Przemyślenia, Życiowe

“Nigdy im nie dorównam”, czyli o strachu przed wszechobecnym sukcesem

Moje pokolenie to pokolenie młodych szefów, wizjonerskich przedsiębiorców i prących do przodu start-upowców. Być może w takim samym stopniu, jak każde inne, ale tu, w sieci tendencja jest jednak widoczna: u wielu, wielu znajomych w opisie profilu widnieje hasło: CEO, girl boss albo founder.

Media społecznościowe umożliwiają całodzienną transmisję sukcesów. I to właśnie to całodzienne podpatrywanie pełnego dobrej passy życia innych, przyprawia niekiedy o strach – o strach przed byciem kimś zwyczajnym. Kimś, kto ani niczego nie odkrył, ani nie cieszy się nadzwyczajną sławą. 

Kimś, czyich śniadań i treningu nie chcą oglądać tysiące widzów. 

Im więcej z Wami rozmawiam, tym szczerzej to widzę – ten lęk pochłania wielu z nas. Chcielibyśmy cieszyć się życiem, ale podglądanie pełnych różnorodności i usłanych różami codzienności innych, sprawia, że czujemy, że być może coś robimy źle. Że coś nas omija, że nie jesteśmy jednymi z nich.

To podobno uwarunkowane psychologicznie – każdy z nas w głębi duszy chciałby być, w jakimś sensie, kimś wybitnym. Nawet z podstawowych powodów: wtedy łatwiej byłoby przetrwać, a życie byłoby przyjemniejsze. Nawet niekoniecznie z tą wybitnością musiałaby łączyć się popularność, sława, black fleszy – to już dosyć osobiste preferencje; jednak każdy z nas chciałby być uważany za kogoś ważnego, chciałby realnie czuć się istotny, inny niż ci, których uważa się za “skrajnie miernych i kompletnie przeciętnych”. Każdy z nas chciałby odkryć misję swojego życia, cieszyć się świadomością, że nasze istnienie ma głębszy sens. Chcielibyśmy poczuć, że to co robimy ma znaczenie – że bez nas ten świat byłby trochę smutniejszy, bardziej pusty i czegoś by w nim ewidentnie brakowało.

My, jako ludzie, zawsze mieliśmy skłonność do porównywania się do innych – do sąsiadów, przedstawicieli innych plemion, do braci, sióstr, do wszystkich. Zawsze martwiliśmy się swoją pozycją społeczną i tym jak wypadamy na tle otoczenia. Jednak kiedyś, przed powstaniem mediów społecznościowych, mogliśmy porównywać się w dosyć ograniczony sposób. Na podstawie domysłów, to raz (bo skąd do licha mielibyśmy wiedzieć co sąsiad zjada na śniadanie?), a po drugie tylko do ograniczonej liczby osób (bo nigdy nie przyszłoby nam do głowy, żeby przyrównywać się do randomowego mieszkańca Nowego Yorku albo obcej blondynki z Peru). 

Dziś porównujemy się na masową skalę do znajomych, nieznajomych, bliskich i dalekich – Internet umożliwił nam to w skali globalnej. Jeszcze niedawno porównywaliśmy się do mamy, koleżanki, babci, żony brata. Dziś mamy możliwość dokładnego przyrównania naszej rzeczywistości do rzeczywistości młodych milionerów, Sary Mannei, Roberta Lewandowskiego, Joanny Krupy, Wojewódzkiego, Wieniawy, Karoliny Pisarek, Roksany Węgiel, a nawet do ośmiolatki, która została najbogatszym dzieckiem Stanów Zjednoczonych. 

Oni wszyscy transmitują szczegóły swojej codzienności, więc możemy wiedzieć co robią, jak się odżywiają, jak o siebie dbają, jakie sukcesy obecnie odnoszą.

System, do którego jesteśmy podłączeni, dzień i noc dostarcza nam newsów z ich życia. Jesteśmy z nimi na bieżąco, niemalże tak, jakby żyli tuż obok. Prawie, że tak jakbyśmy znali ich osobiście i niemalże tak, jak gdyby byli tą jedną osobą z równoległej klasy w podstawówce, której życie z niewiadomych przyczyn nas intrygowało. Bombardują nas też artykuły “ma zaledwie 20 lat, a już została miliarderką”, “Tylko nam xxx zdradza jak w ciągu roku zaoszczędziła na 20 mieszkań w centrum Warszawy”. Media relacjonują to, jak ludzie, którzy nie wykazywali wybitności w przeszłości, nie mieli wielce wyjątkowych predyspozycji, nagle dostali się na szczyt. Niektórzy z nich mieli ciężkie dzieciństwo, traumatyczne doświadczenia, niektórzy zostali zgwałceni przez kogoś z branży, inni zmagają się z chorobą. 

Po schodach sukcesu wspinali się sami, napędzani wewnętrznym motorkiem i determinacją – o tak, to chwytliwy wątek dla prasy.

W starożytnych czasach, to czy komuś powodzić się będzie dostatnie, zależało w dużej mierze od tego gdzie i w jakiej rodzinie się urodził. Przeznaczenie było wyryte niemalże w skale – trudno było je oszukać. W dniu narodzin ludność była w stanie przewidzieć, czy owe dziecko będzie żyło po królewsku czy będzie zaharowywało się na śmierć i to już od przerażająco wczesnego wieku.

Dziś nasz los nie jest już zapisany w akcie urodzenia.

