
Czy sensem dzisiejszej sztuki jest wyłącznie popularność?
Równocześnie na tym samym Youtubie po kątach ukrywają się tysiące prawdziwych t a l e n t ó w. Wokalistki z siłą głosu, która zawstydziłaby samą Whitney Houston. “And Iiii will always loooooove youuu” w ich wykonaniu brzmiałoby na pewno tak, że aż sufit zadrżałby z wrażenia.
I tutaj nasuwa się kolejne pytanie, a raczej obawa. Czy sztuka wciąż jest coś warta, jeśli do nikogo nie dotrze i nikt jej nie zobaczy? Czy jej znaczenie zawsze zależy od tego ile liczb ją opisuje, ile oczu ją dostrzegło, jak wysoko plasuje się w rankingach i czy w ogóle do nich trafiła?
. Pytania, na które trudno odnaleźć odpowiedzi
Kim w ogóle jest artysta i czym jest sztuka w świecie, w którym każdy uzewnętrznia się przed znajomymi, nieznajomymi, przypadkowymi i nieprzypadkowymi ludźmi? Co nią jest, a co nie jest? Czy zdjęcie pospiesznie ugotowanej owsianki, na środku której ktoś położy rodzynkę już kwalifikuje się pod oficjalną definicję? I jak ona tak właściwie brzmi?
Przecież gdyby się uprzeć, zdjęcie takiej owsianki można interpretować na setki różnych sposobów. Pojedyncza rodzynka symbolizuje samotność osoby, która ją zjada. Jedna mała rodzynka przeciwko tysiącom pojedynczych płatków owsianych. Są różnego kształtu i wielkości, a jednak pływają w tym samym mleku. Płatki bardziej nim nasiąkają, rodzynka się nie topi. Może to metafora bagna codzienności? Kto wie. A może to tylko zwykłe zdjęcie owsianki, za którym nie kryje się żadne przesłanie, drugie dno i nie ma sensu czytać pomiędzy linijkami, bo znajduje się tam jedynie pusta, biała przestrzeń? Nigdy do końca nie wiadomo co autor miał na myśli. Jak więc obiektywnie ocenić czy to już sztuka czy jeszcze jej do niej daleko? Jak więc odróżnić sztukę od tego, co nią nie jest? Odróżnić to, co głębsze od tego co płytkie i nie zawierające żadnego przekazu? I jak stworzyć coś, co na pewno nią będzie?
Istnieje jedna oczywistość – znani ludzie mają łatwiej. Wszystko co zrobią jest obserwowane przez tysiące czujnych oczu, które doszukują się wszędzie artyzmu i ukrytych znaczeń. Popularność z pewnością pomaga. Na wielu płaszczyznach. Liczby i kontakty, które za nią idą, sprzyjają swobodnego tworzeniu. Dla przykładu (tylko dla zobrazowania, no offence!) : Julia Wieniawa nie musi martwić się o role w filmach, bo same reklamy są w stanie zapewnić jej luksusowy byt. Może przebierać i długo zastanawiać się nad przyjęciem lub odrzuceniem danej pracy, bo nie nagli jej kalendarz, który wskazuje dni pozostałe do pierwszego. Utalentowana studentka aktorstwa, która, gdyby tylko dostała szansę, mogłaby może i zdobyć Oscara, bo posiada bogatą mimikę i zdolności, by wcielić się w każdą rolę, ale brak jej znanego nazwiska, nie może sobie pozwolić na wybrzydzanie, bo ofert dostaje bardzo mało.
. Czy sztuką też rządzą liczby?
Dlaczego liczby i wyrobione nazwiska są takie ważne? Czasami, kiedy ktoś opowiada mi o osobie, której nie znam, aby przekonać mnie do jej genialności, dodaje “jej film miał 100000000000 wyświetleń na YT. Ma 10000000000000 obserwujących na Twitterze. Była na okładce Glamour!”. Tak jakby to miało olbrzymie znaczenie. Wiem, wiem, że w dzisiejszych czasach ma – ale przecież takie szczęście może uśmiechnąć się do każdego. Czasami wystarczy zrobić coś umiarkowanie mądrego (albo właśnie przeciwnie – bardzo sprytnego!) na castingu do znanego programu. Kilka razy pokazać się w telewizji, lub u boku kogoś mocno rozpoznawalnego. No albo – po prostu urodzić się w znanej rodzinie, która jest w branży od wielu lat. Tylko czy to na pewno zagwarantuje rozwój talentu? Czy raczej rozwój życia i codzienności, która będzie bardziej sprzyjała artystycznym działaniom?
Ostatnio natknęłam się na zdanie “synowie i córki znanych aktorów i piosenkarzy nie są wcale aż tacy zdolni, wyjątkowi i utalentowani – mają po prostu środki, możliwości i czas, aby się lansować, bywać, myśleć nad tym co by tutaj stworzyć.”. Nie zawsze mają większe predyspozycje i zdolności – ich codzienność po prostu ułatwia im ich wykorzystywanie, podczas gdy inni, którzy nie mają nazwiska, popularności, ani kontaktów zaczynają od zera i martwią się zupełnie innymi rzeczami, więc ich czas jest rozdzielony na kilka różnych sfer życia – również na te bardziej przyziemne. Nie tylko na sztukę.
