
Co ludzie sukcesu robią przed śniadaniem i czy łatwo pójść w ich ślady? Spoiler: i tak i nie
Ludzie, którymi się otaczam nieraz opowiadają mi o swoich świetnych pomysłach – jestem pod szczerym wrażeniem, więc pytam “hej, to dlaczego nie działasz?” i prawie zawsze w odpowiedzi pada ten sam problem: brak czasu.
Kiedy myślę o swoich planach i celach, zawsze optymistycznie zakładam, że uda mi się trochę rozciągnąć dobę, tydzień lub miesiąc, niczym elastyczną plastelinę. Ale to naiwne założenie, bo czas nigdy nie przystaje na moją propozycję współpracy. Wam pewnie też nie chce szczególnie pójść na rękę?
Wielokrotnie podchodziłam do tego problemu, próbując ugryźć go z różnych stron. Zastanawiałam się, którą porę dnia zoptymalizować, żeby ten czas ciągnął się i ciągnął, niczym mozarella na pizzy wyjętej dopiero co z gorącego pieca, a nie był nieubłaganie krótki i na jeden kęs, tak jak degustacyjna porcja risotto z ociupiną parmezanu.
Często próbowałam ulepszyć wieczorne gospodarowanie wolnymi godzinami – po odjęciu wszystkiego, nie ma ich wiele, więc nie można być tu zbyt rozrzutnym. Wieczór kiedyś jednak się kończy i przechodzi już w noc. Pewnie z wielu was to nocne marki i do niedawna się z wami utożsamiałam – ale raz, trochę nawet przypadkowo, przestawiłam swój organizm na wcześniejsze chodzenie spać i wcześniejsze wstawanie i od tego czasu upiera się, że tak mu lepiej. To ma jak się domyślacie plusy, ale również minusy. Zostawianie wielu rzeczy, takich jak na przykład: praca nad własną stroną internetową, opracowywanie materiału na bloga i instagrama, dokończenie rozpoczętych tekstów na wieczór przestało zdawać egzamin. Kiedyś mogłam pisać do 2-3 w nocy, dziś już o 22:30 zaczynam ziewać, a wena twórcza idzie spać na długo przede mną.
Skoro więc nie wieczór, to może początek dnia?

Tak naprawdę zaczęłam pracować nad swoimi porankami na długo zanim do moich rąk wpadła książka “Co ludzie sukcesu robią przed śniadaniem” (autorstwa Laury Vanderkam), ale ta lektura pozwoliła mi spojrzeć na temat wykorzystywania początku doby trochę inaczej. Z resztą kto nie chciałby podpatrzeć co takiego przed pierwszą kawą robią ci, którzy nie muszą się nigdy martwić o stan konta, a wybierając samochód, nie dopytują o cenę każdego udogodnienia (żartuję, to nie są jedyne kryteria sukcesu). W każdym razie przyznam – ciekawość wzięła górę i chciałam wiedzieć, co takiego robią ludziska, którzy z pewnością mają na głowie więcej odpowiedzialności niż ja. A nie wariują i zostaje im nawet nadwyżka energetyczna, którą wykorzystują na korcie tenisowym czy siłowni. No jak? Tak więc dziś chciałabym podzielić się z wami tym, co wyczytałam z tekstów Laury.
Ta książka zadaje wiele niewygodnych pytań.
Pierwsze z nich brzmi:
Jak wykorzystujesz swój czas, żeby bardziej poczuć, że Twoje życie jest pełne i satysfakcjonujące?
W życiu chodzi właściwie o to, żeby nacieszyć się czasem danym nam tutaj, na tym przysłowiowym ziemskim padole, a nie dołować się dlatego, że każdy tydzień, miesiąc, rok przelatuje nam bez żadnej kontroli przez palce. Książka wskazuje, że nieplanowane niepotrzebne zajęcia, takie jak maratony kolejnych odcinków serialu przed telewizorem, nałogowe sprawdzanie poczty (o, to o mnie!) czy bycie szoferem dzieci lub kogoś z rodziny, to łatwy sposób, by wyprać się z energii. Spodobało mi się zdanie :
“Musisz sobie uświadomić, że Twój wolny czas jest zbyt cenny, by podchodzić do niego ze zbytnim niechceniem i luzem i przeznaczać go na byle co – w tym rzeczy, które nie sprawiają ci żadnej przyjemności”.
