
Jak przekonać się do koszuli?! Czyli codzienna stylizacja z koszulą w roli głównej
Jak to jest z tymi koszulami?! 
Przez długie lata ukrywałam je na samym dnie szafy. Chowałam pod stertą nielubianych, za ciasnych lub za szerokich bluzek, które nigdy nie doczekały się bezpośredniego kontaktu z moim ciałem. Leżały tuż obok nietrafionych prezentów i rzeczy, które planowałam oddać potrzebującym. Nie były samotne, bo było ich wiele, ale i tak patrzenie na nie było przykrym widokiem – bo choć były równo poukładane, i tak sprawiały wrażenie pogniecionych. Może marszczyły się ze smutku, braku akceptacji i poczucia odrzucenia, a może po prostu było im na tej półce ze sklejki za zimno. Rzadko do nich zaglądałam – na co dzień były pogrążone w zupełnym mroku. Omijałam tę półkę, niby z troski, że jeśli je odsłonię, wpadną do nich oślepiające wiązki światła i będą cierpiały – ciemność na pewno wywołała u nich intensywny światłowstręt. Traktowałam je po macoszemu – wiedziałam, że istnieją, ale nie miałam ochoty ich widzieć, a tym bardziej dotykać i zabierać ze sobą do miasta. Nie chciałam, żeby towarzyszyły mi na uczelni, ani w pracy. Nie chciałam, aby poznawały moich znajomych, przyjaciół, facetów, z którymi wychodziłam na randki. Wiedziałam, że będą mi przeszkadzały i nie będę czuła się w ich towarzystwie komfortowo. Wolałam zastępować je bawełnianymi bluzkami i zwiewnymi podkoszulkami, w których było mi często za zimno, ale – można przecież zagryźć zęby, albo sięgnąć po rozgrzewającą herbatę. Z resztą marznięcie podobno hartuje i wzmacnia odporność. Podobno, ale teoria to jedno, a praktyka to drugie. Dwie zupełnie inne bajki.
O tym jak nienoszenie koszul przynosi pecha
Gdyby ktoś zajrzał do mojego e-dziennika za zamierzchłych licealnych czasów, szybko zauważyłby, że nie cieszyłam się wysoką frekwencją. Nie ze złej woli, buntu, czy też potrzeby zaniedbywania naukowych obowiązków, bo o dziwo lubiłam się uczyć, ale…byłam wiecznie chora. W ciągu roku, który miał 365 dni, przez co najmniej 100 miałam katar. Przez 40 ból gardła, a przez skarżyłam się na ból zatok.
Nie nosiłam podkoszulek, ani koszul, które przecież mogłyby pomóc. Dlaczego? Bo nie lubiłam. No wiecie, w pewnym wieku uznaje się to za dobry argument na wszystko. Ale kobieta zmienną jest.
Nienawiść zamieniła się w ogromną miłość
I to dosłownie! Tak, takie rzeczy dzieją się w prawdziwym życiu, nie tylko na filmach! Ja i koszule jesteśmy idealnym przykładem tego zjawiska. Najpierw je nieśmiało przeprosiłam, później się zaprzyjaźniłyśmy, a niedawno pojawiło się między nami intensywniejsze uczucie. I naprawdę czuję, że to może być miłość, bo jesteśmy nierozłączne! Od czego się zaczęło? Chyba od wyprawy do fotografa: jakiś czas temu musiałam zrobić sobie poważne zdjęcie do dokumentów i w tym celu założyłam białą koszulę. Niechętnie, ale jednak. Spędziłam niej cały dzień, załatwiłam kilka spraw – a pod wieczór złapałam się na tym, że… Było mi w niej naprawdę wygodnie. A zdjęcie wyszło całkiem znośnie (jak na ten typ fotografii, którego szczerze nie znoszę!). Wyglądałam w niej jakoś tak…poważniej. Spodobało mi się. W krótkim czasie przeprosiłam nie tylko tą białą koszulę, ale i wiele jej koleżanek – kolorowych, wzorzystych, casualowych i bardzo eleganckich. I nagle odkryłam, że jest mi w nich dobrze – psychicznie dobrze. I że w koszuli czuję się ubrana, a nie przebrana. Nagle uświadomiłam sobie, że to uniwersalna, codzienna opcja, która nie dość, że jest wygodna i przyjazna jesienno-zimowym temperaturom, to przy okazji zaoszczędzi też wiele porannego czasu. A rano każda minuta jest przecież cenna 😀
Z czym łączyć koszulę?
Bloggerki modowe nieustannie udowadniają, że… Ze wszystkim! Podglądam je i dzięki nim wierzę na przykład w to, że koszulę można połączyć z szortami i nie musi to wcale wyglądać źle. Jednak moim ulubionym, najbezpieczniejszym wariantem koszulowego zestawu, jest combo: koszula + spodnie z trochę wyższym stanem + pasek + botki, półbuty, lub w luźniejszej wersji: trampki. Wygodnie, a przy tym bez żadnej przesady. A wychodząc z domu zimą można pod koszulą przemycić podkoszulek. Taki legalny przemyt może wyglądać na przykład tak:
Koszula – Marie Lund (podobna tutaj, tutaj i tutaj ) // spodnie – Mango ( teraz można je złapać w promocji w sklepie Answear – tutaj) // buty – Ryłko ( bardzo podobne, ale na nieco wyższym obcasie: tutaj )
michal
Grudzień 23, 2019 at 6:39 pmPiękna dziewczyna.