Motywacja i inspiracja, Przemyślenia, Życiowe

21 życiowych lekcji, które przerobiłam przed 26 urodzinami

T  ej wiosny zdmuchnęłam 26 świeczek – chciałabym tak napisać, ale prawda jest raczej taka, że nie zdmuchnęłam ani jednej, a moim urodzinowym tortem była galaretka z wiśniami. Tytuł brzmi podniośle, a wcale nie miał. Bo przecież 26 lat to wciąż niewiele, a przynajmniej tak sobie mówię, by poczuć się młodziej (choć mocno wierzę w to, że wiek to tylko cyfra). 26 lat temu wzięłam pierwszy łyk powietrza i waga pokazała wartość 3 kg. 3kg apetytu na życie i jak się okazało w przyszłości – również chodzącego (a wtedy jeszcze czołgającego się po ziemi) apetytu na masło orzechowe.

 

Lubię spisywać swoje przemyślenia, bo chciałabym wrócić do nich za jakiś czas i przyjrzeć się temu, jak się zmieniałam. Mam też nadzieję, że być może któreś z tych myśli zainspirują i was – być może z częścią się zgodzicie. 

Być może macie podobne doświadczenia. A być może kompletnie odwrotne – i wówczas tak samo chętnie o nich posłucham 🙂

 

Droga do 26 urodzin nie zawsze była usłana różami (ani posmarowana pysznym masłem orzechowym, cóż), ale ostatecznie wszystko, co mnie spotkało, ukształtowało tę wersję Kasi, którą jestem teraz. Nie powiem, że za wszystko jestem wdzięczna, ale bezpiecznie będzie powiedzieć, że niczego nie żałuję. Prawie niczego. Chciałabym podzielić się z Wami 20 lekcjami, które życie przerobiło ze mną do tej pory – bo wiem, że wiele z was też boi się urodzin. Wiele z was też martwi zbliżanie się do kolejnej pełnej liczby. A gdyby tak spojrzeć na to pozytywniej, lekcjami i wnioskami – może strach czy niechęć zastąpiłaby mała lub duża duma?

20 zyciowych lekcji na 26 urodziny
20 zyciowych lekcji na 26 urodziny

1.  Ostra selekcja znajomych jest potrzebna, by życie było lepszej jakości

Mój tata zawsze powtarza “najdalej zachodzą ci, którzy nie boją się odciąć od tego, co im nie służy“. 

Zawsze kiwałam głową, ale tak trochę bezmyślnie i bezrefleksyjnie, bo jeszcze nie wiedziałam, że ten problem dotyczy i mnie. 

Obserwowałam co prawda koleżanki, które tkwią w nieszczęśliwych związkach (w których np. nie są dostatecznie szanowane, wszystko podporządkowują partnerowi, nierzadko pojawia się przemoc emocjonalna) i wiecznie narzekają, ale nie rzucą owego faceta, bo “no daj spokój, tyle już jesteśmy razem – gdzie ja teraz kogoś poznam? A może nie zasługuję na nic lepszego, z resztą on bywa całkiem kochany raz na jakiś czas“. Większość łez i frustracji wynikało z tego nieudanego związku, ale i tak nigdy go nie zakończą. 

Tak samo z pracą – wokół mnie pełno osób, które uważają, że harują za grosze, nienawidzą swojego szefa, albo obowiązki i ich nadmiar doprowadza ich do poważnych problemów zdrowotnych, ale pojawiają się argumenty “powinnam zmienić pracę, ale nie mam kiedy poszukać czegoś lepszego” lub wersja B “mam już tyle lat, że za późno na przebranżowienie albo zmianę firmy”. A jednak patrząc na to, jak złe wybory i wierne zostawanie przy nich, zamiast poszukiwanie zmiany, unieszczęśliwia i ja wpadłam w tę pułapkę. Przez kilka lat miałam w swoim otoczeniu kilka maksymalnie toksycznych osób – teraz, z daleka to widzę, a wówczas po prostu tłumaczyłam sobie, że “ludzie są niedoskonali, wszyscy mamy swoje wady, kompleksy i dziwne zachowania”. To oczywiście prawda, ale nie można tym tłumaczyć absolutnie wszystkiego – no chyba, że ćwiczymy by zostać adwokatem (czasami chyba adwokatem diabła, co?) 😉

Otaczajmy się ludźmi, przy których możemy być sobą, którzy cieszą się z naszych sukcesów (byleby szczerze) i przy których czujemy się dobrze i spokojnie. Na pewno warto przyjaźnić się z tymi, którzy działają, zamiast tylko opowiadać, walczą o swoje marzenia i mają energię – bo to zaraźliwe, można wymieniać się z nimi cennymi refleksjami i poradami. A narzekanie i wieczny dołek? Wtedy walczymy o cudze szczęście, martwimy się cudzymi problemami i czasami niewiele tego czasu starcza na naszą przyszłość. A kto się nią zaopiekuje? Na pewno nie ci narzekający na wszystko znajomi. Ja już miałam swoje misje ratowania zdołowanych znajomych i długodystansowe próby naprawy ich humoru lub ciągłego braku energii czy ochoty na przejęcie życia w swoje ręce. Ale jeśli u kogoś jest to skrajnie permanentne, to jak walka z wiatrakami. Już pisałam za ludzi listy motywacyjne, robiłam przyjaciołom CV, robiłam za nich projekty i zadania rekrutacyjne. Już się nie przyjaźnimy, a dziś wiem, że kiedy komuś na czymś zależy, to zrobi to sam. Szanujmy się.

20 zyciowych lekcji na 26 urodziny

2. Mnóstwo rozmów niekoniecznie oznacza świetną i wartościową komunikację, często raczej bezsensowną transmisję mało ważnych informacji

Jakość > ilość. 

