
6 złotych zasad urządzania salonu (5 z nich nauczyliśmy się dopiero teraz!)
Salon – miejsce wszystkich przypadkowych drzemek, tajemna lokalizacja ucieczek z nadprogramową filiżanką cynamonowego espresso, no i grzeszny comfort-zone podczas za długich seansów z Netlixem. Tak to on! Napisać o nim dałoby się o wiele, wiele więcej – nie chcemy pewnie jednak wchodzić w zbyt śmiałe szczegóły i sporządzać listę wszystkich guilty pleasures, które się tu wydarzają.
A może i chcemy?
W końcu rozmawiania o przyjemnościach nigdy zbyt wiele.
Poboczny fakt: taka jest właśnie moja bardzo poważna teoria, a może już nawet życiowe motto (zawsze lepsze to niż wyświechtane do granic możliwości: carpie diem, prawda?)
Wracając do NIEGO, naszego dzisiejszego dzielnego bohatera – niezależnie od tego co byśmy o tym salonie nie mówili, prawdą jest, że tuż obok wszystkich tych cudownych funkcji rekreacyjnych, jest to miejsce narodzin PIERWSZEGO WRAŻENIA.
No bo kiedy kogoś zapraszamy, salon staje się pierwszym pomieszczeniem, które widzą oczy naszego przybysza.
A nawet jeśli po drodze omiatają inne zakątki, to salon poddany jest zwykle największej analizie. I nie stworzyłam tej teorii sama – muszę się niestety przyznać, że nie: to zdanie psychologów wnętrzarskich (tych mądrych ludzi, którzy badają jak przestrzeń i jej aranżacje wpływają na co co myślimy i czujemy).
Co zrobić, by zwiększyć szanse na to, że nasz salon zostanie, choćby i podświadomie, uznany za przytulny i przyjemny do przebywania? Chodźcie no, zebrałam dziś 6 złotych porad, które mogą to ułatwić. Potwierdzone researchem i eksperymentami z życia – nie tylko mojego rzecz jasna! Skonsultowałam je z wprawionymi w boju architektami i specjalistkami od wystroju wnętrz. Swoje przeczytałam. Sięgnęłam nawet po branżowe podcasty w trzech językach (choć w tym trzecim to bardziej po to, by wyłapać słowo le tableau, bo to jedno z nielicznych słów, które jeszcze pamiętam). Zero offtopów. Lecimy
1. Wnętrze potrzebuje tego czegoś. Brzmi tajemniczo. Co to powinno być? Coś co przyciąga uwagę – jak mawiają, tak zwany statement piece
Nasze mózgi i nasze oczy lubią, gdy jeden element wnętrza zdecydowanie się wybija. Dlatego, według wielu projektantów wnętrz, bardzo ważne, by była to dokładnie jedna rzecz (bez żadnego zaokrąglania do dwóch czy trzech, jak to zwykle mamy w zwyczaju) – statement piece. Inaczej dominujące dodatki lub meble będą rywalizowały o uwagę jak zazdrosne o siebie wzajemnie szczeniaki rottweilerów.
Co więc może być tym głównym dominatorem? Duży obraz, ozdobne lustro, oryginalna tapeta. Możecie spojrzeć na moje ulubione przykłady obrazujące tę zasadę. No i nie muszę pewnie wspominać, że duży obraz jest moim ulubionym wyborem – a waszym?
2. Dywan – element, którego zawsze starałam się unikać, a okazuje się, że ma sporą moc.
Duże dywany bardzo długo kojarzyły mi się z przytłaczającymi wnętrzami w starym stylu. Z zakrywaniem podłogi, którą można by było trochę odświeżyć. Z czymś, co zamiast ozdabiać, nadaje przestrzeni ciężkości i optycznie mocno ją zmniejsza.
Naprawdę nie lubiłam dywanów! Przemek świadkiem – gdy usłyszałam, że zamierza położyć na podłodze w salonie duży dywan, w głowie wizualizowałam sobie wszystkie ucieleśnienia moich dywanowych obaw. Na szczęście mały research i zagłębienie się w inspiracje, pokazały mi , że dywany mogą dodawać pomieszczeniu uroku, zamiast – jak dotąd uważałam – brutalnie go odbierać.
Long story short: i tak właśnie zostałam wielbicielką minimalistycznych dywanów. Do tych pstrokatych i ogromniastych wciąż nie pałam miłością, ale te w kolorach Ziemi, przyznaję: potrafią być piękne.
3. Czasami warto użyć poziomicy. Naprawdę warto.
Okazuje się, że sumiennie urządzoną przestrzeń dość łatwo popsuć. To w sumie przerażające jak łatwo – ale to też przy okazji potwierdzenie teorii, że diabeł tkwi w detalach. Jednym z tych destrukcyjnych detali może być byle jakie powieszenie obrazów / plakatów.
Nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiałam, bo dotąd jakimś cudem udawało mi się większość rzeczy powieszać prosto bez użycia poziomicy, ale przy większej ilości obrazów i plakatów – goddamnit, warto się z nią zaprzyjaźnić.
Krzywo zawieszone kompozycje potrafią niestety dość mocno wpłynąć na wizualny odbiór całego wnętrza – warto zainwestować te dodatkowe kilkanaście minut w wymierzenie wszystkiego, równe odstępy i trzymanie poziomu i równoległości względem brzegów ścian i krawędzi innych ramek.
