Przemyślenia, Życiowe

Marzec. Drogi pamiętniku.

Marcowe przemyślenia i historie.

Marcowe odkrycia: złapałam się na przypadkowym odkryciu jak bardzo przez ostatnie lata zmieniły się wartości, których szukam w ludziach. To zabawne, że czasami niewłaściwym dla nas, fałszywym przyjaciołom potrafimy pozwolić tkwić w naszym życiu przez całe lata, a kiedy pojawia się w nim ktoś zaskakująco i wręcz w niedzisiejszy sposób spokojny i wrażliwy, szybko skreślamy go właściwie pod byle pretekstem, bo przez moment wydaje się “za spokojny”. I ten spokój odczytujemy jako nudę, przyjmując taką strasznie krzywdzącą, właściwie to dla nikogo innego, jak dla nas, interpretację. 2 lata temu poznałam kogoś, kto był uosobieniem oazy spokoju, bardzo inteligentnym człowiekiem o wszechstronnych zainteresowaniach. I nie znam już mentalności siebie sprzed tych lat, bo po prostu nie pamiętam za dobrze jaką dziewczyną, jaką kobietą wtedy byłam, ale pamiętam, że na jakimś etapie uznałam, że mnie te inteligentne rozmowy o polityce czy nauce, którymi się wtedy nieszczególnie przejmowałam, nudzą. A sam rozmówca jest dla mnie zbyt cichy, zbyt ułożony.

O ironio, przez wiele miesięcy, a w sumie licząc bardziej generalnie: może i lat (choć nie zdawałam sobie z tego sprawy) szukałam właściwie tych cech w ludziach, którzy za grosz ich nie mieli. Na miejscu spokoju czy zainteresowania światem spotykałam nadmiar adrenaliny i testosteronu, potrzeby łamania zasad, ignorancję dotyczącą wszelkich faktów z pogranicza nauki. Arogancję i narcyzm, dużo negatywnych emocji.

I kiedy przypadkiem, po tych 2 latach, zobaczyłam swojego dawnego znajomego – miałam ochotę podbiec, rzucić się mu na szyję. Przypomniałam sobie jaką był falą spokoju w oceanie niespokojnych osobowości był. Jak bardzo brakowało mi takiej osoby przez te lata, jak bardzo tęskniłam za rozmową z kimś, kto miałby taki umysł. Jak bardzo kogoś takiego szukałam. Jak bardzo nie mogłam znaleźć i zadowalałam się półśrodkami. Jak bardzo tęskniłam za kimś, kogo chyba sama tak naprawdę odrzuciłam.

Skreśliłam go też dlatego, że nie miał podobnych zainteresowań – jest bardzo wszechstronny, ale na co dzień, zawodowo żyje w zupełnie innym świecie, pochłonęła go inna branża. Ciekawa, cholernie wymagająca, ale inna. A ja wmówiłam sobie, że to podobieństwa się przyciągają i jako niezbędne podobieństwo narzuciłam swoim znajomościom branżę kreatywną. Mam oczywiście w głowie wyidealizowany obraz twórcy, który byłby bardzo podobny do mnie i miałby w moich oczach nieskazitelną osobowość, no może z jakimiś pojedynczymi, nieznacznymi rysami na szkle. Jednak wyobrażenia mijają się z rzeczywistością na każdym zakręcie – w branży kreatywnej nie tak łatwo znaleźć uosobienie niektórych cech. Każdy fotograf, którego poznałam ma straszną skłonność do flirtu z modelkami, z którymi projekty realizuje, często dużą słabość do alkoholu, innych używek, imprez. Z resztą nie tylko fotograf, właściwie każdy mężczyzna związany z branżą mocno kreatywną – przynajmniej w moich historiach i moich doświadczeniach. A nawet kiedy tak nie jest, to często za piękną sztuką odkrywałam narcystyczną osobowość, twórcę, który uważał się za alfę i omegę oczywiście też, uznawał, że jest lepszy od innych i jest nadczłowiekiem, bo obok normalnego życia, potrafi też stworzyć coś artystycznego. Znajomość z takimi ludźmi i ich próby zdominowania są ciężkie – niewarte zachodu, tak często myślę.

Na co dzień działam głównie w branży marketingowej, więc rozglądałam się za bratnią duszą i tu. Znam wielu genialnych marketerów, ale powiedzmy sobie szczerze: to często ludzie, którzy wiedzą jak używać słów. To swoiste skrzyżowanie kreatywnego umysłu z duszą przedstawiciela handlowego.  Powiedzą komplement, który stopi serce, ale po krótkim czasie można zorientować się, że bajerują tak każdą nowo poznaną osobę, a ociekające lukrem, miodem i polewą karmelową słowa są serwowane dosłownie każdemu. Dla mnie ich znaczenie wtedy znacznie spada. Wiem wtedy, że to gra, którą próbuje wkupić się w łaski każdego rozmówcy. Przydatna gra w biznesie, oczywiście. Bardzo przydatna. Ale w życiu prywatnym? Nie chciałabym być setnym odbiorcą słów “z Tobą rozmawia mi się najlepiej”, bo wiem, że to tylko próba przypodobania się, a nie szczere wyznanie. Lubię ludzi, którzy nie szastają wyznaniami miłości i sympatii na prawo i lewo, ludzi, u których trzeba na takie słowa zasłużyć i można mieć świadomość, że to unikatowa deklaracja, skrojona bardzo personalnie.

