Sport i ja – to historia z wieloma zwrotami akcji: z jednej strony pojawia się tu miłość, z drugiej nienawiść. To emocje przechodzące płynnie z jednego stanu w drugi i zatrzymujące się czasami na środku, pomiędzy tymi dwoma biegunami, pod miarką o nazwie “obojętne, neutralne podejście“. To właściwie naprawdę burzliwa relacja, ale wydaje mi się, że z biegiem czasu znajduję w niej coraz więcej pozytywnych emocji. I nawet powiedziałabym, że coraz częściej szczęścia.
. Narodziny początkowej niechęci
Wuefu nigdy nie lubiłam. Gorzej. Raczej szczerze nie mogłam go znieść. Czy mogę wymienić choć jedną wuefistkę, którą darzyłam sympatią, choćby nawet małą? Próbowałam, ale jednak nie bardzo, chyba, że jakąś, która była tylko chwilę, na zastępstwo. Każda (choć tak naprawdę pamiętam tylko trzy) była raczej mało empatyczna i napastliwa. Nie wiem jakie kursy motywowania ukończyły, ale były zwykle brutalne, pokroju: jak nie przeskoczysz tej skrzyni, to jesteś sierotą i beztalenciem! Ja na przykład właściwie od zawsze miałam i mam duży lęk przed uszkodzeniem głowy (może dlatego, że sądzę, że tam się mieści to, co mam najcenniejsze, ha ha) i niekoniecznie lubiłam ćwiczenia, które bardzo sprzyjały jej kontuzjom. A wuefistki przeciwnie: moje lekcje wuefu to był niekończący się ciąg gry w dwa ognie (ciężką piłką – pamiętam jej ciężar na swoim nosie), skakania przez kozła i przez skrzynię i długodystansowe biegi na czas po osiedlu. I choć jazdę na rowerze czy marszobieg kochałam od zawsze, sport kojarzył mi się wtedy głównie z tymi aktywnościami, które zamiast endorfin pobudzały niepokój i intensywny stres.
. Wszystko co dobre kiedyś się kończy
To co złe na szczęście też. Przetrwałam jakoś podstawówkę i gimnazjum i te nieszczęsne lekcje wuefu – z kilkoma urazami nosa i wielokrotnymi krwiakami na nogach. Później nadeszły lata nastoletniego buntu, a więc jak większość dziewczyn w tym wieku, postanowiłam zacząć się odchudzać. Geneza tego jest dosyć złożona, ale na niej się nie skupiajmy (nie teraz): zauważyłam, że można nie odmawiać sobie zbyt wiele, ale intensywnie ćwiczyć i chudnąć. Eureka! Wtedy podekscytowana rezultatami robiłam mnóstwo brzuszków i przysiadów. Czy polubiłam aktywność fizyczną? Widziałam w niej drogę do swojego celu i chyba można nawet powiedzieć, że częściowo tak, choć gdyby nie była konieczna do walki o bardzo szczupłą sylwetkę – pewnie nie robiłabym tych ćwiczeń.
. Drugie szanse
Po wielu latach ta relacja się bardziej zmieniła. Dziś ani nie walczę o rozmiar XS/34, ani nie sięgam po sport, by udowodnić wuefistkom, że nie miały racji. Ćwiczę dla siebie i choć brzmi to banalnie, pewnie wiecie, co mam na myśli. Robię to bardziej dla tej wolności, która towarzyszy zmęczeniu, a nie dla konkretnego efektu. Odrzuciłam sporty, które nie dają mi frajdy – z jednej strony nie chcę zamykać się na to, co nieznane i w czym być może mogłabym być dobra, a z drugiej? W imię esencjalizmu (pozwólcie mi tu przemycić jego odłamek) wolę skupiać się na tych aktywnościach, które mnie po prostu uszczęśliwiają. Na szczęście jest ich więcej niż kilka: rower, marszobieg, kręcenie hula-hop, taniec, tenis, badbington. I właściwie wcale nie odrzucam tego, czego nie znam: w przyszłym tygodniu umówiłam się na lekcję squasha. Odrzucam natomiast to, co wiem, że mnie kiedyś mocno przytłaczało i do czego byłam kiedyś zmuszana na lekcjach wuefu. Wiem, że nie odnajdę w tym takiej przyjemności, jaką mogę w innych rzeczach.
Ale pewnie zastanawiacie się, kiedy wspomnę o bieganiu, które przecież pojawiło się w tytule!
Ostatnio postanowiłam zaryzykować i spróbować biegać, choć z bieganiem mam akurat słodko-gorzkie wspomnienia. Na małe dystanse i bez ekspresowego tempa bywa jednak naprawdę satysfakcjonująco. Próbuję.
. Do biegu gotowi… Oh well 😀
Jak to kobieta, zaczęłam tę próbę od zamówienia butów do biegania. Nie lubię marnować jedzenia i nienawidzę (choć kiedyś niestety intensywnie to robiłam) kupować niepotrzebnych rzeczy, więc powiedziałam sobie: kupię je i będę biegać. Nie ma opcji, żeby się kurzyły i wylegiwały w szafie. Mają mieszkać na moich stopach, a nie w spokojnym wnętrzu garderoby.
Może od razu wyprzedzę pytania i pochwalę się swoim wyborem: długo nie mogłam się zdecydować. Buty do biegania to dla mnie kompletnie nieznany obszar poszukiwań, więc musiałam się mu dobrze przyjrzeć. Właściwie od początku brałam pod uwagę głównie dwa kolory: right, right, czarny albo biały. Znalazłam też co prawda piękny model w jasnym różu, ale to może kiedyś, jak już będę szaloną biegaczką. Dziś, choć nie powinnam się do tego przyznawać, wybrałam buty, które w razie czego będą też pasować do jeansów czy czarnej spódniczki.
Ostatecznie wybór padł na model Nike Shox Enigma 9 000 – z dużą amortyzacją z tyłu. Znalazłam je w Sportshowroom.pl, którego stronę tak długo wertowałam, że domyślam się, że nabiłam im z tysiąc wyświetleń 😀 Poszukiwania są zawsze ekscytujące, ale wiemy jak to jest z kupowaniem butów przez internet – największa chwila prawdy następuje w momencie, gdy docierają. Na szczęście były dokładnie takie same jak na zdjęciach. Bardzo wygodne, więc zaczęłam w nich biegać już po domu. Czy to początek nowej przygody? Całkiem możliwe, a tymczasem zakładam je na nogi i idę trochę pobiegać z psem, który tradycyjnie domaga się popołudniowego marszobiegu, drapiąc w moje drzwi. To kolejny dobry motywator do tego, by opuścić miejsce przed laptopem i wyjść. Szczególnie, że za oknem 25 stopni.
Leave a Reply