
Co zrobić, kiedy nikt w Ciebie nie wierzy?
. Oni Cię tak naprawdę nie znają
Spójrz, Ty znasz siebie o wiele lepiej – wiesz jakie są Twoje mocne strony, w jakich dziedzinach najlepiej się odnajdujesz, co sprawia Ci przyjemność i wprowadza Cię w stan twórczej euforii. A nawet pomimo tego, że znasz siebie jak nikt inny – przecież jesteś ze sobą 24 godziny na dobę – mimo wszystko często siebie nie doceniasz i nie znasz jeszcze wielu swoich ukrytych talentów i asów, które czekają w Twoim rękawie. Więc pozwolisz na to, aby ludzie, którzy wiedzą o Tobie stosunkowo niewiele wmawiali Ci, że nie jesteś w stanie czegoś dokonać? Nie mają podstaw, aby tak twierdzić, a Ty nie masz żadnych powodów, aby im wierzyć.
. Potrafisz dać sobie radę i masz na to wiele dowodów
Spróbuj przypomnieć sobie wszystkie sukcesy, które odniosłaś w przeszłości. Wszystkie sytuacje,które wydawały Ci się względnie beznadziejne, a jednak wybrnęłaś z nich z twarzą i życie zaskoczyło Cię niespodziewanym sukcesem. Pomyśl o wszystkich momentach, w których sądziłaś, że nie podołasz zadaniu – a jednak się udało! Przypomnij sobie te chwile satysfakcji i szczęścia. To dla nich żyjesz. Warto się o nie starać. Szansa na to, że znowu się uda jest bardzo duża – przyjrzyj się swojemu życiu. Na pewno sporo w nim zaskakujących zwrotów akcji i dramatów, podczas których pomimo niełatwych okoliczności, zrobiłaś co w Twojej mocy i sama zaskoczyłaś siebie swoją wewnętrzną siłą.
Ja na przykład przez dłuższy czas nie wierzyłam w to, że potrafię występować przed większym gronem ludzi. Sama myśl o takim wystąpieniu mnie paraliżowała – choć tak naprawdę, nigdy nie miałam z tym problemu, aż do czasu, kiedy jedno wyjście w liceum poszło B A R D Z O nie po mojej myśli. Utrwaliłam sobie w pamięci straszną traumę i postanowiłam, że już nigdy, nigdy nie wyjdę na środek, ani na żadną scenę. Never everrr, choćby nie wiem co. Kurczowo trzymałam się tego postanowienia, choć czasami było to niełatwe. Miliony rozwijających szans umknęło mi przez ten strach, ale był bardzo intensywny i wiedziałam, że nie uda mi się go przełamać. Zaczęłam unikać wszystkich sytuacji, w których mogłabym zostać zmuszona do wygłoszenia czegoś przed jakąkolwiek grupą.
Nadeszło lato i moment mojego wakacyjnego wyjazdu do pracy. Jechałam do Francji, razem z zespołem muzycznym (nie, nie, niestety w nim nie śpiewałam, choć bardzo bym chciała, ale z moją skłonnością do fałszowania nikt nigdy by mi tego nie zaproponował, haha 😀 ) – jechałam jako tłumaczka. Kochałam francuski. Ukończyłam dwujęzyczne (francusko-polskie) gimnazjum, a w liceum uczyłam się tego języka w szkole i poza nią. No więc powinnam podołać – tak sobie powtarzałam. Drugą tłumaczką była dziewczyna, która znała język nieco lepiej, bo uczyła się go dłużej i jeszcze intensywniej. Swoją drogą moja koleżanka, naprawdę fajna kobieta, także cieszyłam się na myśl o tym tripie. Na miejscu okazało się, że nie jest tak różowo, bo zostałyśmy rozdzielone. Miałam szczęście, bo trafiłam do mniej wymagającego grona, gdzie choć chwilami stresująco, było bardzo przyjaźnie i miło. To był zupełny przypadek, bo ten przydział był kompletnie randomowy i nikt nie wiedział z góry gdzie będzie lepiej, także po prostu los się do mnie uśmiechnął 😀 Kiedy zespół koncertował, lub zwiedzaliśmy większe obiekty i miasta, Majka (druga tłumaczka) pracowała ciężej niż ja, bo ja, żyjąc w zgodzie z moją traumą, trzymałam się postanowienia, że nie wezmę do rąk mikrofonu. Poinformowałam ją o tym i choć próbowała mnie przekonać, uparcie się broniłam. O dziwo bardzo skutecznie, także hell yeah, sukces!
