
Początek nowej przygody!
Nowy początek czy powrót?
Jedni mówią: nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, bo nurt z biegiem czasu zmienia tempo, a wodorosty stają się bardziej toksyczne. Są jednak rzeki, które uczą pływać na tyle najróżniejszych sposobów, że warto do nich wchodzić – choćby i tysiąckrotnie! Najpierw nieśmiało zamoczyć stopę, a później rzucić się dalej i głębiej: byleby z uśmiechem na ustach i nadzieją, że będzie to piękna przygoda. Taką rzeką jest właśnie blogosfera.
Ja postanowiłam zanurzyć się w niej w 2010 roku. Wyszłam po 4 latach, mocno przemoczona, z kiełkującą w głowie myślą, że pora na przerwę i wyjście na ląd (ląd nauki, pracy i studiowania).
Są przerwy długie i krótkie.
Moja była bardzo długa, ale zawsze wiedziałam, że na pewno jest tylko przeciągającą się przerwą, a nie ostatecznym końcem. Przez te wszystkie lata miałam szeroko otwarte oczy: chłonęłam inspiracje, obserwowałam rzeczywistość, zbierałam energię i opracowywałam w głowie pomysły na daleką przyszłość. Ale nawet najbardziej odległa przyszłość ma to do siebie, że prędzej czy później nadchodzi – właśnie dlatego w pewnym momencie musiałam tupnąć nogą i krzyknąć na siebie, żeby to do mnie dotarło: PRZYSZŁOŚĆ ZACZYNA SIĘ TERAZ! Nie mogę zwlekać w nieskończoność i gromadzić w głowie tych wszystkich wymarzonych planów i koncepcji, bo w końcu zaczną się w niej tłoczyć i będzie ich tyle, że się wzajemnie stratują. I przepadną. Dlatego jestem tutaj, żeby je uratować. I żeby tchnąć w nie trochę życia i pokazać im świat na zewnątrz: nie mogą przecież ciągle siedzieć w mojej czaszce! Hej, pora stamtąd wyjść, bo na pewno jest im tam bardzo duszno! I przy okazji, moim celem będzie zmotywowanie Was, żebyście zrobili to samo. Razem raźniej!
„Szczęście polega na zdobywaniu tego, na co od dawna się czekało.”
Czekanie jest przyjemne – co więcej, wielu ludzi powtarza jak mantrę, że samo czekanie jest najprzyjemniejsze. Ale każdy proces musi się przecież jakoś zakończyć– a najlepiej happy endem! Jestem wielbicielką happy endów (w książkach, w filmach i przede wszystkim – W ŻYCIU!) i właśnie dlatego uważam, że szczęśliwa finalizacja jest najpiękniejszym etapem każdego działania. I tylko ona tworzy miejsce na progres, na kolejne wyzwanie, na jeszcze ambitniejszy plan, na wprowadzenie w życie następnego, jeszcze większego marzenia. Tylko ona motywuje i daje wiarę w to, że jednak da się osiągnąć to, o co zabiegaliśmy! Gonienie króliczka może i jest fascynujące, ale nikt mi nie wmówi, że jest lepsze od trzymania go na własnych kolanach i gładzenia jego miękkiego futerka. I wspólnego jedzenia marchewki. I tych wszystkich pięknych chwil. Co to, to nie!
Dlatego zamiast czekać i czekać, postanowiłam w końcu wziąć sprawy w swoje ręce. Wiecie, przybliżyć się do tego przysłowiowego króliczka. Wykupiłam hosting, domenę, szablon i… Jestem tutaj! Szczerze mówiąc radość wystukiwania treści tego wpisu w edytorze WordPressa jest o wiele większa niż którykolwiek moment planowania i czekania.
Namiastka blogowania?
Od dawna rozładowywałam tęsknotę za własną stroną prowadząc konto na Instagramie – to też często w niewyjaśniony, kompletnie nielogiczny sposób mnie uszczęśliwiało i wciąż uszczęśliwia, ale Instagram to Instagram: no wiecie, istnieje limit znaków (a minimalizm słowny nigdy nie był moją mocną stroną!), konieczność wyboru małej ilości zdjęć + ból związany z zanikiem ich jakości. Stąd pomysł, aby stworzyć coś większego, coś o nieograniczonej przestrzeni.
Miłość trzeba celebrować. Każdą miłość!
Wiodę życie wielbicielki fotografii, gotowania (w duecie z jedzeniem oczywiście!), podróży, psychologii, mody i internetowego marketingu. Za dużo tych miłości – trzeba je gdzieś uporządkować, żeby ich konsumpcja była bardziej świadoma! Zakochani nastolatkowie pstrykają sobie miliony zdjęć – „to my podczas jedzenia pizzy, to my nad morzem, a to my podczas intensywnej wymiany śliny” – i ja też chcę uwiecznić swoją miłość! Oni mają stuprocentową rację, chwile uniesienia i szczęścia trzeba dokumentować. I się nimi dzielić – bo jedni będą od tego wymiotowali tęczą, ale inni będą zainspirowani i na nowo uwierzą w istnienie pozytywnych emocji. I pomyślą sobie „to kiedyś będę ja”. I będą. Wierzę w to razem z nimi, bo ze mną było podobnie – czytałam i oglądałam wpisy szczęśliwych bloggerek i cichy głos z tyłu głowy mówił mi „to kiedyś będziesz Ty!”. I jestem. Jestem bloggerką. Momentami bardzo szczęśliwą, więc (prawie) wszystko się zgadza!
Poszukiwania klucza. I drzwi.
Mówią, że kluczem do sukcesu i jego główną składową jest pozytywna energia – której posiadania i pomnażania wciąż się uczę. Tuż obok pogłębiania tajników zdrowego gotowania, odkrywania miejsc serwujących kulinarne grzeszki (żeby była równowaga!), polepszania swojego fotograficznego warsztatu, analizowania marketingowych trendów, czytania życiowych poradników, które wcale nie ułatwiają życia i zastanawiania się w co się jutro ubrać, żeby wyglądać kobieco, a przy tym nie zmarznąć. Ponieważ szczęście i wiedza to jedne z tych niewielu ‘rzeczy’, których podczas dzielenia się z innymi nie ubywa, a przybywa, to chciałabym się nimi z Wami podzielić. Tak samo jak błędami i sukcesami w tych dziedzinach: wymieńmy się nimi, żeby porównać spostrzeżenia!
Tutaj. W moich nowych, skromnych, wirtualnych progach.
Naprawdę brakowało mi miejsca, gdzie mogłabym wrzucić coś swojego. Miejsca wielowymiarowego – takiej przestrzeni, w której mogłabym opublikować absolutnie wszystko. Przemyślenia, zdjęcia z sesji, zdjęcia moich stylizacji, inspiracje, fotorelację z tripów po Europie (i nie tylko!). Miejsca, które pełniłoby rolę mojej cyber-szuflady. Kosza na kreatywne produkty i twórcze odpadki mojego życia.
Skoro kosz już ustawiony, a raczej zainstalowany, pora wrzucać do niego wszystkie nienamacalne notatki. Obiecuję, że zrobię co w mojej mocy, aby ten kosz nie był koszem na śmieci, a koszem z pozytywną energią, inspiracjami i miłością do świata. Zaglądajcie do niego i wyjmujcie to, po co najwygodniej się Wam sięga.
Kimkolwiek jesteś, dziękuję, że czytasz moje słowa. Mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej.
K.
Leave a Reply