Przemyślenia, Życiowe

Masz 10 czy 100 priorytetów? O absurdzie wybierania najważniejszych życiowych celów

Priorytet. Kiedyś był to pojedynczy rzeczownik, oznaczający coś skrajnie ważnego. Dziś? Masowo używamy go w liczbie mnogiej, nadając ten tytuł niemalże każdej czynności. 

Każda doba skrywa mnóstwo okazji do różnych aktywności, tabuny zadań do wykonania, wiele szans na różne rzeczy – łatwo się domyślić, często jest ich znacznie więcej niż naszej energii i czasu. W badaniu przeprowadzonym w 2014 roku przez Grega McKeowna okazało się, że 80% zapytanych o to osób, przyznało, że czują się wiecznie zmęczone i fizycznie jak i psychicznie wyczerpane i zniechęcone nadmiarem obowiązków i ważnych spraw, za które trzeba się codziennie zabierać. Dziś wynik ten byłby pewnie jeszcze wyższy. Chcemy uczynić nasze życie ultraproduktywnym, więc rzucamy się w wir pogoni za WSZYSTKIM. Chcemy, by ta determinacja uczyniła nas mistrzami multitaskingu, ale efekt jest zgoła inny – jesteśmy (przynajmniej tak widzę obserwując ludzi dookoła mnie) zestresowani, zaniepokojeni przyszłością, wiecznie wyczerpani.

. Pluralizacja priorytetu

Zagłębiając się nieco w historię słowa “priorytet” – zaczęło ono funkcjonować  w języku angielskim koło 1400 r. i oznaczało rzecz, która jest bezwzględnie PIERWSZA i najważniejsza ze wszystkich. Słowo to istniało tylko w liczbie pojedynczej, bo to całkiem racjonalne – pierwsze miejsce na podium jest przecież JEDNO. Wieki później, w okolicach 1820 roku, priorytet doczekał się liczby mnogiej i od tego momentu mogliśmy mieć 10, 15, 50, a nawet kilkaset priorytetów. Tylko po co? Zdaniem McKeowna jest to w jawny sposób zbezczeszczenie pierwotnego znaczenia tego terminu, bo jak tu ustawić koło siebie dużą ilość rzeczy, które są dla nas “najbardziej pierwsze”? W jaki sposób można ocenić, że wszystko jest tak samo priorytetowe? Czy da się postawić przy 18 celach wykrzyknik i wszystkim im dawać pierwszeństwo i poświęcić im właściwą ilość czasu? Czy możemy je wszystkie wykonać bardzo dobrze, tak dobrze jak jako priorytetowe na to zasługują? Ja wiem, że wielu by się pewnie ze mną kłóciło, ale jeśli nie jesteśmy nadludźmi – któryś z tych “priorytetów” zawsze będzie odhaczony byle jak. I tym samym nie zostanie wcale potraktowany jak prawdziwy priorytet.

. Powrót do esencjalizmu

Tak, tak, jak widzicie jest to temat, o którym myślę ostatnio zdecydowanie intensywnie – i to ma oczywiście odbicie tu, na blogu. Właściwie we wszystkich moich mediach. Mam za sobą też kilka interesujących dyskusji ze znajomymi działającymi w różnych branżach – najciekawszą z nich odbyłam z dobrym kumplem, który prowadzi swoją logistyczną firmę. Zatrudnia kilkadziesiąt osób, a przy tym prowadzi bardzo rozrywkowe życie. Wiecznie jest w biegu, wiecznie w delegacjach. Lubi ten tryb życia, ale właściwie nie ma chwili wytchnienia, bo utrzymuje relacje towarzyskie z setkami znajomych, by być zawsze na bieżąco i tworzyć sobie połączenia “mosty”, które mogą się w przyszłości przydać. Jego pierwsze miejsce na życiowym podium zajmuje zarabianie pieniędzy – ale nie chce zrezygnować z posiadania rodziny, przyjaciół, brania udziału w różnych grach i wyścigach sportowych. Jeśli zostanie ojcem – sam przyznaje, że będzie nieobecnym tatą. Wysyłającym fajne przelewy, ale fizycznie odległym. Czy ma szczerych przyjaciół? Czasami sam się zastanawia, czy nie przyjaźnią się z nim dla różnych korzyści. Ambitny, sięgający po swoje człowiek – pragnący wszystkiego, chcący czerpać z życia garściami. Ale czy naprawdę można mieć wszystko i spełniać się w każdej roli? Coaching motywacyjny mówi, że tak, ale zupełnie szczerze: nie znam nikogo, kto byłby dobry w każdej roli. 

