
Jak wrócić do produktywności po kwarantannowym zastoju?
Umówmy się – na każdego ta izolacja wpływa nieco inaczej. Jedni przez minione 50 dni opanowali już podstawy nowego języka, napisali książkę, która zostanie okrzyknięta pod koniec roku bestsellerem, ukończyli milion kursów i w siódmych potach wyćwiczyli beach body, więc z niecierpliwością wyczekują wieści o otwarciu publicznych plaż. Inni wstają koło południa i zamiast otwierać wypełniony obowiązkami kalendarz z skrupulatnie przemyślaną listą “to do”, otwierają gin i dolewają do niego kroplę toniku. Jedni płaczą szczerymi łzami goryczy, bo ich portfel i konto świecą pustkami w nie mniejszym stopniu co lodówka, drudzy spijają śmietankę i choć próbują być smutni, z ust wyrywa się nieśmiały uśmiech, bo ich branża zyskała lub w efektywny sposób przeniosła się do sieci i odkryli nowe zasoby możliwości.
Myślę, że tych optymistycznych i pełnych energii ludzi jest wśród nas mniej. Nie myślę – właśnie tak obserwuję i to nie tylko wśród najbliższego grona – w związku z pandemią, ludzie zaczęli przenosić do świata on-line nie tylko swoje biznesy, ale i całe życie: poranne treningi, śniadania, kłopoty ze snem, frustracje i przemyślenia. Oczywiście nie mówię tego z przekąsem – nie mogłabym, bo jakby nie patrzeć i ja idę w te ślady. Trochę zaspanym krokiem i w uwierających w przegub stopy balerinkach, ale idę.
Czasu mamy nieraz znacznie więcej, bo projekty zostały obcięte, wstrzymane, zmniejszone. Czasu w końcu mamy więcej, ale energii nie. Skoro czas jest, to – myślimy sobie czasami – może to nie w jego niedoborze leżał nasz odwieczny problem?
Staramy się, ale nie posuwamy do przodu większej ilości spraw. Działamy, działamy, ale większe efekty nie chcą się wcale z tego działania wykluć. Obwiniamy się więc lub załamujemy, a przecież wniosek jest jeden: ok, czasu jest więcej. Ale pomimo czasu, to po prostu nie jest najlepszy moment. Czas jest, ale energia i psychiczna moc są na trochę niższym poziomie – światowa epidemia nie doładowuje ani entuzjazmem ani poczuciem pewności i bezpieczeństwa.


Dziś chciałam przedstawić swoją perspektywę i swoje sposoby – choć ze smutkiem zaznaczam, że to wysnute na podstawie obserwacji i doświadczeń wnioski, które na pewno nie będą dla każdego: bo nie znam dokładnie Waszej sytuacji. Nie wiem przez co prywatnie przechodzicie. Być może nasza codzienność mocno się różni, być może wychowujecie czwórkę dzieci, zmagacie się z chorobą lub mniejszymi czy większymi długami. Każda sytuacja jest trochę inna – moja perspektywa wynika z moich potrzeb, jest trochę pod nią uszyta (a raczej szyta, bo to ciągły proces). Tak więc – jeśli mocno się różnimy, weźcie z moich przemyśleń tylko to, co do was przemawia, tylko to, co może wam pomóc, tylko to co jest możliwe. A resztę olejcie i wstawcie w tym miejscu to, co uważacie za słuszne.
Według moich (i nie tylko moich – również inspirowanych ludźmi dookoła mnie :)) obserwacji, istnieje kilka procesów pobudzania produktywności:
- Inspiracja / pomysł – czyli pobudzanie swojej głowy poprzez myślenie i szukanie czegoś, co moglibyśmy zrealizować. Czegoś, co moglibyśmy rozpocząć, żeby osiągnąć mniejszy lub większy sukces na jakimś polu.
- Podejście do procesu realizacji – kiedy czujemy się już zainspirowani i mamy pomysł, żeby się za coś wziąć, coś ruszyć do przodu, coś stworzyć lub rozpocząć, trzeba ten stan wykorzystać. Ta inspiracja musi się na coś przełożyć, nie można jej tak zostawić. Pomysł (szczególnie kiedy czujemy, że może być dobry) trzeba przerodzić w działanie, konkretny projekt.
