Przemyślenia, Życiowe

Jestem chomikiem.

Straciłam 54 000 zdjęć. Zapewne więcej niż przeciętny człowiek zrobi przez całe życie.

           Mam cały dysk 1 TB ze zdjęciami ze zdjęciami z podróży i sesji w latach 2016-2018. Ile razy zajrzałam na niego od czasu, kiedy odłączyłam go od komputera? Raz. Tylko dlatego, że szukałam projektu do pracy i pojawiła się myśl, że mogłam przypadkowo zapisać go na tej pamięci. Planowałam kiedyś opublikować te oceany zdjęć, przygotować relacje z tych podróży. Gdyby ktoś oblał ten dysk herbatą albo zrzucił mi go z półki, prawdopodobnie byłabym przybita przez długi, długi czas. Szlochałabym, że utraciłam bezcenne wspomnienia. Ale kiedy jestem świadoma ich posiadania, nie mam czasu do nich wracać. Nie celebruję ich, nie oglądam, nie wywołuję.

Ilość nie idzie w parze z jakością, a mnogość nie jest synonimem szczęścia.

Człowiekowi wystarczy 1-2 dobrych przyjaciół, 1 wierny partner. Aby dobrze się ubierać i mieć zawsze co na siebie zarzucić, nie potrzebuję więcej niż 15 sukienek. Kilka marynarek. Kilka par jeansów i garniturowych spodni.

Próbuję przekonać się, że z każdej podróży wystarczy mi prawdopodobnie kilkadziesiąt bardzo udanych fotografii. No może sto. Ale niekoniecznie 25 000.

Nigdy nie sądziłabym, że nadmiar może być problemem.

Zawsze bałam się niedoboru. Dlatego nie zauważałam kiedy ilość sprawiała, że sprawy wymykały się spod kontroli moich rąk. Nie zorientowałam się, że posiadanie może męczyć.

Mając zbyt wiele, nie jesteśmy w stanie objąć wszystkiego wzrokiem, wszystkiego dopilnować i realnie cieszyć się z posiadania tych rzeczy.

Uzbierałam 5200 par na Tinderze. Oczywiście to efekt dłuższej obecności na tym portalu. Lepsze jest wrogiem dobrego – myślę, że wśród wszystkich rozmówców, spotkałam jednego, który spełniał moje wszystkie kryteria osoby, której szukam. W s z y s t k i e (co generalnie samo w sobie graniczy z  cudem). Niestety, byłam zbyt przywiązana do rozmawiania z tuzinem innych rozmówców, byłam zbyt zaintrygowana tym, że “może pośród nich kryje się ktoś jeszcze fajniejszy’, że nie zorientowałam się w porę, że spotkanie kogoś lepszego jest po prostu nierealne. Nikogo bardziej podobnego do mnie – bo istnieje jakaś granica możliwości, nawet bliźniacy nie są swoimi klonami.  Na tyle, na ile, zdążyłam tę osobę poznać, zajmowaliśmy się tym samym zawodowo, mieliśmy bardzo zbliżony charakter, te same życiowe cele, te same wartości, nawet niemalże identyczne poglądy i plany podróżnicze. Poziom podobieństwa obiektywnie oceniam na 95%. A ja byłam zachłannie zaoferowana tym, że może gdzieś czeka na mnie 100%.

Tym sposobem przegapiłam i finalnie niecałkiem kulturalnie zbyłam chłopaka, z którym znaleźliśmy coś więcej niż wspólny język. Kochałam spędzać z nim czas i z perspektywy czasu – przez 2 lata z nikim nie zbliżyliśmy się nawet do tak fajnego poziomu komunikacji. Ale w tamtym czasie bardzo szybko skreślałam ludzi, kiedy nie pasowała mi choćby jedna mała rzecz – przecież czekało na mnie 5 000 innych rozmówców. Pisałam kiedyś o nieobecnych emocjonalnie mężczyznach, o zgrozo, będąc całkowicie niedostępną emocjonalnie kobietą. Dziś to wiem. Żadne łzy nie przywrócą tamtej znajomości – bo chłopak wyjechał do Warszawy i ma dziś narzeczoną. Nie potrafiłam docenić, to straciłam – logiczne. Nie idealizując go, był wyjątkowo kulturalny, dojrzały emocjonalnie i ambitny, a wiele innych znajomości wykazało  że to rzadkie połączenie.

Ubrania – momentami mówię sobie, że nie wiem skąd wzięła się u mnie słabość do kupowania ich w nadmiarze. Choć boję się, że jednak znam genezę problemu.

Będąc w szkole podstawowej, miałam kilka koleżanek wychowywanych przez rozwiedzionych rodziców. Ich ojcowie płacili na nie alimenty, zgaduję, że niemałe, bo dziewczyny były zawsze zaopatrzone w mnóstwo markowych gadżetów – wiecie, co kilka miesięcy nowy plecak, nowe wyprawki z Myszką Diddle, co kilka tygodni nowe buty Tommiego Hilfigera i nowe sukienki. Małe dziewczynki, które jeszcze rosły! Moi rodzice podchodzili do sprawy racjonalniej i choć pewnie nie zniszczyłoby to domowego budżetu, tłumaczyli mi, że nie ma sensu kupować przyborów szkolnych z logo snobistycznej myszki Diddle, gdzie jeden długopis kosztował tyle ile 20 długopisów no-name, a buty nie muszą kosztować kilkuset złotych, żeby były wygodne. I tak szybko urośnie mi noga. Miałam kilka sweterków, kilka bluz. Zawsze czystych i wyprasowanych.  Ale byłam mała i nie rozumiałam takich pojęć jak konsumpcjonizm czy snobizm i dałam sobie przez koleżanki wmówić, że ponieważ nie posiadam markowych rzeczy, jestem gorsza.  Lubiły się wywyższać z racji posiadania określonych rzeczy i bardzo często się nimi przechwalały.

