
Back on track: wyzwania i postanowienia, by wyglądać i czuć się tak jak 1,5 roku temu
Któregoś popołudnia w moje dłonie wpadły zdjęcia sprzed roku – i tak to już z tym życiem chyba właśnie jest, że za łatwo nie docenić tego co się obecnie ma. Z cyfrowych plików spojrzała na mnie 27letnia Kasia: z ładną cerą, długimi włosami, sporym wcięciem w talii, lżejsza o 3 kilogramy i bardzo uśmiechnięta. No fajna, urocza! Natychmiast zapragnęłam cofnąć się w czasie i wyglądać tak samo jak wtedy: ironia losu, bo wtedy pewnie nie byłam wcale stuprocentowo zadowolona. Wiecie jak to jest – no naprawdę, nigdy nie docenia się tego, co ma się w danym momencie. Zwykle jest się z czegoś mniej zadowolonym i dopiero po latach patrzy się obiektywniej, trzeźwym okiem.
Ale chwila, chwila, czy lekka zazdrość o samą siebie jest czymś na porządku dziennym? Moment konsternacji. Moim zdaniem tak, tak sobie przynajmniej racjonalizuję – jest: bo to ta sama osoba i być może to uczucie może naprowadzić na trop, jak wrócić do najlepszej kondycji i sprzyjających dobremu samopoczuciu i wyglądowi zwyczajów?
Czy coś się przez ten rok mocno zmieniło? I tak i nie. Teoretycznie niewiele, a jednak sporo.
Może zabrzmi to zbyt podniośle, ale w tamtym momencie przeglądania zdjęć sprzed roku właśnie tak pomyślałam: kurczę, jeśli mam przeżyć w tym ciele kolejne 70 lat, muszę się o nie zatroszczyć, lepiej w nie inwestować, traktować z odpowiednim szacunkiem, zadbać o to co w środku i na zewnątrz, sprawić by mi ufało. Muszę zadbać o to, by znowu wyglądać i czuć się tak promiennie jak te 1,5 roku temu!
Na wygląd mogłabym na upartego machnąć ręką – wciąż jestem chyba obiektywnie dość szczupła, na skórze pojawiają się niedoskonałości wywołane kulinarnymi grzeszkami, ale to pewnie chwilowi wrogowie. Tym, co skłoniło mnie do przeanalizowania swojej codzienności i postanowienia zmian było bardziej samopoczucie: mniej energii, gorsza odpornośc, wolniejsze gojenie się zadrapań, problem z wczesnym wstawaniem, nawracające infekcje.
No i przyjrzałam się tej codzienności. I wniosek był prosty i trudny równocześnie: nie ma bata, trzeba o siebie zadbać. Wprowadzić plan self-care’u. Żeby plan był mniej przytłaczający i nie przypominał noworocznych postanowień, o których 7 stycznia już nikt nie pamięta, podzieliłam go na kilka filarów. Filar to poważne słowo, ale tym razem celowo!
Filar pierwszy – zdrowie
Nieprzypadkowo jako pierwsze, bo jednak głęboko wierzę, że powinno być najważniejsze!
Jeśli ktoś przewróci oczami, myśląc: ale wyświechtana teoria! – rozumiem, ja też tak nieraz uważałam (mój kręgosłup świadkiem -.-), ale w momentach gdy było go trochę mniej, boleśnie okazywało się, że jednak jest absolutnie potrzebne, by działać pełną parą.
Bo trudno udaje się, że pęcherz nie boli, że migrena zniknie w ciągu sekundy, że do senności o 21 da się przyzwyczaić.