. Przed strachem nie zawsze da się uciec (i wcale nie trzeba uciekać!)
Niestety Majka zachorowała. Na gardło i krtań. Wieczory były chłodne, a my, przekonane, że będzie o wiele cieplej, nie wzięłyśmy ze sobą grubszych ubrań, więc to było nieuniknione. Motywowałam ją, żeby wyzdrowiała, bo w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka – przed nami kilka większych wyjść, prawdopodobnie wymagających tłumaczenia przez mikrofon 😮 Albo Majka wyzdrowieje, albo ja też muszę zachorować, żeby nie narażać się na ryzyko tłumaczenia na środku! Tak właśnie brzmiał mój tok myślenia. Nadszedł dzień ważnego koncertu w sporym budynku, który trochę przypominał teatr. Majka w tym dniu czuła się pozornie lepiej, więc byłam spokojna – no przecież da radę wyjść na scenę i wszystko przetłumaczyć! 5 minut przed rozpoczęciem, złapał ją atak kaszlu. Nasza koordynatorka postanowiła – nie może w takim stanie pracować. Mam ją zastąpić.
Szybko rozważyłam wszystkie drogi ewakuacji. Może wyjdę tyłem budynku, złapię stopa i ucieknę. Albo ukryję się w łazience, odczekam sto lat i albo umrę śmiercią głodową, albo jednak przeżyję, wyjdę i wrócę do Polski na własną rękę? Choćby i pieszo, bo przecież nie miałam przy sobie ani grosza (portfel został w bazie). Niestety przez te 5 minut nie udało mi się wykombinować niczego lepszego i łatwiejszego do zrealizowania 😀 Dostałam do ręki mikrofon i krzepiące słowa “za moment zaczynamy, musisz już iść na środek”. Bardzo k r z e p i ą c e.
Poszłam. Koncert się rozpoczął. Nie zepsułam mikrofonu. Mówiłam w miarę pewnym głosem. Popełniłam miliony błędów gramatycznych, jeden dosyć karygodny, ale jakoś z niego wybrnęłam, przypadkowo rozśmieszając przy tym publiczność do łez. Szczerze mówiąc, jak na poziom stresu, który mi początkowo towarzyszył, poszło mi całkiem dobrze, patrząc na to z perspektywy czasu. Po koncercie podeszło do mnie kilku francuzów (brzmi seksownie, I know, ale to nie tak – w większości mieli już pięćdziesiątkę-sześćdziesiątkę na karku 😀 ) i powiedzieli, że dobrze mi poszło i byłam urocza. Nie lubię przymiotnika “urocza”, bo to w połowie komplement, a w połowie nie, ale wówczas przymknęłam na to oko i uśmiechałam się z wdzięcznością. Przeżyłam. Ludzie uważali, że było dobrze. Nie zeszłam na atak serca. Publiczność coś zrozumiała. Uff. Najcięższy kamień wielkości tych z Stonehenge spadł mi z serca.