Kiedyś potrafiłam spędzić na messengerze kilka godzin dziennie, pisząc ze znajomymi lub chłopakiem o tym, co zjedliśmy, co wypiliśmy, co kto powiedział, co przeleciało za oknem, co kto ma na sobie, co komu powiedzieliśmy. Ale szczerze? Wielu tych ludzi, dla których zarywałam noce czy olewałam swój rozwój / zdrowie / pracę nie ma już w moim życiu, a czasu odzyskać się nie da. Wartościowo spędzonych godzin i dni nigdy nie żałuję.

 Rozmowa jest cenna – ale nie każda wymiana informacji jest rozmową. Większość to niewiele wnoszące pogawędki. Relacjonując każdy szczegół życia, nie ma się czasu, by naprawdę żyć. Opisując godzinami co zamierza się zrobić, nie ma się już czasu, by to zrobić. Przyszło to z czasem, ale dziś lubię konkrety, zamiast całodniowej transmisji każdej drobnostki z życia. Nie muszę być z kimś w niekończącym się dialogu, żeby być blisko tej osoby. Co więcej, wydaje mi się, że takie neverending rozmowy przyczyniają się do powstawania przyzwyczajenia i zabijającej czas rutyny, a nie miłości czy przyjaźni. Cenię sobie ludzi, z którymi mogę porozmawiać raz dziennie, raz w tygodniu czy raz w miesiącu, ale szczerze, przyjemnie i otwarcie. Kiedyś przyjacielem był ktoś, z kim rozmawiało się dzień i noc. Dziś wiem, że to kiepska definicja przyjaźni. Za przyjaciela uważam kogoś, komu ufam, z kim odnajduję świetną nić porozumienia, z kim mamy zbliżone wartości – i wiemy co u nas słychać, jesteśmy na bieżąco, ale nie musimy być na ciągłych łączach, by siebie rozumieć i być wobec siebie lojalnymi. Cenię sobie introwertyków, bo mam wrażenie, że wielu ma podobnie – a wielu moich znajomych ekstrawertyków lubi siedzieć całymi dniami z telefonem przy uchu albo stukać przez dobę w klawiaturę. A przecież wtedy życie trochę ucieka, bo mija tuż obok! Uwielbiam rozmowę nad kawą w centrum, podczas spaceru, podczas jazdy na rowerze. Jakkolwiek, byleby to była szczera rozmowa, prawdziwy kontakt, a nie spędzanie czasu przed ekranem – czasu, który tak naprawdę przybliża nas do technologii, no i do bólu oczu czy uszu, a nie do drugiego człowieka 😉

 

3. Nie boję się odmawiać

To była cięższa lekcja dla dziewczyny, która zwykle dbała o to, by nikogo nie urazić. A mówienie “tak” lub owijanie swojego “nie” w grubą bawełnę zwykle w tym pomagało. Z czasem jednak poczułam, że kiedy mówię “tak” niewłaściwym pomysłom, projektom czy ludziom, mówię równocześnie “nie” sobie. A szacunek do siebie i swojego czasu na dłuższą metę zwraca się bardziej niż dbanie o opinię ludzi, których być może więcej nie zobaczę – więc właściwie po co na siłę mi ich aprobata? Nie wszystkim można pomóc i nie wszystkich można zadowolić. Kiedy jest się bezpośrednim w komunikowaniu swoich wartości, planów i marzeń, pojawia się wokół nas więcej okazji by iść  tym kierunku. Kiedy je ukrywamy i zgadzamy się na wszystko, dookoła mnożą się rzeczy, na które wcale nie mamy ochoty (ale skąd świat może o tym wiedzieć, skoro nie mówimy stanowczo “nie”?).

20 zyciowych lekcji na 26 urodziny

Ukrywając swoje prawdziwe poglądy i osobowość, nigdy nie znajdziemy kogoś, kto jest do nas podobny. Kogoś, kto nam naprawdę odpowiada. Kiedy zaczynamy mocniej manifestować to, kim jesteśmy i co jest dla nas ważne, odnajdujemy znajomych, którzy są do nas zbliżeni, wierzę w to.  Mają podobne poglądy, podobny humor, podobne marzenia. Dla tych szczerych znajomości, warto zaryzykować to, że ktoś, kto tego nie rozumie, powie “ale ona dziwna i beznadziejna!”

4. Warto przejść do świata offline, choć na chwilę.

Najlepiej dłuższą. 

Większość naszego życia jest absurdalna, z czasem widzę to wyraźniej. 

Świat jest taki ogromny, piękny i pełen różnych zjawisk, kultur,  a my przysysamy się do komputerów i telefonów na kilkanaście godzin dziennie i często okazuje się, że podczas 80 lat życia nie zdążamy zrobić tego, o czym marzyliśmy. Ekrany wyciągają z nas sporo energii, często okazuje się, że kiedy zgasną, wielu ludzi skarży się, że “się nudzi”. No powiedzcie mi, jak? Chciałabym się choć raz nudzić i szczerze zazdroszczę tym, którzy na to narzekają. Ale to nie tak, że czuję się lepsza, bo nigdy mi się nie nudzi – mnie zamiast nudy atakuje za to często zmęczenie, bo zabieram się po pracy za garść różnych aktywności, marzy mi się nauka tego, tego, tego… A baterie nie są niewyczerpane i czuję się później czasami niezdolna do interakcji społecznych, czy wieczornych rozmów ze znajomymi.

