O książkach

Co (prze)czytam w czerwcu

Kiedy byłam nastolatką, pochłaniałam książki tak jakby ktoś miał niedługo spalić wszystkie biblioteki i księgarnie i musiałabym się bardzo śpieszyć, żeby zdążyć pochłonąć jak najwięcej treści, zanim się to stanie. 

Czytałam wręcz wyścigowo, ścigając się sama ze sobą i z wyznaczanymi sobie terminami.  Zawsze przytłaczało mnie to ile sklepowych i bibliotecznych półek uginało się pod tysiącami tytułów, a ja nie odkryłam nigdy patentu jak czytać kilka naraz . Zarywałam noce, by nacieszyć się perypetiami bohaterów, którzy stawali się mi niemalże tak bliscy jak osiedlowi kumple i zasypiałam dopiero wtedy, gdy poznałam już happy end lub jego druzgocący brak.

Później na jakimś etapie czytanie przestało być moją ukochaną ucieczką od rzeczywistości, alternatywnym światem, do którego z taką przyjemnością co popołudnie chodziłam. Przyszła jak to mówią, proza życia: w szkole było coraz więcej zadawane, lista obowiązkowych lektur ciągle się wydłużała, a wraz z nią skracał się mój czas na czytanie osobistych wyborów, bo doba nieubłaganie nie chciała dać się uformować i rozciągać tak jak rozgrzana plastelina. Czytanie stało się przymusem, zadaniem do odhaczenia, a z mojego apetytu na nowe treści niewiele zostało.

Po latach, dosyć długo po pożegnaniu z wertowaniem po nocach repetytoriów z chemii czy biologii, żeby lepiej wypaść na kartkówce i nie podpadać nauczycielom, miłość powróciła, bo jak się okazało, nigdy do końca nie zardzewiała. Przypomniałam sobie jaką frajdą jest połykanie ciekawych książek, książek, których nikt nie każe mi znać, ale tych, które sama zadecyduję, że znać muszę. Nie chcę się już rozstawać z tym uczuciem, z tą całkowicie niegroźną, a właściwie w wielu kwestiach pomagającą w życiu, zajawką. Czasu wciąż nie ma w nadmiarze, bo wiadomo: dorosłe życie nie jest usłane wolnymi godzinami i masą urlopów, ale kiedy jest się dobrym przemytnikiem, znajdzie się sposób, by każdego dnia przemycić do grafiku kilkadziesiąt stron.

Dlatego postanowiłam stworzyć nowy cykl, serię postów, które już wiem, że będę kochała. I mam nadzieję, że i wy je polubicie. Będzie to krótkie streszczenie moich czytelniczych planów na kolejny miesiąc – plany, cele, tytuły, w których się zauroczyłam i chcę tę fascynację szybko skonsumować. Wraz z wytłumaczeniem dlaczego akurat one i co mnie w nich tak mocno pociąga. I dlaczego sądzę, że i wy możecie odnaleźć w nich inspirację.

Oczywiście na razie przybliżam dlaczego zdecydowałam się na sięgnięcie po daną książkę lub takie zakupy – i dlaczego chcę dane tytuły spałaszować. Co miesiąc pojawi się też raport małych czytelniczych sukcesów, zweryfikowanie czy udało się przez te treści przebrnąć i co mogę o nich powiedzieć już po bardzo osobistym poznaniu każdej strony, od pierwszej do ostatniej. To co, zaczynamy?

o książkach czerwiec 2020 recenzje nowości wydawnicze

1. Tajne życie. Kobieta w służbie CIA // Amarylis Fox

Severski powiedział o niej “Pełna napięcia, odsłaniająca wiele tajemnic”. Te słowa sprawiły, że mój tata postanowił sięgnąć po tę książkę pierwszy i po przeczytaniu jej w 2 dni powiedział, że jest naprawdę niezła, szczególnie dla wielbicieli takiego dreszczyku podczas czytania. Ważne sprostowanie: on użył tego wyrazu bez zdrobnienia, co może też być cenną wskazówką. Mało która powieść wywołuje we mnie skrajne emocje, więc w tej pokładam nadzieję. Nienawidzę broni, wojny, jestem zdecydowaną pacyfistką, ale chętnie poczytam jak wyglądają takie misje – na papierze jest im zdecydowanie najbezpieczniej. Swoją drogą podobno w przygotowaniu jest już serial na podstawie tej książki.