Na studiach też musiałam występować publicznie (dodaję, że publicznie, bo prywatnie, pod prysznicem, ze słuchawką w dłoni oczywiście uwielbiam i to nie jest żadne wyzwanie, haha^^). Kiedy przytłaczała mnie ta myśl, przypominałam sobie występ przed francuską publicznością i to konkretne wspomnienie zawsze napełniało mnie pewnością, że no – przecież dam radę, bo potrafię i mam na to dowód, który w mojej pamięci jest wciąż świeży. I faktycznie było w porządku. Nigdy nie zrezygnowałam z żadnej prezentacji, ani wygłoszenia speechu, choć mogłam. I jestem z siebie dumna, bo choć z całą pewnością nie jestem ekspertką od przemówień i to wciąż nie jest tak beztroskie, jak chciałabym, aby było – to jednak uważam to za mały, bardzo osobisty sukces, który szczerze mówiąc – bardzo, bardzo wiele dla mnie znaczy. Bo wiem, że mogę. Bo wiem, że potrafię i, że nie pozwoliłam, aby strach wygrał.
. Pozytywne wspomnienia mają moc – pozwól im działać!
Jestem stuprocentowo pewna, że też macie w swojej głowie takie budujące wspomnienia, które mogą dodać wam skrzydeł, dzięki którym dolecicie naprawdę daleko. Wydaje Ci się, że coś jest dla Ciebie za ambitne, za trudne, kompletnie poza Twoim zasięgiem? Przypomnij sobie, że kiedyś też tak twierdziłaś, a i tak się udało. Nie pozwalajmy, aby niepewność powodzenia nas powstrzymywała – bo jeśli się wycofamy, na 100% się nie uda. A nawet 101. Ani teraz, ani najprawdopodobniej na przyszły raz też nie, bo strach z czasem przybiera na sile, jeśli go w porę nie zlikwidujemy.
. Przecież nie dasz im tej satysfakcji!
Wiesz dlaczego musisz w siebie uwierzyć i spełnić swoje marzenia? W sumie… Z aż trzech powodów. Po pierwsze, dlatego, że jeśli ich nie spełnisz, zmarnujesz potencjał swojego życia. Z czasem pogodzisz się z myślą, że już jest za późno i to, że Ci się nie udało jest konsekwencją tego, że się poddałaś. Ale być może zostałaś stworzona do większych celów i te marzenia pojawiły się w Twojej głowie p o c o ś . Gdybyś się nie poddała, zainspirowałabyś innych do tego, żeby nie wierzyć w słowa bezpodstawnej krytyki i robić swoje. I to jest właśnie drugi powód – nie wszyscy mają odwagę, żeby się nie poddawać. A jeśli się nie poddasz i zignorujesz dołujące słowa, zainspirujesz innych, aby też się nie poddawali. I świat od razu stanie się trochę piękniejszy! 😀 Poza tym, jeśli na czymś Ci zależy i o czymś marzysz, to znaczy, że bardzo tego chcesz. A to, że tego bardzo chcesz jest wystarczającym powodem, aby olać ludzi, którzy mają zupełnie inne spojrzenie na rzeczywistość – oni chcą w swoim życiu czegoś innego i też o to zabiegają. Więc jakim prawem mówią, że Twoje pragnienia nie mają sensu i nie są skazane na realizację?
A po trzecie – nie pozwól, aby ludzie, którzy Cię krytykują, pomyśleli, że mogą mieć rację. Wtedy stwierdzą, że mogą krytykować i dołować wszystkich dookoła, bo to się sprawdza i są jasnowidzami – a nie są! Pokaż im, że nie są. Drzemie w Tobie olbrzymi potencjał, aby im to udowodnić. 😉 Oczywiście idąc za głosem marzeń, nie miej przez cały czas z tyłu głowy tego, że robisz to tylko po to, aby im dopiec (choć to niezły motywator!), bo to skumuluje w Tobie dużą dawkę negatywnej energii. Przez cały czas pamiętaj o tym, że robisz to przede wszystkim dla s i e b i e. Choć widok ich szczęk roztrzaskanych o podłogę i tak będzie bezcenny! Powodzenia! 😉
Jo
Styczeń 13, 2022 at 9:22 amDziękuję