Jeszcze nie tak dawno odkryłam, że kilka rzeczy mi totalnie nie służy – i że jednak w kwestii zdrowia lepiej zaufać cierpliwszym lekarzom i sygnałom wysyłanym przez ciało, niż losowym osobom, albo znajomym znajomych, którzy arogancko uważają, że wiedzą najlepiej, albo że “skoro wszyscy tak robią, to znaczy, że to jest dobre”
Organizm człowieka jest na maksa złożony i jeśli ktoś uważa, że wie wszystko i ma monopol na rację, to prawdopodobnie po prostu olewa 99% faktów o anatomii, fizjologii i wszystkie nowsze badania – to taka dygresja, ale miejcie ją z tyłu głowy, gdy rozmawiacie z kimś znajomym, kto choć o hormonach, fizjologii i organizmie człowieka wie najlepiej, ale wypowiada się jak guru medycyny.
Ale ja nie o tym (tu te niespełnione ambicje o zostaniu lekarzem się odzywają, right right), ale o tych fajnych krokach, które postanowiłam wprowadzić. Let’s go: lista jest krótka, ale treściwa.
- Regularne badania krwi – je akurat robiłam wczoraj. Mam już część wyników i wszystkie są dobre, więc przez ułamek sekundy pomyślałam: i znowu wydałam 350 zł, żeby dowiedzieć się, że wszystko jest ok. Ale to był dosłownie ułamek sekundy, bo ta świadomość jest totalnie bezcenna + nie trzeba robić aż tylu badań krwi, ja akurat wzięłam duży pakiet, żeby sprawdzić sporo rzeczy i też wykluczyć, że powód senności i odporności leży gdzieś tu. Morfologię i podstawowe badania warto robić dwa-trzy razy w roku, żeby w razie czego móc szybko wykryć nieprawidłowości i je zweryfikować/zadziałać. W jaki pakiet badań warto zainwestować? To temat rzeka i nie chcę tu zamieszczać porad medycznych (choćby z tego względu, że tematem fascynuję się hobbistycznie od 15 lat, ale oficjalnego wykształcenia medycznego ino nie mam), ale jedno wiem na pewno: warto mieć zaufanego lekarza rodzinnego (takiego wiecie, dociekliwego, nie takiego u którego wizyta trwa 3 minuty, a minuta z tego to przywitanie) albo prywatnego internistę/diagnostę, który doradzi, co warto sprawdzić i szczerze wypunktuje Wam jakie badania warto wykupić, żeby sprawdzić czy np. problemy z koncentracją czy senność nie są spowodowane przez jakieś niedobory lub zaburzone działanie któregoś narządu.
- Dobre suplementy. Dobre to niekoniecznie te głośno polecane na Instagramie, produkowane przez firmy z nieograniczonym budżetem marketingowym. Sami pewnie wiecie, że niektóre suplementy bazują mocno na lukach prawnych i sporo tu ostrych przekrętów. Głośno o tym ostatnio, zgaduję, że nie muszę nawet Wam nawet opowiadać. Dobre to te z czystych składników i co ważne – NIE BARDZO ZŁOŻONE. Im więcej substancji czynnych w suplemencie, tym większe ryzyko, że wejdą ze sobą w interakcje lub zablokują swoje działanie. Dlatego najczęściej warto jednak łykać kilka suplementów osobno, zamiast zaopatrzyć się w jeden suplement typu 30w1. Co ja suplementuję? Dostałam o to kilka pytań na Instagramie gdy ostatni raz poruszałam ten temat, więc obiecuję – zrobię o tym osobny wpis, z wytłumaczeniem dla kogo dana substancja może być przydatna! Z tym, że od razu zaznaczam: ja dopasowałam swoją suplementację pod siebie, nie jest stuprocentowo uniwersalna 😉
- Unikanie ryzyka zarażenia się przeziębieniami. Wróciliśmy niedawno z dalszej wyprawy i niestety… Wróciło z nami przeziębienie. Czy mogliśmy go uniknąć? I tak i nie. Nie wszystko da się zauważyć, nie wszystkiemu można zapobiec – ale spotkało nas kilka sytuacji, w których mieliśmy kontakt z kimś, u kogo zauważyłam dość niepokojące objawy (czerwone, szkliste oczy, katar i kaszel) – m.in u kierowcy Ubera, z którym pokonaliśmy dość długą trasę (otworzyłam szeroko okno, ale to mogło być niewystarczające) i u jednej osoby z obsługi hotelu, w którym się zatrzymaliśmy. Cel: mniej przejmować się tym, że coś będzie wydawało się dziwne – np. odsunięcie się, rozmowa z turbo odległości albo rezygnacja z przejazdu Uberem po 2 przejechanych minutach (/pierwszym dużym kaszlu u kierowcy): bo dobra kondycja jest najważniejsza i za to “szczypanie się” potem możemy zapłacić 2 tygodniami chorowania i płaczem w poduszkę z gorączką. Zdecydowanie lepiej wydać się komuś dziwnym, albo przeboleć to 20-30 zł za kurs z chorym kierowcą, niż potem odwiedzać kilka razy aptekę i zapłacić za to duuużo więcej, nie tylko pieniędzy, ale i czasu.