Każdy może zostać niemalże każdym. 

A przynajmniej każdy może o tym marzyć. 

Niezależnie od punktu wyjścia, przy dużej dawce chęci i uporu, każdy może odnieść w danej dziedzinie sukces. Czas też jest tutaj istotnym elementem, jednak przyjmijmy – nie ma rzeczy mocno niemożliwych. Czy chłopak ze wsi, z rodziny, w której nikt nigdy nie zdobył żadnego wykształcenia, może zostać wybitnym lekarzem, który jeździ po światowych sympozjach? Może. Będzie go to kosztowało milion zarwanych nocy i kilka kredytów studenckich, ale może – i jeśli mocno zechce, to tego dokona.

strach przed sukcesem
strach przed porażką

Media szybko podchwyciły nośność tego tematu. Każdy może wszystko. Płynie z tego logiczne przesłanie – i Ty możesz, jeśli bardzo pragniesz. Magazyny uwielbiają publikować takie historie, więc słyszymy o nich codziennie: “Koledzy w szkole się z niej wyśmiewali, aż pewnego dnia wygrała casting na top-modelkę i nigdy ich już nie zobaczyła”, “Mówili jej, że nie zostanie aktorką, a wypatrzył ją Hollywoodzki reżyser”.

Wielcy ludzie zwierzają się w licznych wywiadach dlaczego wygrali, jak zdobyli grube pieniądze, jak dotarli do miejsca, w którym są teraz.

Słuchamy tego, bo chcemy podpatrzeć, chcemy się nauczyć, chcemy udowodnić sobie, że to może spotkać i nas.

I może właśnie to wprowadza wielu z nas w głębokie dołki – bo czasami staramy się całymi dekadami, a jednak nikt nas nie wyławia z tłumu. Ten moment jeszcze nie nastąpił i tracimy nadzieję: czy w ogóle nastąpi? Dajemy z siebie wszystko, a nic się nie zmienia.

Istnieje powszechne w naszym pokoleniu przesłanie, że człowiek sukcesu może powiedzieć “jeśli tylko zechcę, to odniosę w tym powodzenie. Mogę wszystko”. My też chcemy tak czuć, ale czytając wypowiedzi “złotych” ludzi, zdaje się, że istnieje coś więcej. Jakiś niepisany składnik tego ciasta. Ale nie znamy go albo tylko się domyślamy, więc często pracujemy, harujemy, czekamy i pokornie wypatrujemy szans.

Powszechna kultura napędza też przeświadczenie, że o wartości i tym czy człowiek jest człowiekiem sukcesu czy nie, świadczy jego CV. To niemalże jak metka z ceną przy zegarku – cyfry na niej wypisane świadczą o tym czy jest luksusowy czy to tylko chińska podróbka. Gonimy od najmłodszych lat, żeby mieć ładne świadectwo, czerwony pasek na koniec roku, dyplomy z wielu konkursów. Przez całe życie gonimy, by ktoś nas zauważył. By sukces spadł w końcu z tego nieba. By ktoś powiedział “teraz nastała Twoja chwila, Twoje starania są docenione”.

Media napędzają wiele motywacyjnych przeświadczeń. Chcą byśmy w nie wierzyli, bo wówczas kupimy też kolejne wydania, kolejne wywiady. Będziemy sięgali po więcej i więcej, by w końcu przeczytać historię o kimś podobnym do nas. Komuś, kto żyje jak my, a w końcu został wyróżniony, poszczęściło mu się. Wtedy przyjdzie myśl, że to znak.

Tylko czy w dzisiejszych czasach sam talent, charyzma czy odwaga – patrząc bardziej praktycznie – wystarczają, by odnieść sukces? Ludzi, którzy mogliby teoretycznie wszystko, są miliardy. Może dlatego, że wszyscy możemy wszystko, nie ma już wystarczającej liczby “wszystkiego” dla każdego.

Najistotniejsze jest też to, by spotkać odpowiednich ludzi, w odpowiednim czasie, by być w sprzyjających miejscach i mieć dużo farta. Sukces Karoliny Pisarek, Wojewódzkiego czy Lewandowskiego jest dla wielu z nas nieosiągalny i niemożliwy do powtórzenia. Przypuszczalnie dla 98% z nas.  Może pora wymyślić swój scenariusz?

Gnamy by mieć wybitną pracę, znajomości mogące stać się trampoliną ku biznesowej górze i by jeszcze przy tym wszystkim mieć satysfakcjonujące życie rodzinne. Wierzymy mocno w to, że nasze życie musi być spektakularne. Gdyby ktoś kiedyś gdzieś o nas napisał – musimy działać tak, żeby wtedy nasz życiorys zrobił wrażenie. Żeby był nienaganny i pełen starań.

Czy fajnie mieć miliony i miliardy, które pozwoliłyby na kilkaset lat życia w luksusach? Nie wiem, ale pewnie wszyscy odpowiemy tu zgodnie: na pewno.  Jednak czy warto bić się o to przez całe życie, walczyć bez tchu i ostatecznie zmarnować całe życie, starając się by było wystarczająco spektakularne? Staramy się udowadniać innym, że jesteśmy wyjątkowi – i właśnie to sprawia, że wcale nie jesteśmy. Może wystarczająco dostatni jest czasami lepszy od “spektakularnego”?

. M o g ą   C i ę    t e ż    z a i n t e r e s o w a ć :

Leave a Reply