20 zyciowych lekcji na 26 urodziny

 

 

5. Niedoskonałości potrafią być intrygujące

Mam wśród znajomych sporo modelek – kiedyś ubolewałam nad tym, że nie mam tak długich nóg, tak posągowej sylwetki, tak wyrzeźbionej talii czy ramion. Ale zupełnie szczerze, gdybym jakimś cudem nagle odkryła,  że wolę być z kobietą (i okazałoby się, że one też, haha), nie wiem czy chciałabym z którąś z nich być! Myślę, że wiele cech charakteru i zwyczajów kłóciłoby się z moimi. Bo robią wrażenie jako muzy na zdjęciach, są nieziemsko efektowne, ale w partnerze/partnerce nie to właściwie byłoby chyba dla mnie najważniejsze.  Z resztą to trochę tak – masz swój typ, ale czasami spotykasz kogoś i zakochujesz się w zestawie cech, które mają niewiele z nim wspólnego. 

Ja zawsze powtarzałam, że “mój typ” to niebieskooki brunet, ale moim studyjnym obiektem westchnień był zielonooki blondyn, w dodatku sporo niższy ode mnie. Za to rozbrajająco szczery, pełen apetytu na życie i skrupulatny w dążeniu do swoich maksymalnie niecodziennych celów. I przyznam wam, z rozbrajającą szczerością, że jego oczy stały się najpiękniejszymi na świecie. Gdybym zobaczyła jego zdjęcie np. na Tinderze – być może przesunęłabym go w lewo. Ale będąc na co dzień świadkiem jego napadów śmiechu i szczerych, ale konkretnych rozkmin, nagle zaczął wydawać mi się najbardziej interesującym człowiekiem na Ziemi. 

A jeszcze a propos perfekcji – łatwo ją wykreować na potrzeby mediów społecznościowych. Łatwo obnosić się ze swoją urodą i idealnymi cechami charakteru, kiedy wszystko jest wyreżyserowane. Instagram, Facebook, wszystko co on-line daje nam taką możliwość. Czasami patrzę na konta internetowych twórców i myślę sobie “o, z nim to bym się dogadała, to byłaby moja bratnia dusza, na pewno”, a później przypominam sobie, że patrzę tylko na ułamek całości. Nie mogę mieć takiej pewności, bo to idealizowanie i dorabianie sobie niczym niepopartych teorii.  Z resztą takiej iluzji i jej obnażenia doświadczyłam też raz na żywo – rozmawiałam z jednym twórcą. Znalazłam jego filmy na YT, po obejrzeniu kilku po prostu przepadłam, a mózg zalała fala myśli “jaki on dojrzały, wartościowy i mądry!”

Skrobnęłam komentarz – a właściwie wiadomość na fanpage’u na Facebooku. Nienachalne słowa uznania, jedno pytanie dotyczące tematu poruszonego w jednym z filmów. Odpisał. Okazał się zainteresowany rozmową, która początkowo odbywała się na bardzo neutralnym gruncie. Później pojawiły się komplementy i elementy internetowego podrywu. Nie miałam nic przeciwko, szczególnie, że wciąż byłam pod szczerym wrażeniem jego osoby. W tym obrocie sprawy widziałam ucieleśnienie marzeń.

Rozmawialiśmy dosyć długo. W końcu postanowiliśmy przenieść wirtualne dyskusje do świata, w którym rozmówców nie dzieli już ekran. Przyjechał do Poznania, z Warszawy. Nie miał w tym żadnego innego celu, przyjechał tylko po to, żeby wyjść ze mną na kawę i porozmawiać. 

Ależ byłam podekscytowana! 

Specjalnie kupiłam na tę okazję koszulę, która wydawała mi się dostatecznie elegancka, a przy tym seksowna (wtedy jeszcze daleko mi było do zrównoważonej, etycznej mody, poproszę o brak komentarza i niesmaku). Chciałam wyglądać jak najlepiej, bo tkwiłam w głębokim niedowierzaniu, że ktoś, kogo podziwiałam niedawno z Youtubowego okna, pokonuje dla mnie kilkaset kilometrów.

Oczami duszy widziałam już nasze dyskusje o świecie YT, o tematach, które tam poruszał i może i nasze wspólne studio w przyszłości? Pewnie trochę się domyślacie – spotkanie było raczej pasmem rozczarowań. Uprzedzę: nie wizualnych, wyglądał mniej więcej identycznie, nie w tym rzecz – ale wszystko inne odbiegało od oczekiwań. Palił jak nałogowy palacz (spodziewalibyście się po kimś, kto nagrywa filmy o zdrowym stylu życia i braku uzależnień?), w perfidny sposób nie szanował kelnerki (a ja w głowie miałam filmy o tym, jak bardzo podziwia kobiety za ich siłę) i opowiadał wyłącznie o sobie. Przez jakieś bite 5 godzin nie zadał mi ani jednego pytania. Opowiadał o swoich superanckich znajomych z wielkiego świata, o celebrytach, z którymi chodzi na tenisa, o najdroższych cygarach, które uwielbia. Siedziałam i przytakiwałam, ale w myślach wiedziałam, że wolałabym być w tym momencie w swojej ulubionej kawiarni, bez blichtru albo najlepiej – w trakcie rowerowej przejażdżki albo w domu. I przede wszystkim bez dymu w pobliżu mojej twarzy.

Pod koniec zapytał mnie czy spotkamy się za tydzień, bo świetnie mu się ze mną rozmawiało i czuje chemię. Chemię? Tylko, że ani razu nie dopuścił mnie do słowa. Traktował mnie głównie z góry, opowiadając o tym jak warszawskie aktorki błagają o kawę z nim. Nie podobało mi się to jak traktował mnie, nie podobało mi się to jak zwracał się do kelnerek. Odmówiłam, no i się zdenerwował, powiedział, że on specjalnie przyjechał, a teraz okazuje się, że zmarnował cenny czas, podczas którego mógłby zrobić 120020202 interesów.