- Praca nad tym, co rozpoczęliśmy – brutalna prawda jest taka, że dwa pierwsze procesy mogą wiązać się z wysokim poziomem ekscytacji, ten kolejny etap wymaga często powtarzania tego samego działania i tutaj bywa niekiedy nudno czy monotonnie. Często w tej części pracy nie ma niczego ekscytującego czy nowego, ale po prostu trzeba ją wykonać, by móc ruszyć dalej i żeby coś się udało. To bywa najcięższe, bo nie oszukujmy się – jak to się czasami kolokwialnie mówi, zamek chciałby każdy, ale budować nie chce się prawie nikomu, więc nie czujmy się w tym osamotnieni.
- Odpoczynek! Długo nie rozumiałam jak ważną częścią pracy nad produktywnością jest właśnie relaks i odcięcie się od zadań. Kiedy zakończymy jedno zadanie, warto na trochę przerwać pracę. W tym czasie często przychodzi myśl “kiedy zrobię sobie przerwę na odpoczynek, dorwie mnie lenistwo i nic już nie zrobię i nic się dziś nie uda” – ale to nieprawda. Odpoczynek jest niezbędną częścią procesu. Chodzi o to, żeby nie rozładować się podczas kolejnego zadania i nie zapomnieć o swoim ciele, żołądku, potrzebie ruchu czy świeżego powietrza.
Oczywiście czasami możemy długo (lub nawet bardzo długo) tkwić w jednej fazie. Może to wynikać z tego, że realizujemy coś większego, odciągającego uwagę od innych elementów produktywności i budowania życia: może to być próba pokonania choroby, całodobowa opieka nad kimś albo praca nad cudzym projektem, która niestety (choć dla niektórych stety, to zależy od osobistych potrzeb, wiadomo), często jest kwintesencją podpunktu nr 3.
Jeśli przechodzisz obecnie przez fazę 4 i choć chciałabyś nazywać ją odpoczynkiem, wiesz, że to raczej faza “nicnierobienia”. To też jest ok. Pierwsze dni zamknięcia w domach były pewnie dla wielu najcięższe – bo nasza wcześniej wypracowana rutyna, została nagle zburzona i nie dało się jej odtworzyć. Teraz, po 50 dniach, mamy już zwykle swoje izolacyjne zwyczaje i określony plan dnia, ale często wciąż czujemy, że są nieidealne i trudno się ich trzymać – to też jest w porządku.
Wiem, że dla wielu z was – dla wielu z nas – to wyjątkowo ciężki okres, pewnie nieraz ocierający się o maksymalny dołek. Podczas radzenia sobie z dużymi emocjami (takimi jak walka z przytłoczeniem, niepewnością, lękiem o zdrowie) praca nie jest na pierwszym miejscu – na 1 miejscu jest nasze samopoczucie i stan naszego zdrowia. Mamy wówczas prawo lekko zmodyfikować swoje podejście, trochę odpuścić.
Próbujemy stworzyć życie, które nam odpowiada. Życie, które nie narzuca nam odgórnie warunków, tylko my je dyktujemy. Życie, które wywołuje entuzjazm i realną radość. To życie wymaga czasem zwolnienia, przemyślenia niektórych spraw 🙂
Jeśli zmagamy się ze spadkiem produktywności, warto zadać sobie pytania:
- czy mamy ku temu powód (przejmujemy się zdrowiem, gospodarką itp)?
- czy wyznaczamy sobie małe deadliny i konkretne terminy, kiedy coś powinno zostać skończone?
- czy rozpoznajemy w jakiej jesteśmy fazie pobudzania produktywności?
- czy trzymamy się małych rutyn, które mogą pomóc trzymać się ustaleń (poranny prysznic / 10 minutowy spacer przed pracą itp.)?
- czy jesteśmy sfrustrowani bo musimy robić to, czego nie lubimy robić i nie możemy zrobić tego, o czym marzymy?
- czy pracujemy nad swoim samopoczuciem i stanem energii, by się trochę poprawił i by powrót do lepszej produktywności był wówczas łatwiejszy?
Warto się nad tym zastanowić, bo choć może to czasami wydaje się i trochę banalne – chwila (auto)refleksji i plan nowej strategii może mieć czasami o wiele większy skutek niż milion czynności, które nie posuwają nas do przodu. A jakie są Wasze sposoby radzenia sobie z pobudzaniem produktywności? Dajcie znać, wiecie, że zawsze chętnie poczytam i poznam inny tok myślenia 🙂
Leave a Reply