
Oswajanie żałoby.
Żałoba to właściwie ta sama emocja co miłość.
To miłość, z którą nie umiemy sobie poradzić, bo nie możemy jej już wyrazić. Nie ma dokąd pójść. Im bardziej kogoś kochaliśmy, tym prawdopodobniej głębszy, dłuższy i bardziej mroczny będzie ten okres. Wydaje mi się, że w tym wszystkim najmniej chodzi o czarny strój – to tylko powierzchowny symbol, niemający zbyt wiele wspólnego z realnym przeżywaniem. Prawdziwa miłość nigdy się nie kończy i podobnie jest właściwie z żałobą: wracamy do słuchania muzyki, wieczorów z winem i znajomymi, śmiania się z nieprzyzwoitych memów, ale to nie tak, że wszystko wróciło do normy: nigdy nie wróci, bo brak osoby, która odeszła wciąż pozostaje, przypominając o sobie nieco mocniej co jakiś czas.
Z czasem jednak uczymy się, że ten smutek, ta niekończąca się żałoba nie jest czymś złym – a pustka, choć bardzo boli, jest drogą, dzięki której nie musimy się żegnać i zapominać, bo ta osoba na zawsze będzie miała wyjątkowe miejsce w sercu.
Oddzielenie przeszłości od teraźniejszości jest wyzwaniem na wielu etapach
Jestem pewna, że brak rozmowy o tym co się stało i brak ekspresji emocji, które się kumulują, spowalniają moment powrotu do funkcjonowania. Kiedy dzieje się coś, czego się nie spodziewaliśmy, uczucia nas przytłaczają. Pojawiają się w dużych ilościach. Tylko, że ludzie nie lubią o nich słuchać, bo:
- nasze zwierzenia sprawiają, że przypominają sobie o traumatycznych przeżyciach ze s w o j e j przeszłości
- nigdy nie dotknęło ich nic podobnego, więc średnio rozumieją
Można zagłuszać smutek nadmiarem pracy, wyjściami ze znajomymi, którzy o niczym nie wiedzą. I tutaj pojawia się strach – że kiedy powiemy komuś jak bardzo nam smutno, a wyznanie poprze zawilgocenie oczu, staniemy się w cudzych oczach słabi, dziwni. Zostaniemy wyśmiani, negatywnie ocenieni. To nieracjonalna obawa, bo tak z pewnością się nie stanie, ale strach ma wielkie oczy, które patrzą szczególnie na nasze ego, które nie lubi okazywania słabości lub wrażliwości…
Każdy przeżywa stratę inaczej. Jedni płaczą głośno przy znajomych i rodzinie, inni rozklejają się dopiero odcięci od postronnych spojrzeń. Każdy w innym czasie dochodzi do siebie i odzyskuje zdolność do pogodzenia się z tym, co się wydarzyło. Jedni demonstrują smutek bardziej na pokaz, a kiedy zostają sami, wcale nie rozmyślają i nie analizują, inni wręcz przeciwnie: w obecności innych ludzi nie okazują ani grama emocji, ale nie potrafią zasnąć i w nocy zadręczają się wspomnieniami i gonitwą rozważań.
Im więcej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że żałoba nie oznacza, że musimy zamknąć się w ciemnym pokoju i wyjść z niego z napuchniętymi powiekami albo chodzić w pracy ze spuszczoną głową – możemy żyć normalnie, patrząc z perspektywy innych: jak gdyby nic się nie stało, choć tylko my wiemy, że towarzyszy nam smutek i żal, które są samotnym miejscem, do którego nikt poza nami nie ma dostępu – bo tylko my wiemy co łączyło nas z osobą, z którą trzeba było się pożegnać. Jak bardzo ją kochaliśmy.
Czas, sam w sobie nie leczy – aby zrozumieć stratę, trzeba świadomie pogodzić się z nieodwracalną zmianą i przejść wszystkie etapy jej akceptacji. Pewnie, że wszyscy pocieszają “czas sprawi, że będzie łatwiej” – i tak i nie, bo wciąż pojawią się chwile, w których w dłonie wpadną stare zdjęcia albo nadejdą dni świąt i przy stole stać będzie puste krzesło. Prawdą jest jednak to, że upływ czasu sprawia, że się przyzwyczajamy – i choć wciąż nadpływa fala smutku, już wiemy, że potrafimy żyć dalej, nawet jeśli jest to ciężkie.