To było jedno z brutalniejszych zderzeń: wizerunek kreowany w mediach, a rzeczywistość. Spodziewałam się diametralnie innej osobowości. Na podstawie wrażeń wysnutych z jego filmów, obstawiałam, że to będzie najfajniejszy facet na świecie. Cóż, nie był. A rozmowa na komunikatorach była całkiem sympatyczna – być może przez to, że już miałam w głowie wyidealizowany obraz, że to objawienie snów i fantazji.

Niedoskonałości potrafią zauroczyć, a sztucznie udawana perfekcja – nieraz rozczarować.

 

 

 

6. Sama nie oznacza samotna + nigdy nie jest za późno, by poznać nowych ludzi

To bardzo skomplikowana lekcja, którą właściwie wciąż przerabiam. 

20 zyciowych lekcji na 26 urodziny

 

Ludzie wokół mnie parują się w trybie ekspresowym. 

Dziś jeden, jutro drugi, byleby nie być przez tydzień samą. 

Nie chcę oceniać głębi tych relacji, ale mi takie tempo bardzo nie odpowiada. 

Lubię być sama ze sobą, nie śpieszy mi się do tego, by zapełnić tę pustkę czymkolwiek.

Come on, nawet same, możemy przeżyć i odkryć tyle pięknych rzeczy wokół siebie. Kto powiedział, że nie można samemu wstąpić na kawę w centrum, do kina albo pójść na ulubiony obiad? Czy zawsze potrzebujemy towarzystwa i hałasu cudzych opowieści? Wierzę w to, że czas spędzony samotnie jest zdrowy i potrzebny, postrzegam go trochę jako formę poznawania siebie, dbania o swoje samopoczucie i rozwój. Spędzając każdą sekundę z innymi ludźmi, nie ma się go dla siebie – żeby posłuchać, czego się naprawdę potrzebuje.

Właściwie w większości relacji czułam się bardziej samotna, niż bez nich. Absurd, a jednak. Dlatego bardziej boję się bycia z niewłaściwą osobą, niż bycia samą. Większość kobiet, które podziwiam, nie ma szczęścia w miłości – dlaczego? Czasami wydaje mi się, że dlatego, że zdają się wymagać wiele od siebie i od innych. Nie popadają w zachwyt słysząc komplement “jesteś piękna”, bo wiedzą, że chcą albo wartościowego partnerstwa albo nic im po takim związku. Kobiety słyszą regularnie od przyjaciółek “ale jesteś szczęściarą, że Twój facet pomaga Ci przy dziecku” – ale chwila, chwila, czyje jest to dziecko? To owoc relacji dwojga ludzi, więc dlaczego kobieta jest szczęściarą, że facet też się nim opiekuje?

+ Obserwuję od dłuższego czasu opisy na Tinderze. Większość brzmi “wystarczy, że też będziesz lubiła piwko” albo “mam kolekcję win, robię super spaghetti, będziemy spędzać wszystkie wieczory z netflixem”. Szczerze? Wypić piwo czy oglądać netflixa to można niemalże z każdym człowiekiem na świecie. Ja może naiwnie jednak bym chciała spotkać kogoś, z podobnymi marzeniami i zainteresowaniami by się wspierać i motywować do ich realizacji, a nie tylko kogoś, kto będzie leżał obok i oglądał netflixa. Czy potrzebujemy życiowego partnera do takich celów? Netflixa można oglądać równie dobrze z psem lub przyjaciółką. A jak to mówią – czasami jak nie ma się solidnego oparcia, to lepiej się po prostu uprzeć o ścianę. W wielu opisach widzę też “piwko tak, pizza tak, sportświty tak, ale feministki – NIE, w lewo”. Ludzie chyba nie znają znaczenia słowa “feministka”? Feministką jest tak naprawdę każda kobieta, która uważa, że kobiety powinny zarabiać tyle samo, co mężczyźni i mieć dostęp do tych samych praw i możliwości. Feminizm to ruch walczących o równouprawnienie kobiet. Celem feminizmu jest równość (a nie niechęć/uprzedzenie do mężczyzn).

Ostatnio znalazłam świetny wpis męża Angeliki Mironiuk:

Ludzie pytają mnie jak czuję się z tym, że jestem mężczyzną feministki – silnej, mądrej i zarabiającej kobiety. A jak mam się czuć? Nigdy nie chciałem, aby nasze małżeństwo opierało się na przewadze jednej ze stron. I nie chciałbym, aby Ala była kiedyś z mężczyzną, który będzie uważał, że może dominować, bo jest facetem i to jest nadrzędny argument i koniec kropka. A jak sobie “radzę” z tym, że moja żona spełnia się zawodowo? Myślę, że trudno by mi było, gdyby się nie spełniała. Piewcy tradycyjnego modelu rodziny twierdzą, że dobrze, jeśli kobieta nie zarabia albo zarabia mało, bo wtedy musi być ze swoim mężem. Jest od niego zależna i musi mu się poddawać. Mnie się taki pomysł nie podoba. Jesteśmy razem nie z konieczności ekonomicznej, ale z powodu tego, że tego właśnie chcemy. Cieszę się, że moja Żona jest feministką, że ma własne zdanie, umie być zdecydowana i krytyczna wobec rzeczywistości – dzięki temu możemy ciągle się wzajemnie inspirować, dyskutować, odkrywać nowe rzeczy. Życie z feministką jest normalne, tak jak normalne jest dążenie do równości między ludźmi.”