- Zrobię w końcu odkładane badania USG i kontrolę u dentysty! Wiecie, są takie badania, które odkłada się na wieczne potem, bo po prostu nic nas do nich nie goni. W moim przypadku jest to USG brzucha, USG piersi, przegląd i higienizacja u dentysty. Zdecydowanie muszę to wszystko odhaczyć jeszcze przed grudniem! Jeśli też macie takie badania albo kontrole: chodźcie, zmotywujmy się wzajemnie – fajnie będzie wkroczyć w świąteczne miesiące ze świadomością, że wszystko jest ok 🙂
Sport i ciało
Byłam pewna, że jem dokładnie tak samo, jak jadłam rok czy 1,5 temu – waga twierdzi jednak inaczej!
Pewnie ma swoją rację, ale wiem, że do gry wkracza tu też metabolizm: z upływem lat, a nawet miesięcy, odrobinę zwalnia. Można temu oczywiście przeciwdziałać: ćwiczeniami (nawet te dość spokojne pozytywnie na niego oddziałują!), drobną zmianą nawyków, wprowadzeniem postu przerywanego i… Co tu dużo mówić: najwyraźniej właśnie za to muszę się wziąć 🙂
Co prawda staram się stawiać na intermittent fasting i często nie jem po 17/18, a kolejnego dnia posiłek dopiero o 10, ale jak widać to jednak nie wystarczy. W ciągu roku waga zmieniła się u mnie o 3-4 kg – niby niewiele i podobno nie widać, ale ja czuję różnicę. I wiem, że zdrowszymi wyborami i codziennymi ćwiczeniami (choćby 15 minut treningu + schody na 10 piętro) jestem w stanie i poprawić swoją kondycję, zadbać o zdrowie (bo nasze organizmy naprawdę KOCHAJĄ ruch w każdej postaci, to do niego są przystosowane, siedzenie nie jest sprzyjającym stanem) i wrócić do formy sprzed roku 😀
A zagłębiając się trochę bardziej w zaplanowany sport: mam w planach na ten miesiąc zamówienie obciążników na łydki i gum do ćwiczeń, żeby móc zaczynać dzień (lub też go kończyć: zobaczę która pora dnia bardziej mi sprzyja) rozciąganiem się. Myślałam też o zapisaniu się na pilates na maszynach, podobno niesamowicie wzmacnia mięśnie i koi kręgosłup, ale trochę boję się ćwiczeń w zamkniętej przestrzeni w sezonie grypowym i covidowym: może ten plan uda się zrealizować na wiosnę? Do najbliższego studia pilatesu z maszynami mam dość daleko, a obecne przeziębienie przypomina mi o tym, że jednak warto ograniczać kontakt z obcymi ludźmi, żeby nie czuć się tak jak teraz. Zobaczymy!