Lubię ludzi od sztuki. Lubię też ludzi od marketingu. Potrafią rozśmieszyć, potrafią zadziwić, można z nimi stworzyć świetne projekty. Ale obok siebie widzę zawsze najbardziej outsiderów, ludzi, którzy nie zabiegają o niczyją sympatię i uznanie, nie muszą podlizywać się każdej napotkanej na ulicy dziewczynie, każdej sąsiadce, nie muszą podobać się każdej parze oczu. Kogoś, kto nie karmi się uznaniem innych ludzi. Kogoś, kto nie pisze każdej koleżance pod zdjęciem “ale ślicznotka”, bo po prostu nie ma na to czasu, z resztą nie imponuje mu każda głowa z długą czupryną, bo ma wysokie wymagania wewnętrzne.

Powiecie: może byś ich nie spełniała – no pewnie, może i nie, ale i tak cenię sobie takich ludzi. Im mniej jesteśmy zależni od opinii innych, tym bardziej możemy skupić się na swoim życiu. A znam wielu facetów którzy robią wszystko dla poklasku, wszystko dla znajomych i nieznajomych, a nic dla siebie.

Może dla kogoś, kto mnie nie zna, zabrzmiałoby to jak przepełnione hipokryzją narzekanie – bo przecież sama działam w mediach społecznościowych. Pokazuję swoje życie, swoje podróże, swoje myśli. Ale czuję, że robię to dla siebie i dla tych, którzy myślą podobnie. Robię to, by być może pokazać komuś, że nie jest ze swoimi przemyśleniami sam, by znaleźć odbiorców o zbliżonym poglądzie. Nie dla wszystkich.

Bo kiedy jesteśmy przyjacielem wszystkich, nie jesteśmy przyjacielem nikogo. Kiedy mamy czas dla mnóstwa znajomych, nie mamy tak naprawdę czasu dla nikogo, bo każdemu z nich poświęcamy za małą ilość życia, by ich naprawdę poznać i zrozumieć.

Tak, tyle myśli przebiegło mi przez głowę, kiedy zobaczyłam tego dawnego znajomego, z którym nie rozmawiałam przez 2 lata.

Zamiast podbiec i niezobowiązująco zagadać, pozwoliłam by zniknął mi z pola widzenia. Zostałam ze swoją tęsknotą za jego spokojem, ciepłem, cichym głosem. Powiecie, że idealizuję, być może trochę tak, ale realnie zatęskniłam za tym, co mnie kiedyś denerwowało. Wtedy myślałam: wszyscy faceci są tacy przebojowi, głośni, medialni, a on taki nudny, szary, z małą ilością szalonych pomysłów. Nie wiedziałam, że szalonych pomysłów to akurat ja mam tyle, że mogłabym nadrobić za dwojga, a nadmiar jest gorszy od niedoboru. Stanowczo gorszy. Nie wiedziałam, że widzę spaczony świat i wydaje mi się, że potrzebuję cech, które tak naprawdę mi u innych szkodzą.

Nie wiedziałam czego potrzebuję i z kim się dogaduję. Dziś wiem, ale jest to towar mocno deficytowy, bo o wysokiej wartości.

Z ciekawości zajrzałam do starych rozmów. Wiem, tego się nie robi, ale pokusa była silniejsza. To, co zobaczyłam, złamało mi serce. Ja sama złamałam sobie serce. Ten znajomy kilka lat z rzędu życzył mi swoją drogą wszystkiego najlepszego w dniu urodzin. Widzę, że w ciągu ostatnich lat nawet nie podziękowałam. 2 lata temu urwałam kontakt bardzo niefajnie, ale właściwie za namową świetnej koleżanki, która wiedziała lepiej jaki powinien być facet wart naszej uwagi – oczywiście imprezowy i ultraśmiały.

Tak to jest, kiedy człowiek przestaje myśleć samodzielnie i stwierdza, że znajomi wiedzą pewnie lepiej. Nie wiedzą. Każdy z nas tylko sam, w ciszy i skupieniu potrafi stwierdzić, czego chce od życia i czego potrzebuje.

Straciłam perłę szukając wieprzy, czy jak to się czasami mówi w takich sytuacjach. Nie chcę idealizować i dorabiać wielkich teorii, ale trochę tych historii i doświadczeń przez te 2 lata się pojawiło i dziś już jestem w stanie ocenić bardziej obiektywnie.

Nie doceniamy tego, co mamy, aż do momentu, kiedy tego nie stracimy.  Aż pewnego dnia nie przejrzymy na oczy i nie stwierdzimy, że coś było dobre, a właściwie wspaniałe, a my porywaliśmy się z motyką na słońce, by zdobyć coś w naszej niesprawdzonej teorii, lepszego. 

Moja refleksja dotyczy dziś podobieństw – może szukamy ich czasami na błędnych płaszczyznach? Ktoś przecież nie musi być fotografem ani specem od marketingu, by żyło się obok niego, a właściwie z nim, we wzajemnym zrozumieniu i pomyślności.

Dopijam za mocną kawę, z głośnika w telefonie dobiega głos Celine Dion i zastanawiam się, czy… Nie będę mówić, żeby nie zapeszyć. Ale wierzę, że niektóre błędy da się naprawić i być na tyle trzeźwą w myśleniu, by nie popełnić ich znowu, gdy nadarzy się taka okazja. Myślę też o tym czy czasami nie jest tak, że jesteśmy tak zafiksowani na tym, czego wydaje nam się, że szukamy, że nie dostrzegamy kiedy coś bardzo wyjątkowego przechodzi nam przed nosem i czasami świadomie z tego rezygnujemy.

. M o g ą   C i ę    t e ż    z a i n t e r e s o w a ć :

Leave a Reply