Moim zdaniem – każda świadoma kobieta jest feministką. No bo która zgodziłaby się z tym, że jest jedynie maszyną rozrodczą i jej miejsce jest w kuchni? Skąd więc w tylu męskich opisach “FEMINISTKI, WON, W LEWO”? To tak jakby napisać “ambitne, samodzielne, szanujące się kobiety w lewo”. Mówisz, masz.

20 zyciowych lekcji na 26 urodziny

 7. Nie warto się do nikogo porównywać.

Po pierwsze – nigdy nie wiemy wszystkiego o danym człowieku. Być może zmaga się z czymś, co sprawiłoby, że wcale nie chcielibyśmy zamienić się z nim życiową sytuacją? Zmartwień, chorób, problemów rodzinnych ani poziomu samooceny nie widać, szczególnie nie na powierzchowny pierwszy rzut oka. 

Po drugie – na pewno słyszeliście te słowa, ale ja lubię je powtarzać, bo są prawdziwe: porównywanie się to zabójca szczęścia i kompletne umniejszanie swoich osiągnięć. Każdy z nas ma inny plan na życie, inne marzenia, inne umiejętności – porównywanie się jest strasznie niesprawiedliwe i nigdy nie prowadzi do żadnych satysfakcjonujących wniosków. Każdy z nas jest na świecie tylko w jednym egzemplarzu, kompletnie unikatowy.

Sukces jest bardzo subiektywny. Dla jednych sukces to olbrzymi dom i piątka dzieci. Dokładnie to samo może innego człowieka bardzo unieszczęśliwić – olbrzymi dom to i OLBRZYMIE koszty, ogrom czasu na jego pielęgnację i sprzątanie. To samo z piątką dzieci. Coś za coś, dla niektórych taka wizja przyszłości mogłaby okazać się wyjątkowo unieszczęśliwiająca i przekreślić inne plany. To samo z małżeństwem – niektórzy mówią “mój cel? Założę przed 30 rodzinę i wezmę huczny ślub!” – cel dla celu, bo czy osoba za wszelką cenę znajdzie sobie kogoś, kto będzie chciał szybko się hajtnąć będzie szczęśliwa? Duża szansa, że nie: zadłuży albo przepuści dużo oszczędności się dla wymarzonej imprezy, a wybranek/wybranka może okazać się po czasie kimś, z kim nie da się spędzić życia, przez zbyt wiele różnic.

Czasami warto odłożyć telefon, odciąć się od źródła oglądania cudzego życia i po prostu wziąć się za swoje. Ale zamiast powielać cudze ruchy, zastanowić się – czego ja tak naprawdę bym chciała?

8. Nic nie zastąpi podróżowania

Znam ludzi, którzy mówią, że zagraniczne podróże ich nie interesują, bo Polska jest najpiękniejsza. Albo, że wystarczą im podróże palcem po mapie. Ale właściwie skąd mogą to wiedzieć, skoro nie doświadczyli nigdy zachwytu cudzą kulturą i widokiem jak nie z tego świata? Znajdując się w dziwnych miejscach i nowych sytuacjach, mamy szansę bardzo mocno  poznać siebie. Wierzę mocno, że świat jest zbyt niesamowity, żeby go nie poznawać, a podróże są jedną z nielicznych rzeczy, na które wydaje się sporo pieniędzy, ale zawsze są tego warte.

9. Każda relacja czegoś uczy

Wiadomo – dobrego lub złego. Do wielu znajomości, przyjaźni czy bliższych relacji nie chciałabym wrócić, ale dziś już wiem dlaczego i to ukierunkowało moje priorytety. Niespełniony artysta, który powtarzał, że wierzy w miłość, ale zdradzał prawie każdą dziewczynę? Hell no. Bankowiec, który i mnie namawiał na kredyt, żeby zgadzała mu się miesięczna średnia w tabelce? Dziś już mocniej wiem, czego szukam i na co zwracać uwagę. Wiem czego potrzebuję i co mogę innym ludziom dać. A co omijać szerokim łukiem, choć może kusić oczy lub uszy 🙂 

 

 

10. Zdrowie jest najważniejsze

I nie warto żałować na nie pieniędzy – wybory są właściwie dwa: albo teraz inwestować w zdrowsze życie albo w przyszłości wydawać więcej na leczenie i walkę o przetrwanie. Opcja nr 1 wymaga teraz wyrzeczeń (głównie z kategorii samodyscypliny, bo aż tak duże koszty to zazwyczaj nie są), ale jest o wiele bardziej opłacalna, tak mi się przynajmniej wydaje 🙁

Najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że dbać o siebie warto codziennie, nie tylko w weekendy albo od święta. Jednego dnia łatwiej, drugiego trudniej – często sobie myślę, że to niestety chyba nieuniknione. Media promują bardzo ograniczone branie troski o siebie w swoje ręce – nałożenie kremu nawilżającego, posmarowanie nóg brązującym balsamem, pozbycie się cellulitu. Ale stanu wielu organów nie widać. Łatwiej nałożyć na twarz odżywcze serum niż zjeść pełną witamin sałatkę kilka dni z rzędu. Tak naprawdę najbardziej przejmuję się tym, by mieć energię i zdrowie, by realizować swoje plany – a to, czy będę o 2 kg lżejsza czy cięższa, ze zmarszczką na czole czy też dzięki kwasowi hialuronowemu bez niej – to drugorzędne szczegóły. Jeśli będę szczęśliwa i zdrowa, to nie będzie to miało dla mnie większego znaczenia (obawiam się, że prawie żadnego).