Popularność sprzyja, bo wyobraźcie sobie taką sytuację – kobieta, która nigdy nie pobierała lekcji śpiewu, w podstawówce miała z muzyki 2, a ze szkolnego chóru została wyrzucona za notoryczne fałszowanie – ale jest żoną znanego piłkarza, postanawia, że nagra płytę. Dla zwykłego człowieka byłoby to niemalże niemożliwe – masa kosztów, załatwiania, rozmów… Dla popularnego, znanego w mediach człowieka koszty grają mniejszą rolę – zawsze znajdzie się jakaś marka, która postanowi zasponsorować muzyczną przygodę. W zamian za ekspozycję i reklamę. Ludzie kojarzą nazwisko i twarz, więc kupią płytę. Niezależnie od tego co na niej będzie. Niezależnie od tego, czy w ogóle da się jej słuchać.
. A jak to było przed erą mediów społecznościowych?
Aż chciałoby się napisać “na pewno było lepiej i łatwiej” – ale czy na pewno? Nie aż tak. Z jednej strony, jeśli ktoś wydał płytę i wiele osób o niej mówiło – automatycznie przyjmowało się, że jest dobra. Bo skoro tylu ludzi ją słyszało – coś musi być na rzeczy. Podobnie z książkami – o książce mówiło się (i w sumie wciąż tak pozostało!), że jest wybitna, jeśli przeczytały ją tysiące, lub setki tysięcy czytelników. Rozpoznawalność zawsze w pewnym stopniu oznaczała s u k c e s. Jeśli książka stała się popularna, została bestsellerem, dzienniki, gazety i billboardy okrzykiwały ją hitem i automatycznie stawała się jeszcze bardziej popularna – bo kiedy coś jest znane, my też chcemy to poznać i czujemy się odrobinę zakłopotani, że jesteśmy nie na bieżąco i nic jeszcze o danej książce, filmie, piosence nie wiedzieliśmy – tym bardziej kiedy wydaje się, że cały świat już ją zna.
Początkowa popularność to trochę efekt domino, bo popycha do przodu kolejne kostki, które napędzają kolejne i kolejne.
. Popularność czy jakość?
Trudny wybór i czy na pewno trzeba wybierać? Coraz częściej zastanawiam się co jest dla twórców najważniejsze – a może nawet nie tyle dla twórców, co dla odbiorców. Twórcy mają swoje priorytety. Robią to, co podpowiada im serce (albo manager/spece od PRu), ale muszą przecież przeżyć, nie umrzeć śmiercią głodową, zapewnić sobie warunki do pracy. Często robią nie do końca to, co im w duszy gra, ale zmusza ich do tego sytuacja finansowa – kto by nie chciał wystąpić w nieco karykaturalnej reklamie, ale za to później ze spokojem przez wiele miesięcy sobie spokojnie tworzyć i bez obaw o pieniądze, pracować nad nowym materiałem? Jestem w stanie to zrozumieć, bo tak działa dorosłe życie (babcia mi to zawsze powtarza^^) – czasami robimy coś nie do końca zgodnego z naszym wymarzonym scenariuszem, ale tylko po to, żeby później do niego wrócić.
Odbiorcy to zupełnie inna bajka. Ich byt nie zależy od sztuki – przynajmniej nie dosłownie, bo na niej nie zarabiają. W jaki sposób odbiorca określa co jest dobre i wartościowe, a co nie? Odnoszę wrażenie, że coraz częściej nie ocenia jej samodzielnie, własnymi oczami, uszami i pozostałymi zmysłami, a sugeruje się liczbami. Milion wyświetleń? Jakie to profesjonalne i świetne! Jednak gdyby dokładnie ten sam twór miał tylko 10 wyświetleń, spojrzałby smętnie i po kilku sekundach przełączył. Skoro tylko 10 osób to dostrzegło, to musi być lipą. Może to przerysowuję, ale uwierzcie mi, że często jestem świadkiem takich sytuacji. Patrzymy na liczby, zamiast na treści i tworzymy z wysokiej popularności synonim wysokiej jakości.
. Duże liczby = dużo sensu?
A co gdyby coś naprawdę wspaniałego i kompletnie nowatorskiego po prostu się nie wybiło? Co gdyby twórca nie zatrudnił ludzi od marketingu, reklamy i PRu? Wiele świetnych filmów przechodzi bez echa. Nikt ich nie ogląda, bo nie mają plakatów z zachętami “zdobywca Oscara”; “najbardziej Hollywoodzka obsada roku!” a na łamach kolorowej prasy celebryci nie nawołują, aby pędem biec do kina.
W dzisiejszych czasach prawie każda rekomendacja jest opłacona. Każde miejsce na reklamę ma swoją cenę. Chciałbyś zareklamować swój tekst lub produkt na blogu… Hmm.. Powiedzmy Ani Lewandowskiej? Jeśli skontaktujesz się z właściwymi ludźmi z jej teamu i przelejesz odpowiednią kwotę, po dogadaniu się i dopięciu wszystkich szczegółów, reklama zapewne pojawi się na jej stronie. Wielu ludzi pomyśli “skoro Ania opublikowała wizerunek tego produktu na swoim blogu, to znaczy, że musi być dobry!”. Kupią go. A czy naprawdę jest dobry? Momentami to nie ma już nawet znaczenia, bo efekt placebo wciąż działa. Jeśli nastawisz się, że coś będzie dobre, prawdopodobnie nawet gdyby wszystkie znaki na niebie i ziemi krzyczały, że jakościowo w c a l e nie jest dobre, Ty wciąż będziesz wierzył/a, że jest. Przecież jest takie popularne, no i Ania polecała!
Leave a Reply