O weekendach mówią to, co właściwie można by było powiedzieć też o całym życiu – wydają się długie, pełne godzin i możliwości, a jednak to czas, który ma swoje granice. Kolejne weekendy i dni urlopu mijają nam bezpowrotnie, bez względu na to, czy je zaplanujemy, czy nie. Niezaplanowane mają to do siebie, że chcemy, by dały nam poczucie luzu i odpoczynku, a finalnie i tak nie udaje nam się osiągnąć tego stanu, bo nie wiemy za bardzo jak to z marszu i na cito zrobić. I choć wydaje się nam, że zawsze będzie kolejny weekend i kolejny urlop -taki, w którym będziemy szczuplejsi, mniej zmęczeni, bardziej przebojowi i bardziej gotowi na jakieś fajne przygody – nasz czas tutaj nie jest nieskończony.
Życie jest jak karta kredytowa
Życie w ciągłym biegu ma to do siebie, że na wiele aktywności i zadań z listy “to do” nie starcza już doby. Ale wydaje nam się, że trudno, nie szkodzi, bo przecież przepiszemy je na kolejny dzień. Laura uświadamia jednak nieco pesymistyczną, choć właściwie realistyczną, tylko chętnie usuwaną w cień myśl – czas jest zasobem ograniczonym, w dodatku nie wiemy jakimi ilościami dysponujemy. To tak, jakbyśmy szastali kartą kredytową, na której nie mamy pojęcia, ile pieniędzy się znajduje (mam nadzieję, że to autorskie porównanie, bo własnie na nie wpadłam!)
Możemy tą kartą płacić za miliony nieistotnych gadżetów – drogich sprzętów, których wcale nie potrzebujemy, ale cieszymy się, że zaimponujemy sąsiadom czy kumplowi. Nie wiedząc ile dokładnie zostało na koncie, nie wiemy czy pewnego dnia wystarczy nam np. na wodę mineralną w momencie maksymalnego pragnienia i suszy czy interwencję medyczną w momencie poważnego kryzysu czy zagrożenia życia. Albo na ubezpieczenie. Nie myślimy o tym. Ale istnieje takie ryzyko, ponieważ nie mamy pojęcia jakich rzędów sumy znajdują się na owej karcie i jak odważnie powinniśmy nią szastać.
Myślę, że podobnie jest z czasem – niewyobrażalne ilości godzin spędzamy robiąc rzeczy, które nie mają dla nas większego znaczenia (pracujemy w zawodach, których nienawidzimy, chodzimy na regularne kawy i plotki, z koleżanką, którą uważamy za bezmyślną wredotę, oglądamy seriale, które nas nie interesują), bo zakładamy, że na życie pełnią życia jeszcze będzie inny, lepszy moment. Że jeszcze będziemy mieli taką ilość wolnego czasu, że go na wszystko wystarczy.
Nie lubimy tych danych, ale takie są fakty
Nic tak naprawdę nie wiemy, bo nawet wróżbita Maciej nie przepowie nam, ile będziemy w zdrowiu funkcjonować, ale możemy opierać się na średnich długościach życia. I tutaj autorka książki wylicza wprost:
Jeśli dożyjemy 80 lat, nasze życie będzie zawierać 4160 weekendów. Sporo z nich mamy już za sobą.
Uświadamiajmy sobie więc jak najczęściej, że nie ma sensu zajmować się czymś, co nie sprawia nam w ogóle przyjemności i wydawać ciężko zarobione pieniądze na rzeczy drogie, ale bardzo niepotrzebne.
Książka jest dosadna. Mówi “być może kiedyś będziesz wspominał te wszystkie lata, w których mogłeś podróżować i jeść śniadania na łonie natury z najbliższymi ci ludźmi, leżąc w szpitalu lub domu samotnej starości”. Auć.