20 zyciowych lekcji na 26 urodziny

Byłam bardzo chorowitym dzieckiem, ciągłe przeziębienia wykluczały mnie z wielu zajęć czy to w przedszkolu czy w szkole. Leżałam trochę w szpitalu (już na studiach) i zamierzam żyć tak, by nigdy więcej tam nie trafić. Uważam, że każda dawka wyrzeczeń i każda inwestycja w zdrowe odżywianie czy suplementy, jest tego warta, bo po poznaniu kulis szpitalnego pobytu i życia tam – nie chcę nigdy więcej tego doświadczyć. I jestem zdeterminowana, by się tego mocno trzymać.

11. Tylko ja jestem w stanie spełnić swoje marzenia

O marzenia trzeba walczyć, bo nikt inny nie spełni ich za mnie. Nikomu innemu na tym nie zależy i nikt inny nie weźmie tego w swoje ręce za mnie – to moja prywatna misja.

12. Warto wybaczać. Innym i sobie

Przede wszystkim sobie za to, że nie wykryło się w porę wielu znaków ostrzegawczych w relacjach z innymi ludźmi. 

Nie jestem co prawda człowiekiem mściwym (szkoda mi na to czasu i energii, a z resztą kto wie czy karma jednak nie istnieje?), ale bywam nierozsądnie pamiętliwa. Wybaczenie ludziom z przeszłości wymaga niezłych nakładów pracy, ale ostatecznie dużo rozchodzi się o to, jak na to spojrzymy. Przykładowo: zmarnowałam 5 lat na przyjaźń, która nie przetrwała wielu prób, właściwie nie przetrwała ani jednej, a ja i tak ciągle wracałam do tej relacji. Z dzisiejszej perspektywy wiem, że o szczerą przyjaźń się nawet nie otarła – ale po czasie, to doświadczenie nauczyło mnie niezależności. Potrafię żyć bez kogoś, z kim byłam niemalże nierozłączna. Bez kogoś, z kim konsultowałam każdą decyzję (to oczywiście działało w obie strony). Dziś tego nie potrzebuję i nie chcę, bo nauczyłam się polegać na sobie. 

Przyjaźń to nie uzależnienie od drugiej osoby, nie wymaga takich poświęceń – moim zdaniem nie powinno ich wymagać, bo to bywa mocno niezdrowe. Warto wybaczać i się odcinać, nie wracać do starych rozmów. Mi pomogło zablokowanie kilku osób – powiecie, że to dziecinne, a ja myślę, że nie zaglądanie do ludzi, którzy nas zranili i postawienie grubej kreski pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością wymaga sporego samozaparcia i jednak dojrzałości. Niektórzy przy otwarciu każdej butelki wina piszą smsy do swoich byłych lub do ex-przyjaciółek, które okazały się wyrachowanymi  świniami.

 

13. Mocno wierzę swojej intuicji

Ona zazwyczaj jest małą złośliwą krytykantką, która podsuwa negatywne myśli albo przeciwnie – wpada w euforię i unosi się z zachwytu pod sam sufit. Ale jedno jej oddaję – zazwyczaj wie, co robi. Intuicja to też w pewnym stopniu wewnętrzna odpowiedź na naszą umiejętność obserwacji i słuchania własnych potrzeb. Myślę, że w głębi duszy zwykle wiemy, czego pragniemy, ale czasami trudno się do tego przyznać (a to, że trudno to zdobyć, to swoją drogą).

20 zyciowych lekcji na 26 urodziny

 

14) “Mieć” czasami kłóci się z “być”

Dosyć wcześnie odkryłam, że kupowanie nie daje szczęścia – choć przyznaję, wynika to z krótkiego zakupoholicznego epizodu. 

Ja go tak nazywam – choć patrząc na moje otoczenie, nie było to coś, co znacznie odbiega od zakupowych norm wielu kobiet? Kiedyś kupowałam na zapas, w hurtowych ilościach. 

Wierząc, że te rzeczy uczynią mnie modną i seksowną.

I najlepiej jeszcze bardzo pewną siebie. 

Oczywiście nie uczyniły, a bolesne drugie dno tego eksperymentu polegało na tym, że wydałam na to mnóstwo pieniędzy, no i że szybko z tych rzeczy wyrosłam, bo prawie zawsze kupowałam je o rozmiar mniejsze, niż powinnam, z myślą “kiedy już będę superkobietą, będę bardzo bardzo szczupła”. Wspomnę, że i tak ważyłam wtedy BARDZO mało, więc to było myślenie kompletnie nieracjonalne.

Patrząc na otaczający mnie świat i na samą siebie – z milionem ubrań w szafie, ale bez uśmiechu na ustach, zaczęłam zauważać, że ubrania to tylko ubrania. Kawałki chińskiego materiału kupione za nieproporcjonalnie wysokie kwoty. Można je mieć, ale obojętnie od tego jakie metki są do nich przyczepione, żadna z nich nie wyczaruje spokoju, szczęścia i zadowolenia z życia. Tak samo z resztą każde inne dobro materialne – można mieć najbardziej luksusowe mieszkanie czy dom, móc pozwolić sobie wszystko, ale czuć pustkę i brak życiowego spełnienia.

