
Instagram: Czy dążenie do maksymalnej spójności zabija spontaniczność i autentyczność?
Wojtek: Współczesna sieć odmóżdża. Na każdym kroku te same motywy, powielone milion razy. Uśmiechnięte, identyczne, na siłę upodabniające się do siebie dziewczyny o wzroku tęskniącym za rozumem. Słowa, które nie mają znaczenia i są tylko bezmyślnie przepisywane, często z błędami. Nie wiem jak można d o b r o w o l n i e wplątywać się w pułapkę mediów społecznościowych. To wyścig donikąd. Ktoś ma pasję albo jakąś zajawkę? Fajnie, ale po co dawać o tym znać całemu światu? Takich ludzi są miliony i nie mają już żadnego znaczenia.
Ja (trochę obruszona oczywiście) : Wciąż mają znaczenie, bo każdy pomysł jest zupełnie inny, nawet jeśli pozornie wydaje się podobny. Gdyby wszyscy się z Tobą zgodzili i uznali, że nie ma sensu dzielić się z nikim własnymi przemyśleniami czy twórczością, nie mielibyśmy artystów, muzyków, pisarzy, scenarzystów, reżyserów… Nikogo – bo po co? Coś podobnego zostało już kiedyś stworzone, a istnieje ryzyko, że ich działanie nie będzie miało gigantycznego znaczenia na skalę światową. Z resztą wielu ludzi, których lubisz jest uzależnionych od mediów społecznościowych – w tym ja – więc musimy sobie odnaleźć inny, bezpieczniejszy temat do dyskusji! Po co się kłócić, skoro mamy jeszcze niedopitą herbatę!
Wojtek: Tylko błagam, powiedz, że nie od Instagrama, bo to największa świątynia infantylności, jaką znam. Wszędzie te same filtry, te same kompozycje, wszystko ułożone pod kolor, takie samo i kompletnie bez sensu. Przejrzałem niedawno kilka kont i wyglądały jak bezosobowe, ułożone przez robota klocki, w których musi zgadzać się jedynie rozmieszczenie barw. Selfie, jedzenie, którego nikt nie przyrządził w domu, porozrzucane po podłodze dodatki, coraz mniej autentyczne reklamy i lokowania produktów.
Dalsza rozmowa potoczyła się dosyć spokojnie i nikt nie wylał na nikogo zawartości kubka (gdybyście chcieli zapytać) 😀 Nie zgadzałam się z dosyć radykalnymi poglądami znajomego – sami wiecie, Instagram to moje uzależnienie i poniekąd praca (często przejmuję konta klientów), ale słowa Wojtka dały mi do myślenia. Czasami dopadają mnie podobne myśli – wszystko jest takie podobne, wielokrotnie powielane i… zbyt idealne, by mogło być realne.
. Instagramowy perfekcjonizm, czyli symetryczna owsianka, codziennie inny bukiet kwiatów i czerwone usta o 6 rano
Instagram momentami przypomina niekończący się katalog Ikei. Biel, pastele, reklamowe uśmiechy, świeże kwiaty, wiecznie zielone rośliny, kobiety prężące się w wysokich szpilkach bez cienia bólu i cierpienia na twarzy. Wielu ludzi pyta – gdzie istnieje taka rzeczywistość i tak piękna codzienność? Instagrammerki o świcie wrzucają fotografię, na której uwieczniły nienaganne, elegancko podane śniadanie (składające się z co najmniej kilku składników!), kawę z idealną pianką i róże, które sprawiają wrażenie dopiero co uciętych. Przeciętny człowiek o 6-7 rano ma przecież zapuchnięte oczy i ledwo co zdąży uszykować sobie szybką kanapkę, bo zegar nieubłaganie tyka. Czy instagrammerki mają inne, wolniejsze zegary?
Często za szybko zakładamy, że ich rzeczywistość wygląda dokładnie tak jak na zdjęciu. Przecież fotografie da się przygotować z dużym wyprzedzeniem, w wolnym dniu, na zapas. To, że na każdym zdjęciu znajduje się bukiet róż, nie musi wcale oznaczać, że dana osoba tak bardzo wspiera rozwój lokalnej kwiaciarni. To może być ten sam bukiet, sfotografowany w milionach konfiguracji w ciągu jednego weekendu. Kulisy powstawania instagramowych zdjęć wyglądają czasami nieco zaskakująco – ten temat poruszyłam z resztą w poprzednim wpisie, o tutaj: Kulisy Instagramowej Rzeczywistości.