Jednak w ten sposób chce skłonić nas do zadania sobie jednego z kluczowych pytań: na co tak bardzo oszczędzamy pieniądze i energię? Nie wiemy co się przydarzy za tydzień, miesiąc czy rok (ironicznie, w momencie kiedy to piszę, w Europie jest ogłoszony stan pandemii i wszyscy panicznie gromadzą zapasy jedzenia, w wielu sklepach sporo rzeczy jest wykupionych; ludzie z obniżoną odpornością są realnie zagrożeni).
Tak często jesteśmy po pracy zmęczeni i z różnymi obowiązkami na głowie, że pojawia się pokusa, by nie robić nic w kierunku realizacji marzeń – bo nie ma wolnego, bo ciężki okres, bo kiedyś na pewno, ale nie teraz – i w dłuższym rozrachunku łatwo wtedy o poczucie, że przegapiamy własne życie. Ono do nas macha, krzyczy “wsiadaj, zrób coś dla siebie!“, a my pozwalamy, by odjechało, bo wolimy powiedzieć “teraz muszę siedzieć w beznadziejnej robocie, więc nic innego nie zrobię, nie mogę sobie na to pozwolić, by posłuchać swoich potrzeb”
Laura mówi:
“Nie analizujemy co ze swoim czasem zrobić i w rezultacie nie przeżywamy naszego życia w pełni, bo zbyt duża część jest chaotyczna, niezorganizowana i trochę zmarnowana”


Śledźmy upływ czasu
“Być może wpadniesz we frustrację, gdy odkryjesz jak bardzo to jak spędzasz swój czas różni się od tego, jak chciałabyś go spędzać”
Najsmutniejsza, brutalna prawda: czas jest nieodnawialnym źródłem.
Gdy upłynie, już go nie odzyskamy.
Według Laury nie ma więc sensu ubolewać nad tym, ile lat czy tygodni zmarnowaliśmy na niewarte tego zajęcia i rozczarowujących ludzi w przeszłości. Liczy się czas, który jeszcze mamy do dyspozycji i to, co z nim zrobimy. I czy to, co z nim zrobimy, popycha nas w kierunku wartościowych celów i tego, co uważamy za marzenia.
“Ludzie żalą się, że potrzebują dobrego planu, ale równocześnie lamentują też, że nie mogą sobie pozwolić, by przysiąść i coś zaplanować, bo są zbyt zajęci!”
Zdaniem autorki sam projekt to połowa sukcesu. Planowanie jak dysponować czasem zwiększa szansę na to, że dobrze go wykorzystamy i że posłuży on nam do osiągnięcia tego, co chcemy osiągnąć.
Padają też słowa: kluczem do sukcesu jest znalezienie czasu i miejsca.
I to muszę sobie wyryć na tablicy korkowej:
“Jeśli wiesz dokąd zmierzasz, szanse na to, że tam dotrzesz, znacząco wzrastają”.
Dobry weekend i dobre życie wymagają planu
Plan nie musi być przytłaczająco szczegółowy. Wystarczy czasami, że spiszemy rzeczy, które bardzo chcemy zrobić. I wyznaczymy mniej więcej czas na ich realizację. Planowanie przyszłości, zwane też antycypacją, wyzwala wiele hormonów, które odpowiadają za nasze realne poczucie tego, czy jesteśmy pozytywnie podekscytowani swoim życiem, czy nie. Planowanie samo w sobie dostarcza trochę radości. I wtedy stan nakręcenia tym, jak fajne rzeczy nas czekają, może trwać dłużej.
Morał z jednego z pierwszych rozdziałów płynie też taki, że w ciągu wolnych godzin czy dni, powinniśmy obrać za nasz cel misję “regeneracja”. Sięganie po zajęcia, które będą nas odmładzać i uszczęśliwiać, a nie wykańczać i rozczarowywać.
Planowanie brzmi nudnie, ale może być bardzo ciekawe
Burza mózgów kojarzy się niektórym z czasami szkoły czy studiów. Trochę to mylące – fajnie sprawdza się i przy poważnych projektach z dorosłego życia.
Nie bądźmy zbyt dorośli na siłę, skoro te tradycyjne metody z lat młodości, potrafią przynieść najlepsze efekty 😀
Laura podsuwa dwa pomysły na początek planowania życia, które nas ekscytuje i o którym marzymy:
– Wypisz sto osób, które bardzo chciałbyś poznać.
