy ktoś, kogo nazywałam przyjacielem, obrobił mi w ordynarny sposób tyłek, nie zostawiając na mnie suchej nitki, po tych wszystkich pasmach przysług, które wykonałam dla tej osoby w trakcie kilku lat rzekomej przyjaźni. Złamało się też nieraz kiedy znajomi, z którymi planowaliśmy zostać wspólniczkami, zgarnęli całą pracę dla siebie.
Po tych wszystkich razach, przyjęłam z pokorą naukę, uznałam te sytuacje za MasterClass z asertywności i wydrukowałam sobie w myślach dyplom ukończenia kursu. Jestem dzięki niemu bardziej zdystansowana i asertywna, powinnam go jednak zmaterializować i oprawić w drewnianą ramę.
Czy wspomnienia mnie definiują? Nie, ale są częścią mojej historii, odpowiadają za to, kim jestem. Jestem za nie pełna wdzięczności. Dlatego tak je cenię, wszystkie. Dlatego z takim namaszczeniem je zawsze kolekcjonowałam, robiąc mnóstwo zdjęć, dokumentując cenne chwile. Zapisując na kartach pamięci to, co dobre i to co złe, by było piękną pamiątką albo ważną lekcją. Dlatego tak zabolała mnie utrata 54 000 zdjęć ze wszystkich minionych podróży, filmów z najpiękniejszych przygód i wypraw. Nie da się ich odzyskać, taki werdykt wydało 6 serwisów, choć byłam w stanie wysłać telefon wszędzie i zapłacić za to niemało.
Próbuję pocieszyć się, zasypać się przyjemnościami, żeby znieczulić dłoń, w której brakuje tego telefonu. Choć telefon jak telefon, bardziej chodzi o oczy, którym brakuje świadomości, że mogą w każdej chwili wrócić do tych kadrów, do tych historii, do tych zatrzymanych przez piksele cząstek podróży.
Brakuje mi spokoju, że mogę w każdej chwili sobie je przypomnieć, że mogę je powspominać, obejrzeć to, co już raz tak bardzo ucieszyło oczy.
Zamówiłam kilka dni z rzędu ulubionego pad-thaia, wracając z centrum usiadłam w kawiarni, która zawsze cieszyła mnie swoim designem i pyszną kawą, spotkałam się z chłopakiem, który ma do mnie widoczną słabość od wielu lat i obsypał mnie komplementami. Wszystko po to, by wrócić do domu i stwierdzić, że to nieskuteczna terapia, że czuję stratę mocniej, niż wcześniej, bo nie potrzebuję tych czasoumilaczy, one nie gwarantują mi takiej dawki spokoju i spełnienia jak wspomnienia podróżniczych wyzwań, które przeżyłam.
Jak to się w ogóle stało, że nie da się ich odzyskać?
Urządzenia Apple są trudniejsze w obyciu od innych. Mają szyfrowane dane, mniej elastyczny system, mniejszy dostęp do wielu zakamarków. Serwisy o tym wiedzą, dlatego ceny odzyskiwania danych dla Iphone’ów są niebotycznie wysokie, a gwarancja sukcesu niezapewniona. Szansy na odzyskanie zdjęć w tym konkretnym przypadku wyrażają w procentach niższych niż 30.
Zadzwoniłam też do centrum odzyskiwania danych, które działa również dla prokuratury – usłyszałam, że chyba sobie żartuję, że 128 GB na pewno nie uda się odzyskać, możemy mówić tylko o części tej kolekcji. Koszty natomiast będę musiała ponieść niezależnie od tego czy odzyskamy kilka tysięcy zdjęć (z 54 000 -.- ) czy tylko kilka pojedynczych.
Przybiło mnie to, bo nie mam tylu pieniędzy, żeby za odzyskanie kilku zdjęć płacić w tysiącach. Z resztą gdybym miała, to wydawanie aż takich sum za niepewny zabieg też wydawałoby mi się nierozsądne. I tutaj mózg kłóci się z sercem – te zdjęcia są dla mnie bardzo cenne, mają wielowymiarową wartość, jestem w stanie zrezygnować z wielu rzeczy w tym roku, żeby je odzyskać. Pytanie – jaka cena jest ceną, którą jestem w stanie ponieść, przeklinając pod nosem, wściekając się na wysokość rachunku, ale równocześnie będąc szczęśliwa, że odzyskałam cenne wspomnienia. A ile to już za dużo. I jak się do tych kwot odnosić wiedząc, że część kosztów muszę opłacić również w przypadku niepowodzenia.
W innym miejscu cennik wydawał się rozsądniejszy. Pomyślałam sobie, że w porządku – to wysokie liczby, ale do bardzo bolesnego przełknięcia. Szczególnie, że to też cena lekcji, by nigdy więcej do takiej sytuacji nie dopuścić. Okazało się jednak, że to ceny dla anroida – a cennik dla jabłka jest kilkukrotnie wyższy, ceny mają adnotację “od”. Wypisane były 4 metody odzyskiwania. Co jeśli 3 pierwsze nie dadzą rezultatu i potrzebna będzie ta najbardziej czasochłonna? Ile pieniędzy z oszczędności jestem w stanie włożyć w proces odzyskiwania? I dlaczego są to ceny tak bardzo wysokie? Najbardziej niepokoi mnie metoda nr 4 “od 3999”, like really? A jeśli mam do odzyskania 128 GB, to ile razy musiałabym wygrać w totto lotka, żeby opłacić tę usługę?