tajne życie kobieta w służbie CIA recenzja

2. Idź krok po kroku // Erling Kagge

Czuję, że to będzie krótka (tylko 157 stron), ale piękna podróż przez kolejne kartki. Z tego co wyczytałam przed decyzją, że chcę tę książkę w swoim egzemplarzu, to częściowo opowieść, częściowo poradnik, a częściowo zbiór naukowych faktów. Jej tył głosił tak i mnie tym absolutnie kupił: Prowokująca do myślenia książka o czerpaniu korzyści z szukania własnej drogi i kontrolowaniu emocji. Tak. A kolejny akapit kupił mnie już w całości: Ta książka to akt buntu wobec szybkiego, bezwzględnego i głośnego świata, będącego w wiecznej pogoni za dobrami materialnymi i bogactwem. I największa ciekawostka – autorem tego tytułu jest norweski podróżnik, pierwszy człowiek, który SAMOTNIE dotarł na biegun południowy i północny, zdobył też Mount Everest i przepłynął dwukrotnie Ocean Atlantycki. Chylę czoła i wiem, że to z jego słowami spędzę ten weekend.

idź krok po kroku recenzja

3. Maksimum osiągnięć. Jak być sobą, cieszyć się życiem i osiągać to, co dla Ciebie najlepsze // Brian Tracy

Kto nie słyszał o tym autorze? To twórca wielu kultowych pozycji z kategorii rozwoju osobistego. Jedni zarzucają mu, że jego styl motywowania i pisania jest bardzo amerykański, pełen parabol i hurraoptymizmu. Może i tak, ale czasami dawka energii w rozmiarze XXXL jest lepsza od tej po prostu dużej. To gruba propozycja, prawie 300 stron myśli, które jak obiecuje Brian, podrzucą inspirację jak pozbyć się negatywnych uczuć i zyskać większą pewność siebie. Przyda się, zawsze.

maksimum osiągnięć recenzja
recenzja maksimum osiągnięć brian tracy

4. Ciche dni // Abbie Greaves

“Całe życie razem. Sześć miesięcy milczenia. Ostatnia szansa”. Dawno nie czytałam niczego z wątkiem romantycznym, bo zwykle szybko mnie takie historie nudzą – szczególnie kiedy nie są thrillerami. Sielankowe romanse nie są dla mnie, a przynajmniej nie w tej papierowej wersji (w życiu za to raczej jak najbardziej, yes please). Ta historia, bez spoilerów, wydaje mi się oczywiście w dużej mierze o miłości, ale w niebanalnej formie. Jej motywem jest cisza, nieznośnie długie milczenie i to w mocno niepokojących okolicznościach. Tył okładki pyta “Czy Frank postanowi wyjawić prawdę swojego milczenia? Czy prawda uratuje życie Margot?”

Szczerze mówiąc od momentu, kiedy przeczytałam te pytania, bardzo chcę wiedzieć.

książka ciche dni recenzja 2020
5. Siła wewnętrznej wolności // Ulrich Schnabel

Jeśli ktoś z was wierzy w horoskopy albo interesuje się astrologią, to pewnie wie, że zodiakalne barany bardzo cenią sobie wolność i niezależność i jest to dla nich wartość, cóż, nadrzędna. Ja jestem trochę nietypowym baranem pod niektórymi względami, ale akurat to się zgadza – lubię sama o sobie decydować albo przynajmniej mieć możliwość różnych wyborów, a nie z góry narzuconą wolę. Dlatego też ten tytuł mnie zaintrygował. Co więcej, z tyłu okładki przeczytałam: to nie jest książka o naiwnej nadziei, że ostatecznie wszystko się jakoś ułoży. Nie jest to również podręcznik pozytywnego myślenia ani poradnik jak pozostać niewzruszonym optymistą. Co najciekawsze, autor tej propozycji jest… FIZYKIEM. Jestem więc pewna, że ma do przekazania wiele ciekawych spostrzeżeń, o których motywacyjni coachowie i psychologowie najczęściej zapominają.

recenzja siła wewnętrznej wolności

Zamiast zbędnie przedłużać, przestaję pastwić się nad klawiaturę i lecę rozsiąść się z nowymi lekturami. Czytaliście już którąś z nich, a może coś obiło się wam o uszy? Będę oczywiście dawała znać jak moje spostrzeżenia i która stała się moją czerwcową faworytką, a tymczasem czekam na wasze refleksje albo nowe, czerwcowe doświadczenia książkowe – co Wam wpadło w ręce, co Was zaskoczyło? 🙂

. M o g ą   C i ę    t e ż    z a i n t e r e s o w a ć :

Leave a Reply