Rower. O tym już nieraz pisałam, więc pewnie Was nie zaskoczę: rower to życie i miłość, mój absolutnie ulubiony sport. Niestety pogoda nie zawsze sprzyja – wiem, że można temu zaradzić i istnieją twardzi zawodnicy, którzy jeżdżą również zimą, ale to póki co niekoniecznie dla mnie, jestem strasznym zmarzlakiem i ciepłolubnym stworzeniem. Dlatego mam nadzieję, że będzie jeszcze sporo suchych jesiennych dni i uda się zakończyć ten sezon sporą ilością wykręconych kilometrów, zanim nadejdą czasy powtarzania: brr, brr, brrr. Szczególnie, że w tym roku spełniłam w końcu swoje marzenie i zaopatrzyłam się w nietypowy rower – cały biały, nawiązujący swoim lockiem do vintage stylistyki (just in case, oszczędzając swój i Wasz czas – już o nim pisałam, to ten model z German Stylowe Rowery 🙂 )
Sprawdza się bardzo dobrze, więc chciałabym nacieszyć się nim nieco bardziej – trzymajcie kciuki za pogodę. Także taki jest plan: póki jesień jest jako tako sucha i ciepła rower, a za moment dużo rozciągania mięśni i ćwiczeń na tonowanie ciała i kręgosłupa z małym obciążeniem i gumami. A na wiosnę pilates.
SPF25-50. Tego lata postanowiłam odnaleźć w końcu krem z filtrem, którego nie będę miała ochoty zmyć od razu po nałożeniu i najprawdopodobniej wstępnie się udało – stosuję go dopiero kilka tygodni, więc raczej za krótko, żeby polecać, ale jestem dobrej myśli. Nie bieli się, szybko się wchłania. Jedyny spory minus zauważony do tej pory to właściwie to, że skóra dość mocno się po nim błyszczy, ale to pewnie problem do rozwiązania pudrem mineralnym 😉
Mniej znaczy więcej, szczególnie w pielęgnacji twarzy. Twarz nie lubi eksperymentów – nie wiem czy każda, ale moja na pewno nie. Przez ostatnie 3 lata prawie każdy krem, który kupiłam mnie uczulił. Okazało się, że zaledwie garstka dermokosmetyków jako tako mi służy i wszystko wskazuje na to, że będę musiała przy nich pozostać. Dlatego też moja półka w łazience nie jest zbyt pokaźna i z pewnością nie przypomina półek typowej blogerki czy instagrapmmerki – ale może dzięki temu trochę łatwiej przychodzi nam utrzymanie łazienki w ryzach! Tej zimy chciałabym też spróbować retinolu – zobaczymy czy się polubimy.
Jeśli jesteśmy przy ciele, nie mogę nie wspomnieć tu o diecie. Stety niestety, to właśnie ona ma ogromny wpływ na to jak się czujemy, jak wygląda nasza skóra i ciało i nie jest to nic odkrywczego. U mnie często ten temat jest dość zerojedynkowy: albo jem wzorowo, albo sięgam po niezdrowe przekąski i szybkie opcje obiadowe zdecydowanie za często. Czarno albo biało!
W przeszłości udawało mi się już wytrwać dość długo bez glutenu i nabiału (nabiał powoduje u mnie mocne pogorszenie się stanu skóry i bóle brzucha, a gluten – trudno powiedzieć, ale w mojej rodzinie obecna jest celiakia, a to częściowo dziedziczne, więc mimo braku jednoznacznego wyniku badań, staram się jednak go ograniczać – niestety często o tym zapominam albo po prostu ulegam pokusie). Wiem, że powinnam być silniejsza i nie jeść tego, co mi szkodzi – w ostatnim miesiącu wytrwałam ponad 2 tygodnie! Potem wyjazd trochę przekabacił moją silną wolę.
Staram się natomiast nawet bardziej niż na tym, czego jeść nie powinnam, skupiać na dobrych nawykach i na tym, żeby dostarczać organizmowi tego, co lubi – nieprzetworzonych, świeżych, dobrych rzeczy. Mój plan to rozpisanie sobie dość luźnej diety, która zakłada ile razy minimalnie w ciągu tygodnia powinnam coś zjeść: np. awokado, buraki, brokuły, kiszoną kapustę, kiwi, melona, bataty. Za każdym razem gdy uda nam się ugotować danie z danymi produktami, rubryka będzie do odhaczenia – póki co jak dla mnie brzmi całkiem motywująco! Planuję wprowadzić od poniedziałku (teraz jestem przeziębiona, a co za tym idzie apetyt jest ciut mniejszy i byłoby trudniej). Cel to budowa odporności i dbanie o to, żeby żadne poważniejsze niedobory nie miały racji bytu!