Ta świadomość przyszła do mnie po jakimś czasie zmagań z pociągiem do materializmu, ale kiedy przyszła, z wielu tendencji mnie uwolniła i na wielu polach uszczęśliwiła. Nie chcę by określało mnie to, co posiadam, nie chcę spędzić życia goniąc za droższymi butami, torebkami z wyższej półki, wypasionym samochodem i robiącym na sąsiadach piorunujące wrażenie domu. Nie chcę nikomu niczego udowadniać, a większość rzeczy potrzebna jest nam właśnie po to – bo czy gdybyśmy byli ostatnimi ludźmi na świecie, chcielibyśmy spacerować w szpilkach Louboutina, z torebką Chanel za 40 000 pod pachą? Badania dowodzą, że raczej wybralibyśmy miękkie kapcie. Pewnie, wizerunek jest ważny – ale można go zbudować za rozsądne pieniądze i w minimalistyczny sposób. Nikt nie wie czy Twoja sukienka kosztowała 100 czy 10 000 zł. Wszystko zależy od tego co o niej powiesz i jak ją nosisz. Można być szarą myszką w najdroższej sukience i nikt na nią nie spojrzy, można emanować pewnością siebie w sukience z przeceny za grosze i wywrzeć wrażenie na niemalże wszystkich.

Nie chcę spędzić życia gromadząc dobra, których i tak w pełni nie wykorzystam (po co komu 2-3 samochody, za duży dom, 100 par butów?). Bardziej cenię sobie to, czego może nie widać, ale co rozwija mnie jako człowieka – kursy, doświadczenia, podróże. Na to nigdy nie żałuję pieniędzy, bo wiem, że to mnie uszczęśliwi, zamiast przyprawiać o obawę “O kurcze, za chwilę będzie nowy model, też musiałabym go mieć! A właściwie gdzie ja to wszystko schowam?)

15) Media społecznościowe napędzają konsumpcjonizm i często też – poczucie nieszczęścia

Media społecznościowe, zwłaszcza Instagram, ciągle nam przypominają o tym, że moglibyśmy robić więcej i mieć więcej. Więcej kobiecych sukienek, więcej par wystrzałowych szpilek, które wyszczuplają łydkę, więcej pomadek w idealnych kolorach, większy metraż pokoju. 

20 zyciowych lekcji na 26 urodziny

 Lepszy samochód, lepszy aparat, lepszy widok z okna.  Zdaje się, że zawsze jesteśmy mniej kreatywni, mniej fotogeniczni, mniej zabawni, mniej bogaci od innych szczęśliwców, którzy emitują na łamach tych platform swoją codzienność.  Mamy mniej gustowne mieszkanie, mniej estetyczną łazienkę, mniej czasu na zrobienie idealnych kadrów. Myślę, że musimy mocno bronić się przed tymi (często błędnymi!) przekonaniami i wierzeniem w sztucznie wykreowany świat. Wniosek ten sam co z lekcji nr 7: Model sukcesu nie jest tylko jeden, konkretny. Istnieje ich wiele.

16) Warto nauczyć się słuchać siebie.

Swoich potrzeb, swojego ciała, swojego dobowego rytmu. Temu, tak myślę, bardzo sprzyjają rytuały, powolne sporty (jak rozciąganie/pilates), medytacja czy joga.

 Pracując jak małe mróweczki, łatwo zapomnieć, że tak się przecież nie da non stop. Że jeśli zaniedbamy swoje ciało i psychikę, one zaczną dopominać się o uwagę, często w postaci chorób, chronicznego zmęczenia czy nawet, co bolesne, nowotworów. Ludzie dziwią się skąd te stany przedrakowe, skąd ten ciągły niepokój, skąd ten ból głowy czy pleców. Jak się ignoruje ciało przez długie lata, to nic dziwnego, że się nie wie, jak tam u niego i jak się trzyma. Znajomych pytamy średnio codziennie “co tam u Ciebie?”, a temu jak ma się nasz własny organizm czasami nie przyglądamy się nigdy.

“Sypiam ostatnio po 5 godzin, ale żyję, mój organizm się dostosuje!”

“E, tam zdrowa dieta, nie dla mnie te wymysły dla słabeuszy”

” Chyba sobie żartujesz nie wyobrażam sobie życia bez chipsów do wieczornych wiadomości”

Prawda często leży gdzieś po środku i na pewno żadna skrajność nie jest zdrowa, ale nadwyrężanie odporności i własnych organów, jest krótkowzroczne 🙁

Oczywiście, łatwiej mówić, niż robić – nie musicie mi mówić!

20 zyciowych lekcji na 26 urodziny

 

 

17) Pokochałam swoją introwertyczną stronę.

Zrozumienie tej strony zajęło mi kilka dobrych lat – lat, w których byłam na siebie trochę zła za to, że nie jestem superspołeczną ekstrawertyczką. 

Teraz już wiem, że doładowuje mnie samotność, cisza i spokój, połączone z dłubaniem nad swoimi projektami i rozwojem. 

Wiem też, że nie powinniśmy działać wbrew swojej naturze i robić coś na siłę. Biznesowa społeczność bardziej kibicuje ekstrawertykom, ale to udowodnione: introwertycy mają wiele mocnych cech, których tym ekstra czasami brakuje. Uzupełniamy się. Bycie intro lub ekstra nie czyni nas lepszymi albo gorszymi.

18) Zmieniłam podejście do pieniędzy.

Moje podejście do pieniędzy uległo zmianie, bo zmianie uległo też moje podejście do materializmu. Dążę i pragnę uproszczenia życia. Wiem, że nie lubię chaosu, bałaganu i kiedy otacza mnie zbyt wiele rzeczy, czuję niepokój, mam większy problem z koncentracją. To udowodnione, że nadmiar przedmiotów działa tak trochę na wszystkich.