Przy pierwszej lepszej okazji, kupiłam sobie za pieniądze dostane na urodziny kilka ołówków wspomnianej myszki, długopis i notes. To mnie na chwilę uszczęśliwiło, traktowałam te przedmioty jak świętość. Nie spotkałam się z aprobatą koleżanek (bo ich zdaniem to była za mała kolekcja), ale swoim dziecięcym tokiem rozumowania uznałam, że “mam już coś z luksusowych rzeczy, czyniących innych lepszymi”.

Pierwsze zarobione pieniądze, jeszcze przed 18 – dorabiałam sobie udzielając korepetycji, uśmiechając się na różnych akcjach promocyjnych jako hostessa czy przeliczając produkty na inwentaryzacjach – wydawałam na ubrania. Najczęściej na wyprzedażach, bo wówczas mogłam kupić tych ubrań znacznie więcej. Były to szalone ilości, a głównym celem zakupowym była ZARA. Szłam w ilość, czując w podświadomości, że teraz o siebie dbam, bo kupuję ubrania, które przydadzą mi się też w przyszłości i teraz kupię np. 20 par spodni, a za to nie będę musiała kupować za rok. Przyznam, to był dziwny tok myślenia, ale naprawdę tak myślałam. Myślałam, że “przyszła ‘ja’ będzie wdzięczna za takie ilości super ubrań.

Oczywiście tak się nie stało, bo ubrania notorycznie chomikowałam, zostawiałam je sobie na ‘wieczne nigdy’ i na tak zwane ‘lepsze okazje’ i po czasie albo już i tak bym się w nie nie zmieściła (mając 18 lat nosiłam rozmiar 34/36), albo mój gust trochę wydoroślał i np. wiedziałam już, że żółte spodnie raczej nie są tym, w czym wyglądam najlepiej.

Moja szafa pękała w szwach, a pewnego dnia, dotarły do mnie słuchy, że dwie dziewczyny, które nazywałam ‘najlepszymi przyjaciółkami’ (a co za tym idzie, bywały u mnie dosyć często) rozsiewają plotki, że mam sponsora, który kupuje mi spodnie i sukienki z Zary. Na początku mnie to szczerze rozbawiło, a później bardzo zabolało. Dziś wiem, że przemawiała przez nie zazdrość (bo akurat te dziewczyny nigdy nigdzie sobie nie dorabiały, nie były z niczego na tyle dobre, żeby udzielać korków, nie chciało im się szukać inwentaryzacji czy akcji promocyjnych w internecie).

Mając 23 lata postanowiłam sprzedać większość tych rzeczy. Okazało się to niełatwe, choć duża część była z metkami. Ich wartość po prostu zmalała + sprzedając cokolwiek w sieci, trzeba nastawić się na to, że to czasochłonne zajęcie. Każdy dopytuje o wymiary, prosi o dodatkowe zdjęcia. Miliardy godzin pracy. Niezwracające się absolutnie.

Nie płaczę nad tym rozlanym mlekiem, bo dziś już wiem – ubrania to najgorsza inwestycja. Kiedy jestem pewna siebie, i w białym, bawełnianym tshircie no-name, zaprezentuję się jak kobieta sukcesu. Kiedy dopatruję się dowartościowania w metkach, nawet gdybym miała na sobie najpiękniejszą czy najdroższą sukienkę świata, przez ubrania będzie widać moją niepewność.

Gdybym mogła cofnąć się w czasie – powiedziałabym nastoletniej sobie, że nie potrzebuję tych rzeczy. Że jedyne, czego potrzebuję, to przestać słuchać nieżyczliwych koleżanek i zacząć doceniać to, kim jestem i jaka jestem. Spojrzeć do środka, zamiast na zewnątrz.

Kiedy zrozumiałam, że rzeczy poczucia spełnienia i życiowej satysfakcji mi nie dają, postanowiłam inwestować w przeżycia i doświadczenia. Książki (bardziej ich treść, niż samo ich posiadanie – część przeczytałam dzięki znajomym czy bibliotekom), spotkania z inspirującymi ludźmi i podróże.

Problem pojawił się przy tych ostatnich – długotrwałe wspomnienia dają nam mnóstwo szczęścia, tak brzmiało moje autentyczne odkrycie. A jak inaczej sprawić, aby te wspomnienia żyły jeszcze dłużej, jeśli nie poprzez zdjęcia? Dlatego fotografowałam, fotografowałam, fotografowałam. Kocham każde pojedyncze zdjęcie, choć rzadko do nich wracam. Kiedy straciłam 54 000 z nich, okazało się, że kochałam je aż za mocno – ich utrata bardzo mnie podłamała.

Końcowa myśl jest właściwie taka: Nie chcę przeczekać życia, czekając na lepsze momenty, na ważniejsze okazje. Gromadząc rzeczy na przyszłość, która może przecież nie nadejść. Nie chcę wiecznie czekać i przygotowywać się na coś, co nadejdzie kiedyś tam. Życie toczy się teraz.

. M o g ą   C i ę    t e ż    z a i n t e r e s o w a ć :

Leave a Reply