Umysł i odpoczynek
Wcześniej chodzić spać! To cel, który przepisuję z listy na listę. Czy 22 jest realna? Wątpliwe, ale wierzę, że 23 docelowo już tak. Godziny przed północą są bardzo ważne + to udowodnione, że organizm najlepiej regeneruje się podczas całkowitej ciemności. O to też muszę zadbać (przyzwyczajeniem się do opaski na oczy I guess), bo przez okna wpada sporo światła lamp ulicznych.
Więcej książek. Kiedyś potrafiłam pochłonąć kilka książek tygodniowo – i to czytając tylko trochę rano i wieczorami! Pamiętam, że to mnie mocno relaksowało i byłam wiecznie zainspirowana, zaciekawiona, głodna wolnego czasu wieczorem, by pochłonąć kolejne setki stron. Od pewnego czasu, a właściwie to od dwóch lat, tego czasu już nie mam – a przynajmniej tak mi się wydawało. Trzeba go więc zrobić, znaleźć – bo żeby dobrze pisać, trzeba czytać. A prawda jest taka, że czytam dziś głównie branżowe newslettery i trochę równie branżowych serwisów i blogów. To zdecydowanie za mało i jednak cel też zupełnie inny, bo nie czytam ich, żeby odpoczywać i relaksować umysł, właściwie wręcz przeciwnie.
Trzymanie się bloków czasowych. Pracuję zdalnie i jest to równocześnie najpiękniejsze błogosławieństwo, ale czasami też przekleństwo, bo zdarza się, że jest tyle do zrobienia, że się zasiedzę, kończę pracę o 21 i nikt mi przecież nie powie, że pora iść do domu. Mam wtedy wrażenie, że praca zajmuje większość mojego życia, że nie mam czasu na życie osobiste – i czuję brak równowagi, przytłacza mnie ilość rzeczy, które powinnam nadrobić: czas z rodziną, zrelaksowanie się by zabrać umysł do strefy niemyślenia o pracy i marketingu, zadbanie o zdrowie… Muszę zadbać o ten balans, zdecydowanie.
Wygląd
Chciałam tu wypunktować moje wątpliwości dotyczące koloru włosów, rozpisać postanowienia dotyczące wyboru ubrań i ich materiałów, ale… Nie. Nie o to w tym planie chodzi! Bardzo mocno wierzę w to, że promienny wygląd bierze się przede wszystkim z zadowolenia z życia, z zadbania o ciało i umysł, z czasu na odpoczynek, z satysfakcji z pracy, ze zdrowego balansu pomiędzy różnymi strefami życia, z dobrej diety. I że kiedy się o to dba, wybór ubrań czy fryzury są dość drugorzędne.
Dlaczego postanowiłam podzielić się tymi postanowieniami tu na blogu? Stwierdziłam, że kiedy je spiszę, łatwiej będzie mi wprowadzić je w życie, to raz, a dwa – wiem, że lubicie takie tematy, więc po cichu mam nadzieję, że uda mi się kogoś z Was zainspirować do zadbania o siebie. Warto, zdecydowanie.
michal
Luty 5, 2023 at 1:46 amPięknie Pani wygląda.
Białko, czy mleko szkodzi?
Suplementy? Po co? Zestaw Witamin i mikroelementów, dobre jedzenie…wystarczy..
O zdrowie oczywiście warto dbać… ale bez przesady… Chyba że są wskazania dot konkretnych problemów zdrowotnych. W innym przypadku to staje się obsesją, a to już jest problem psychiczny.