. Jesteś tym, co fotografujesz
Często słyszę pytanie “Dlaczego ludzie na Instagramie udają, że ich życie jest piękniejsze, niż naprawdę jest?” – i odpowiedź wydaje się prosta. Instagramowe zdjęcia działają trochę jak mantra – kiedy codziennie powtarzamy sobie, że w małych szczegółach naszej codzienności tkwi olbrzymie piękno, prędzej czy później zaczynamy w to wierzyć i coraz bardziej utożsamiamy się z tym podejściem. A kiedy zaczynamy zakładać, że piękno tkwi we wszystkim, co nas otacza, życie automatycznie staje się bardziej niezwykłe i o wiele bardziej cieszymy się z każdej, nawet drobnej przyjemności.
Nie da się przez dłuższy czas publikować czegoś, z czym się nie zgadzamy. Nie da się zachwalać świadomego życia i codziennie pochłaniać 10 cheesburgerów, chodzić spać o 5 i wstawać o 7. Nasiąkamy tym, co piszemy i tym, co fotografujemy.
Kiedy zauważyłam jak fotogeniczne są kwiaty i jakiej przytulności nadają wnętrzom, zaczęłam częściej zahaczać o ryneczek, na którym za niewielkie pieniądze dostanę uroczy bukiet. Od kiedy zauważyłam, że na zdjęciach najlepiej prezentuje się na mnie czerwień, bo podbija kolor skóry, zaczęłam wybierać rzeczy w tymże kolorze. Od kiedy publikuję raz na jakiś czas zdjęcia książek, które czytam, a wy podsyłacie mi na DM te, które pochłaniacie, czytam zdecydowanie więcej i częściej.
Instagram wpływa na codzienność, a z czasem różnice pomiędzy tym, co publikujemy, a tym, jak żyjemy, zaczynają się zacierać.
. Co tak naprawdę lubią nasze oczy?
Mimo wszystko: Instagram zalatuje czasami małymi kłamstwami – niewinnymi little white lies – upiększonym światem – ale i tak mamy do niego słabość. Jadę tramwajem, nie siadam, żeby spalić te 4 kalorie więcej i móc bez wyrzutów sumienia zjeść na kolację kebsa z ulubionym sosem (żartuję, nie siadam, bo po prostu nie ma już miejsc) i co widzę? Wszyscy scrollują to uzależniające medium.
Dlaczego tak bardzo lubimy podglądać wyidealizowaną rzeczywistość innych? Może dlatego, że chcemy wierzyć w to, że lepsze życie jest możliwe i się nim zainspirować. Lubimy jasne kolory, symetrię, ociekające cukrem i lukrem słodycze (przynajmniej na zdjęciach – ja na przykład odnajduję dziką przyjemność w ich oglądaniu, ale do ust bym ich pewnie nie wzięła! 😀 ), piękne zwierzaki, których nie mamy, więc nie możemy ich dotknąć i pogłaskać i obraz musi nam wystarczyć. I lubimy spójność. Kiedy widzimy spójne konto, łatwiej nam zaufać jego autorce/autorowi, bo wiemy jakich zdjęć i treści spodziewać się w przyszłości. Przynajmniej tak teoretycznie.
. Kolory, przesłanie czy treść?
Jakiś czas temu postanowiłam, że wybiorę sobie kolory przewodnie, które staną się barwami alfa i zdominują mój feed. Miałam akurat zgromadzony zapas fotografii, na których przeważała czerwień, zieleń i biel. Pomyślałam – eureka, to one! Dzień po dniu publikowałam archiwalne zdjęcia, oczywiście wyłącznie w wyznaczonej tonacji. Z ekscytacją podglądałam siatkę swoich kwadracików i szybko zauważyłam, że zaczyna się robić estetycznie i spójnie. Ale… Już po kilku tygodniach ekscytacja zniknęła, a zastąpiła ją nuda i rosnące w siłę przekonanie, że chyba jednak nie umiem zamknąć swojego życia w trzech kolorach – no hej, ono przecież wcale nie jest zielono-biało-czerwone! Te kolory na pewno pasują do mnie trafniej niż róż czy fiolet, ale wciąż nie są mi na tyle bliskie, aby na ich rzecz zrezygnować ze wszystkich pozostałych. Czułam się ograniczona, bo wiedziałam, że wiele pięknych momentów, które chciałabym uchwycić, nie pasuje do “estetyki”, którą sobie narzuciłam. Będę mogła je wrzucić, ale kiedy? Za miesiąc, dwa? No cóż, z pewnością dopiero wtedy, kiedy zrezygnuję z tego schematu. I wtedy w mojej głowie kiełkująca myśl o rezygnacji z “estetycznego planu” urosła do jeszcze większych rozmiarów.