Żałoba wymaga trudno osiągalnej równowagi: pozwolenia bólowi nadejść ale równocześnie wmawiania sobie, że już nie boli. Łatwo się poddać i pozwolić, aby smutek zdominował, ale im więcej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że jakkolwiek trudno jest powrócić w tym stanie do życia – trzeba zrobić to dla osoby, z którą się pożegnaliśmy. Bo ona nie chciałaby widzieć nas cierpiących, stojących w miejscu i rozpaczających. Pamiętajmy, że człowiek, z którym przyszło nam się rozstać, był szczęśliwy wtedy, kiedy my byliśmy. Cieszył się, kiedy odnosiliśmy sukcesy i spełnialiśmy marzenia. Idźmy do przodu, dla niego.
Co sprawia, że czas po pożegnaniu może być łatwiejszy?
Patrzenie na przeszłość bez poczucia żalu. To chyba jedno z trudniejszych wyzwań: bo zawsze znajdzie się coś, co możemy sobie zarzucić. Mogliśmy spędzać z tą osobą więcej czasu. Bardziej jej pomagać. Częściej zaskakiwać małymi niespodziankami. Jednak to niczego nie zmieni – to już przeszłość, której wypominanie sobie niczego nie ulepszy.
Nie odrzucajmy pomocy ze strony bliskich. Pamiętam dzień, w którym żegnałam się z moim psem – miał zaledwie 12 lat, spędziliśmy razem całe moje nastoletnie, najbardziej emocjonalne lata, zastępował mi rodzeństwo, którego nie mogłam mieć. Strasznie cierpiał, najprawdopodobniej został otruty – nie udało się go uratować, choć jechaliśmy z nim nawet do Warszawy, aby wykonać rezonans i dokładniejsze badania. Weterynarz zarządził, że biedak tak cierpi pomimo najsilniejszych leków przeciwbólowych nie da się powstrzymać skurczów i bólu, że utrzymywanie go przy życiu będzie dla niego torturą, bo nie ma dla niego ratunku, że trzeba go uśpić, żeby nie konał w męczarniach. Najtrudniejsza była dla mnie obecność przy procedurze usypiania – i moment ostatniego zabicia jego małego serca.
Wróciłam do domu i byłam strasznie przybita, nie miałam pojęcia co ze sobą zrobić – zawsze był przy mnie, a nagle przywitała mnie pustka. Wieczorem odezwało się do mnie dwóch znajomych – to był weekend, pytali czy nie mam ochoty pojechać na spacer do centrum albo coś zjeść. Nie miałam. Kiedy powiedziałam dlaczego, jeden z nich, w sumie mój ówczesny bliski przyjaciel, zaproponował, że po mnie przyjedzie, zabierze do siebie, zrobi mi naleśniki z nutellą i będziemy razem płakać i oglądać filmy, albo przyjedzie, pojedziemy po milion nuggetsów (to było wówczas moje kulinarne uzależnienie, don’t judge me) i znajdziemy jakieś huśtawki, na których będziemy razem smutać. Zrealizowaliśmy drugą opcję, przypomniał mi o pięknych chwilach, które spędziłam z pożegnanym czworonogiem i o tym jak dobre życie u mnie przeżył – i te wspomnienia zagłuszyły smutek związany z traumatycznym zakończeniem. Poczułam się o wiele lepiej. Jeśli macie kogoś, z kim milczenie nie jest krępująco niezręczne, a komfortowo kojące, koniecznie przystańcie na propozycję towarzystwa. Czasami nawet przytulenie daje niesamowitą ulgę.
Walka z nieoczekiwanymi emocjami nie jest łatwa – i nie udawajmy, że pomoże tutaj kilka krzepiących cytatów, kilka porad pokroju “zadbaj o siebie i daj sobie czas” i nagle będzie po wszystkim. Pozytywne podejście wiele zmienia, ale smutek jest nieunikniony. Pamiętajmy, że nie jest niczym złym – bo żałoba to po prostu miłość, której już nie możemy bezpośrednio wyrazić, więc musimy nosić ją wewnątrz i nauczyć się z nią żyć.
Leave a Reply