Spotkałam się z bardzo religijnymi znajomymi, którzy mnie niemalże wyśmiali, wmawiając mi, że źle postępuję, że moje przywiązanie do minionych chwil rodzi ból, że to wbrew woli stwórcy, że muszę się od tych plików uwolnić i skupić się na przyszłości. Że nie warto inwestować w ich odzyskiwanie.
Może to porównanie nie na miejscu, ale dla mnie to jak okup za córkę – bliscy płacą, bo wiedzą, że i tak nadrobią te pieniądze w przyszłości. Zapłaciłabym prawie każde pieniądze, żeby odzyskać te dane, jakkolwiek naiwnie to zabrzmi. Ale okazuje się, że to nie kwestia pieniędzy, a technologii i jej ograniczeń. Na ten moment nie ma takiej metody.


Kiedyś byłam bardzo sentymentalna – zostawiałam sobie wszystkie małe pamiątki, bilety do kina, mapy z odwiedzonych miejsc, bilety lotnicze. Później stałam się bardziej praktyczna, posegregowałam zgromadzone materiały i zostawiłam sobie tylko te, które wciąż wywołują na mojej twarzy automatyczny uśmiech. Tylko te najcenniejsze. Te 54 000 zdjęć właśnie takie były.
Pracuję, jestem ciałem przy komputerze, wystukuję raporty, wystukuję maile, ale mój umysł jest zawieszony w próżni, a ucho wyczekuje nerwowo telefonu z serwisu. Dni mijają, a telefon milczy – powiedzieli, że jak będą mogli powiedzieć coś konkretnego, od razu zadzwonią.
Uzależniam swoje samopoczucie od wieści na temat nowej szansy na odzyskanie tych danych? Być może. Nie, nie być może. Przed sobą mogę się przyznać, bo nie nakrzyczę na siebie tak, jak religijni znajomi – z pewnością tak. One są dla mnie cenne nie tylko ze względu na to, co przedstawiają, ale też na czas, który im poświęciłam. Czuję się obdarta z kilkuset godzin, prawdopodobnie nawet z kilku lub kilkunastu tysięcy godzin.
To nie były przypadkowe ujęcia, cyknięte byle jak, byleby pokazać koleżance z pracy. Żal mi mojego zaangażowania, zaangażowania ludzi, którzy pomagali mi je zrobić.
Ludzie, którzy mnie otaczają nie widzą problemu. Słyszę “o boże, masakrejszyn, ale kup sobie nowy telefon i po prostu zapomnisz”, “o kurcze, to może się spotkajmy, wypijemy wino, ja ci poopowiadam o moich podbojach w pracy i dzięki temu skupisz się na czymś innym?”
To nie jest kwestia telefonu. No pewnie, że kupię sobie nowy (na razie korzystam z modelu sprzed kilku lat, trzymałam go w szufladzie na wszelki wypadek). Czuję się po prostu jak osoba odpowiedzialna za katastrofę – mogłam do tego nie dopuścić, mogłam się lepiej zabezpieczyć, mogłam przewidzieć takie ryzyko. Tylko, że skutki tej katastrofy technologicznej dotknęły tylko mnie – ludziom nie zrobi różnicy, czy kiedyś zobaczą te zdjęcia, czy nie. Inni wyprodukuję miliardy swoich treści. Dla mnie natomiast te zdjęcia były w pewnym sensie dorobkiem życia, podsumowaniem najpiękniejszych tras, jakie przeżyłam, dokumentacją miejsc, chwil i etapów życia, do których już nie wrócę.
I tutaj słyszę “skoro te zdjęcia były dla ciebie takie ważne, dlaczego ich nigdzie nie wgrałaś i nie zrobiłaś kopii zapasowych?”
“One wcale nie były dla ciebie takie cenne, gdyby były, już dawno miałabyś je w chmurze”
Leżącego się nie kopie, ale przyznaję, że akurat w tym temacie, zasłużyłam. Tylko, że teraz to wiem. Własne lekcje uczą najbrutalniej. Dopóki jesteśmy młodzi i coś nam się nie przydarzyło, myślimy czasami “to dotyka innych, ale ja jestem bezpieczna i technologia mnie lubi, mi się to nie stanie”. Korzystam z chmur, robię sobie kopie zapasowe dla plików przetrzymywanych na komputerze. Mam dyski zewnętrzne i e-przestrzeń.
A telefon… Nauczona przyzwyczajeniem, że na żadnym poprzednim nigdy nie wystąpiła awaria, po prostu żyłam sobie spokojnie, myśląc, że 128 GB to tyle miejsca, że opiekuje się sobą samo.
Nierozsądnie to brzmi, teraz to słyszę, ale wiedza po fakcie nie zmieni konsekwencji niewiedzy przed faktem.
Istnieją rzeczy, których nie można odzyskać, niezależnie od tego jak bardzo się ich pragnie- ale mam nadzieję, że to nie jedna z tych rzeczy.
Cóż. Sama sobie tego piwa naważyłam, teraz muszę je wypić. Mam tylko nadzieję, że jeszcze przyjdą dobre wieści i ktoś doleje mi do niego słodszego, malinowego soku.
. M o g ą C i ę t e ż z a i n t e r e s o w a ć :
Leave a Reply