Na stan przesadnego przebodźcowania zdaje się być jedna odpowiedź – przyjrzenie się czy wprowadzenie do codzienności trochę więcej z esencjalizmu (tradycyjnie podrzucam link do postu, w którym więcej o nim piszę, o tu!), nie mogłoby pomóc.  Z drugiej strony, to dla wielu z nas absurdalne, że wyznaczanie sobie kluczowych 2-3 priorytetów, zachowywanie umiaru, słuchanie intuicji i głosu rozsądku stało się niekonwencjonalnym nurtem. Że życie według własnych zasad i dostosowywanie go do realnych potrzeb stało się luksusem albo wręcz dziwactwem, na które wiele osób nie chce sobie pozwolić? Ale na esencjalizm nie pozwalamy sobie głównie wtedy, gdy naszym priorytetem jest zadowolenie wszystkich dookoła. I stawianie siebie na jednym z ostatnich miejsc.

. Nie ilość, a jakość

Banalne, no ale jednak trzeba sobie to czasami powtarzać, nie tylko podczas zakupów. Z jednej strony – nikt nam przecież nie narzuca tego, że musimy mieć tyle dzieci, ile sąsiedzi, samochód droższy od przyjaciółki, tyle i tyle metrów kwadratowych i ciągle gnać za pieniędzmi na kolejne pięć sukienek od prestiżowego projektanta, ale trochę sami zapędzamy się w ten róg – i przyjmujemy, że skoro inni do tego dążą, to my też. Wydawałoby się absurdalne, no bo po co adoptować cudze marzenia, ale taka refleksja wymaga trochę świadomości, że świat się nie zawali, jeśli wyznaczymy swoje cele. Inne. Nawet jeśli będą naprawdę bardzo inne.

Czasami obserwuję innych ludzi i mam ochotę zadać im pytanie “ale tak właściwie, po co to wszystko?” – kiedy decydują się na gromadkę potomstwa z partnerem/partnerką, których nie kochają, kiedy biorą kredyt na ślub, na który zapraszają wielu ludzi, których tylko raz widzieli kiedykolwiek na oczy. I wiem, widzę w ich spojrzeniu odpowiedź” bo tak trzeba”, nawet zanim zadam pytanie. 

Odhaczamy kolejne podpunkty z najbardziej uniwersalnej listy “to do” i tak się spieszymy, by postawić krzyżyk przy kolejnym okienku, że nawet nie ma czasu na zastanowienie się czy to na pewno właściwa lista. Czy chcemy ją trzymać w dłoniach, czy nie chcemy dopisać czegoś swojego. Czy nie chcemy większości skreślić i zastąpić je tymi, które byłyby bardziej zgodne z naszym charakterem. Gnamy wszędzie stadem, bo w stadzie biegnie się razem – i mniej ważne staje się to DOKĄD TAK WŁAŚCIWIE. Idziemy bardzo szybko, ale trochę jak lunatycy, co?

Czasami niestety trzeba mieć twardy tyłek i pewność siebie, by żyć na własnych zasadach – zamiast przepraszać wszystkich za to, że żyje się nieco inaczej, że myśli się nieco inaczej i tłumaczyć ze szczegółami i skruchą dlaczego.

. Wybory są trudne

Kiedyś dyskutując ze znajomą na temat podejmowania decyzji padło stwierdzenie “życie bez wyborów byłoby łatwiejsze!” – ale czy życie pozbawione wielu opcji byłoby do końca nasze? W jaki sposób mielibyśmy szansę poznać samych siebie, skoro nie przez obserwację tego, na co mamy ochotę i co chcielibyśmy wybrać? Warto wybierać. Ale wybierać, a nie papugować bez refleksji wybory innych.

. M o g ą   C i ę    t e ż    z a i n t e r e s o w a ć :

Leave a Reply