4. Warto też przyłożyć się do doboru oświetlenia
Kolejne zaskoczenie – oświetlenie jest trochę wisienką na torcie, ALE równocześnie potrafi kompletnie zmienić charakter każdego pomieszczenia. W zależności od tego, czy wybierzemy klasyczne, bardzo nowoczesne, czy może nietypowe vintage lampy, przestrzeń przyodzieje kompletnie inny charakter.
Jeśli jakaś lampa nie pasuje do pomieszczenia i nie jesteśmy jej pewni w 101% – lepiej poświęcić na poszukiwania więcej dni (lub nocy), ale zakończyć research triumfalnym okrzykiem “nigdy nie widziałam piękniejszej lampy”.
Co prawda mój znajomy krzyknął tak na widok mojej dobrej koleżanki (oczywiście z podmianą ostatniej części zdania, nie nazwał jej lampą – bo pewnie ktoś zapyta!), a teraz się prawie rozwodzą, ale zostaję przy swojej teorii: taki okrzyk i tak mnoży szansę na długoletnią sympatię.
Poszukujcie lamp, które chcecie mianować takim tytułem.
No bo właśnie – przy urządzeniu mieszkania, nie możemy się raczej ograniczyć do 1 lampy. Ale chodzi o to, by każda zasługiwała na tytuł najpiękniejszej mimo to.
Niektórzy mówią, że poliamoria może być sprawiedliwa i zdrowa.
5. Wielkość stolika kawowego
Im większy, tym lepszy? Nie tu. Ta zasada obowiązuje tylko gdy mówimy o talerzu kremu pomidorowego albo o wymiarach pizzy z podwójnym serem. Stolik kawowy jest jedną z tych rzeczy, których uroda nie powinna być oceniana na podstawie szerokości czy wysokości.
Podstawowe zasady (zdaniem wielu uznanych projektantów wnętrz)? Już wam streszczam.
Nie powinien być dłuższy niż 60% długości kanapy. Wysokość powinna pozwalać nam na swobodne odłożenie filiżanki z kawą (albo z herbatą, by nikt nie czuł się pokrzywdzony).
Niby banał, ale to wbrew pozorom w natłoku innych kryteriów czasami ulatuje (byłam kilka razy świadkiem!)
6. Schemat działania – ustalona wcześniej paleta kolorów
Zielone zasłony? Why not. Różowe poduszki? Na pewno będą pasować, są takie miękkie! Stół z pomarańczowym akcentem? Prezentuje się energetyzująco, może to niezły pomysł.
Takie kompozycje to z pewnością skuteczny sposób by wpisać się w obecne skandynawskie trendy, ale istnieje jedno realne ryzyko: ostre kolory, mało stonowane zestawienia i odważne palety kolorów dość szybko się nudzą. Mózg szybko zaczyna się nimi męczyć. W krótkim czasie zaczyna marzyć o zmianach.
A urządzając wnętrze, inwestujemy w nie energię, czas i oszczędności nie po to, by za moment przeprowadzać kolejny remont i wprowadzać diametralne zmiany, right? Ja jestem zdania, że lepiej myśleć trochę dłużej i odsyłać/oddawać niektóre elementy, niż patrzeć na przestrzeń i wmawiać sobie “no może, może, mojooooże nie jest źle i to do siebie pasuje“.
Ważny etap? Przemyślenie kolorów!
W jakich wnętrzach czujemy się najbardziej zrelaksowani, wypoczęci, nieprzytłoczeni? Nie ma złych odpowiedzi – dla każdego to mogą być inne kolory, jasna sprawa (w moim przypadku dosłownie: jasna). Natomiast jeśli statystyka nie kłamie (oczywiście, że kłamie, ale jest nadzieja, że nie tu), większości z nas łatwiej przychodzi to właśnie w jasnych przestrzeniach, bez neonowych akcentów.
Mnie BARDZO relaksują jasne wnętrza. Biel, beże, jasne brązy. W takich pokojach najprzyjemniej mi się czyta, słucha muzyki – miliony bodźców nie walczą o moją uwagę. Nie muszę walczyć, by ją rozdzielać.
Do innych kolorów też można się przyzwyczaić (w domu rodzinnym mamy na przykład morelowe ściany – jest to dość odważny kolor, mimo wszystko, ale moje oko już się do niego przyzwyczaiło i nie wywołuje aż takiego uczucia dystrakcji). Niemniej – tam gdzie możemy sobie ułatwiać sobie żyćko, róbmy to.
Przemyślmy kolory, bo to ma dwie zalety: przestrzenie będą bardziej zadbane, bardziej efektowne i wyglądające na nieprzypadkowe, a my będziemy bardziej produktywni i spokojni. Jeśli to nie jest definicja sytuacji win-win, to ja nie wiem co jest!
Powracam do dalszych poszukiwań lampy idealnej (czy któraś zasłuży sobie na 9.5?), a Was zostawiam z tą myślą: zbadajmy jakie kolory Wam służą.
To bardzo poważne badanie.
Dajcie znać jak wasze diagnozy.
michal
Lipiec 30, 2022 at 9:38 pmFot I, piękne.