Zaczęłam się zastanawiać dla jakiej idei tak naprawdę prowadzę to konto i co jest w nim dla mnie najważniejsze? Kiedyś to małe miejsce w sieci pełniło rolę mojego pamiętnika. Fotoalbumu, który pomieści wszystkie wspomnienia, bo nie ma ograniczonej liczby stron. I fajnie było tak beztrosko wrzucić wieczorem fotę z podpisem “to moja dzisiejsza kawa – z podwójnym mlekiem, aby nieco rozjaśnić ten poniedziałek puszystą bielą!” – i było bezproblemowo, łatwo i zabawnie. Publikacja zajmowała dwie minuty. A z czasem sprawy zaczęły się komplikować – aż do apogeum, kiedy wybór zdjęcia, obróbka i przemyślenie podpisu pod nim potrafiły zająć mi nawet i dwie godziny. Jedni powiedzą, że to rozwój i wzrost wrażliwości na szczegóły – ale czy na pewno? Może to utrudnianie sobie kwestii, która nie powinna być wcale skomplikowana? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, bo każdego dnia (w zależności od ilości wolnego czasu, haha) mam na to nieco inne spojrzenie.
Wszyscy powtarzają, że konto powinno być spójne w trzech wymiarach:
- kolorystycznym/kompozycyjnym
- tematycznym
- światopoglądowym.
Co w skrócie oznacza, że powinniśmy trzymać się ulubionych barw; jednej tematyki, żeby czytelnik wiedział, czego się po nas spodziewać i czego u nas szukać, jak i jednego stylu życia – czyli jeśli na przykład uparcie promujemy kult #theartofslowliving, nie powinniśmy pokazywać szamki w McDonaldzie i nerwowego biegu na tramwaj, bo to niespójne z światopoglądem, który wcześniej polecaliśmy. Mindfuck kompletny, bo okazuje się, że powinniśmy częściowo zrezygnować z bycia sobą, żeby tworzyć spójniejszą całość. No i na co komu taka spójność?
If we try to make everything perfect,
nothing will be real anymore.
. Kwadraciki mają nad nami władzę?
Przeglądając Instagrama (a robię to zdecydowanie za często, ale wiecie jak to jest z nałogami…Telefon sam wyjmuje się z kieszeni, nawet zanim po niego świadomie sięgnę 😀 ) widzę miliony podobnych ujęć i powielające się trendy – i tutaj może nawet odrobinę przytaknę Wojtkowi. Kiedy na jednym olbrzymim koncie pojawi się filiżanka w towarzystwie koca z grubszym splotem i gipsówki, za kilka dni będzie miał miejsce wysyp zdjęć z tymi samymi elementami. Będą się mnożyły jak grzyby po deszczu. No i tutaj pojawia się kolejny trudny temat – gdzie leży cienka granica pomiędzy inspiracją a kopią?
Wydaje mi się, że w przypadku tak łatwo dostępnych elementów, granica leży jednak odrobinę dalej i zbliżając się do niej, od razu jej nie przekraczamy. Co jeśli i Ty będziesz miał/a ochotę pstryknąć kadr ze swoim starym wełnianym kocem, filiżanką porannej kawy i gipsówką, którą zbiegiem okoliczności kwiaciarka wplotła w urodzinowy bukiet, który wciąż stoi na stole w salonie? Co jeśli zdjęcie podpatrzone na koncie znanej bloggerki natchnie Cię i przypomni Ci, że też kochasz te kwiaty, koce w podobnym stylu i też masz ochotę na porcję kofeiny?
Nie popadajmy w skrajności ani w paranoję. To przecież ma być przyjemność, a nie niekończący się dylemat.
. Zrób sobie przerwę!
Kilka dni “wolności” od publikowania zdjęć pozwoli Ci podejść do tematu z większym dystansem. Spojrzysz na własny feed bardziej obiektywnie i łatwiej będzie Ci zadecydować na czym najbardziej Ci zależy i jakie zdjęcia będą najbardziej Twoje. Pomyśl co jest Twoją charakterystyczną cechą i czymś co Cię wyróżnia. To właśnie na tym na dłuższą metę warto się skupić 😉 Koniecznie dajcie znać do jakich wniosków doszliście i co myślicie na temat owej spójności – czy warto za nią podążać? Jakie konta najbardziej Was inspirują? Są przepełnione spójnością, czy wręcz przeciwnie, zdominował je spontaniczny artyzm?
Sara Sztandarska
Kwiecień 18, 2020 at 9:58 amJa iem, że ten post jest dość “stary”, ale jakże na czasie.
Non stop spotykam się z tym samym feed’em na IG.
Ja traktuję swój instagram jako pamietnik online. Wrzucam wiele rzeczy z własnego życia, typowy lifestyle. Nie chcę tego zmieniać, bo to własnie JA. Pokazuje samą siebie, bliskich.
Chodzi o to aby w dobie nierealności móc stworzyć coś swojego, rzeczywistego.
Wiadomo, że ładne zdjęcia i inne gadżety są ważne, ale pokazujmy siebie 🙂
Dziękuję za ten wspis i pozwolę go sobie udpstępnić na moim FP 🙂
Pozdrawiam,
eS 🙂