– Wypisz sto nowych pomysłów jak mógłbyś rozwijać swoją firmę (albo swoje wymarzone umiejętności, jeśli nie chcesz rozkręcić własnego biznesu)
W życiu zdarzają się nieprzewidziane sytuacje, dlatego to, czy odnosimy sukces czy nie, zależy w dużej mierze od 2 rzeczy: czy umiemy określić swoje priorytety (na dany dzień, na miesiąc i na całe życie) i czy potrafimy skutecznie wywiązywać się z tych zobowiązań.
Czas nie jest z gumy, więc nie rozciągajmy go dla zadań i ludzi, które nie są top priorytetami
Laura mówi wprost, że godzina tygodniowo to d u ż o.
Mówi też “jeśli musisz, w porządku, przeznacz godzinę na jakieś mało istotne spotkanie, ale postaraj się, żeby trwało krócej”
Mówi też, że powinniśmy traktować czas jak najcenniejszą nieruchomość.
Na pewno nie chcielibyśmy oddawać jej części (mebli, marmurowych parapetów) byle komu – a już tym bardziej komuś, kto ich nie wykorzysta i np. wyrzuci po kilku dniach na śmietnik.
To zdanie mi się spodobało (choć i trochę zasmuciło, przyznaję):
“Zacznij rozumieć, że masz do dyspozycji ograniczoną ilość czasu. Dlatego powiedz sobie: nie interesują mnie spotkania, rozmowy telefoniczne ani relacje, które nie wytwarzają pozytywnej energii zwrotnej. W tej kwestii jestem wybredna i całkowicie poważna”
Wydajność, zwłaszcza w branżach kreatywnych, wymaga ciągłej inspiracji. Sama też dobrze o tym wiem, choć czasami udaję sama przed sobą, że jest inaczej.
Trenuj swoje ciało i umysł – tak mówi Laura. Ja na przykład, zamiast pójść spać, wystukuję teraz wspomnienia jej książki. Czy to się liczy jako rozgrzewka tych wszystkich poskręcanych i spragnionych ruchu neuronów? 😀
Skróty do rozwinięcia
Nie mogę niestety podać wam tu wszystkiego z książki na tacy – z resztą i tak bym nie potrafiła, bo to 150 stron inspirującej treści.
Przesłanie Laury w pigułce:
Zapisuj jak spędzasz czas, rób obliczenia ile co ci zajmuje, bądź realistą, ale mierz wysoko, określ w jakim czasie chcesz osiągnąć swoje cele, rozbijaj duże cele na kilka lub kilkanaście mniejszych (okej, czyli nie zaczynajmy od celu “zostać prezydentem”), planuj kiedy masz czas na chwilę skupienia by zaplanować priorytety, rozliczaj się ze swoich obietnic.
Tylko tyle i aż tyle.
Któraś z was może powie mi “ja to wszystko wiem”.
Myślę, że wielu z nas już to wie, ale wcale tego nie robimy. Więc może warto sobie przypominać i spróbować ponownie?
PS: Pewnie niektórzy z was powiedzą, że miało być o ludziach sukcesu i o ich tajnikach na poranki prowadzące do góry złota. Ale było! W książce wymienione są też personalne historie wielu specjalistów i są też szczegółowe rozpiski ich planów dnia – ale to zajęcia, których nie możemy bezpośrednio przełożyć na swoją rzeczywistość, więc skupiłam się na zasadach i rzeczach, które trzeba sobie przemyśleć, żeby stworzyć swój własny, działający plan 😉 Bo np. informacja, że właścicielka olbrzymiej firmy rozmawia rano przez godzinę na Skypie z mężem, który jest na delegacji, a później poświęca 45 minut na naukę japońskiego, dla jednych będzie inspirująca, dla innych nie. Większość z nas jest w innej sytuacji, stąd też priorytety i zadania będą inne. Ale tendencje pozostają te same 🙂
Jakie są wasze sposoby na poranne ujarzmianie czasu? Macie swoje własne, ulubione patenty? Jeśli tak, podzielcie się w komentarzu! 🙂
. M o g ą C i ę t e ż z a i n t e r e s o w a ć :
Leave a Reply