Chcę wydawać to, co zarobiłam w mądrzejszy sposób. Bo czy nie jest trochę tak, jak mówi to słynne powiedzenie: spędzamy mnóstwo godzin w pracy, której wcale nie lubimy, by kupić mnóstwo gratów, których nie potrzebujemy? Kupowanie nie jest moim priorytetem, nie jest częścią moich marzeń. Mocno dał mi do myślenia fragment dokumentu o konsumpcjonizmie (możecie obejrzeć go tutaj). Dziś chętnie wydaję pieniądze na dobre, zdrowe jedzenie, na sprzęt, który pozwoli mi więcej w przyszłości zarobić, na podróże. Chętnie też oszczędzam. Mając te myśli z tyłu głowy, lubię pieniądze, ale nie chcę za wszelką cenę harować, by mieć ich mnóstwo. Cenię sobie wolny czas, czas dla siebie i swoich bliskich – wolę zarabiać trochę mniej i czuć, że mam też czas na resztę życia, na to co jest naprawdę ważne. Kolekcja luksusowych samochodów czy torebek nie jest i nigdy dla mnie nie będzie.

Jasne, że poduszka finansowa i płynność finansowa ułatwiają życie i dają poczucie bezpieczeństwa. Z tym nigdy bym się nie kłóciła – bardzo sobie to cenię i zależy mi na obu rzeczach. Wierzę jednak, że bogactwo człowieka nie polega na posiadaniu, nie określa go ilość aut, metraż domu czy cena torebek. Dlatego też przestałam obserwować wieeeeeele bloggerek modowych i lifestyle’owych, które ciągle pokazywały nowości, namawiały do jak najczęstszych zakupów, marki przekazywały im miliony ubrań czy gadżetów. Nie odobserwowałam ich z zazdrości, tylko po prostu dlatego, że czasami robiło mi się smutno, kiedy widziałam jak otrzymanie jak największej ilości darmowych paczek stało się dla nich celem życia. Nie ukrywam, że też w pewnym momencie życia dostarczało mi to niezdrowej satysfakcji – tu darmowe buty, tu darmowe etui na telefon, tu jeansy za 600 zł. Super! Tylko czy faktycznie ich potrzebuję? Najczęściej ich cena była nieadekwatna do jakości. A one wcale nie były darmowe – w zamian dawałam swój czas, ekspozycję na łamach moich mediów. Czasami akceptowałam jakąś propozycję myśląc “a, może mi się przyda, jak dają to trzeba brać”. Zazwyczaj się nie przydawało. A moja szafa zamieniła się w pobojowisko niepotrzebnych ubrań.

Ostatecznie: lubię pieniądze, ale najbardziej lubię poczucie wolności, jaką daje mi wolny czas i możliwość podążania za tym, co kocham. Chcę mieć to zawsze przed oczami.

 

 

 

 

19) Powiadomienia zaburzają rytm codzienności.

Sprawdzanie powiadomień na telefonie to kompulsywne uzależnienie, które potrafi kompletnie wybić człowieka z rytmu. 

Szanuję coraz bardziej ludzi, którzy odinstalowują messengera czy inne komunikatory. Robić coś przy nieustannym szumie powiadomień? Trudno wtedy nazywać to skupieniem. Sięgamy po telefon od razu po przebudzeniu, sprawdzamy kto do nas napisał, odpisujemy. Od tego momentu trzymamy telefon blisko ciała niemalże przez cały czas, nawet będąc w łazience. Przeskakujemy z Instagrama na Facebooka i z Facebooka na Instagrama, oszukując w ten sposób znudzenie codziennością. Ścigamy się o ilość lajków i obserwujących, klikamy miliony zdjęć obcych ludzi, z nadzieją na “rewanż”.

20 zyciowych lekcji na 26 urodziny

 

Odzyskanie kontroli nad swoim wolnym czasem jest trudne. 

Ale tylko odklejając się od telefonu, mamy szansę to zrobić. Dla mnie największym szacunkiem w trakcie spotkania, jest fakt, że ktoś odkłada telefon i ani razu po niego nie sięga (no chyba, że np. na moment, żeby pokazać mi jakieś zdjęcie/tekst/nagranie, albo zrobić fotkę, by uwiecznić moment). A, że dosyć często siedzę nad kawą w ulubionej kawiarni, to wiem, że wiele osób spotyka się z kimś po to, by przez dwie godziny wymienić kilka słów i scrollować wspólnie Instagrama. Ok, jeśli to np. współlokatorzy czy partnerzy – właściwie wspólne przeglądanie sm też jest jakąś bliskością. Ale spotkać się z kimś po raz pierwszy albo z kimś, kogo nie widziało się powiedzmy rok i spędzić całe spotkanie patrząc na telefon, zamiast na tę osobę?

Ja zaczęłam swoje ćwiczenie nad panowaniem nad uzależnieniem od telefonu od odłożenia go rano i wieczorem. Chcę pokazać mojemu smartfonowi, że moja rutyna jest dla mnie ważniejsza. Kiedy odłożymy telefon, jesteśmy realnie obecni: tu i teraz, no i nagle okazuje się, że czasu na przyjemności jest więcej. Na spacer, czytanie, ćwiczenia, robienie zdjęć, rysowanie. Kiedy będziemy w stanie odłożyć telefon na dłuższy czas, zyskamy też lepsze zdanie o sobie i swojej produktywności. Powiadomienia przychodzą przez całą dobę – naprawdę chcemy podporządkować im swoje życie? Ja szczerze mówiąc wyłączyłam powiadomienia przychodzące z Instagrama, wyciszyłam też Messengera. Z ludźmi z pracy komunikujemy się przez maila, Google Hangouts i przez aplikację Telegram. Na początku miałam uczucie “na pewno ktoś pisze coś ważnego i mnie to omija, powinnam odpisać natychmiast!”, ale z czasem przekształciło się to w dystans i spokój “wszystko może poczekać, nie mogę być dostępna w każdej minucie i poświęcać ekranom swojego życia. Mam prawo żyć”.

Równowaga jest ważna, a nie odrywając się od powiadomień za łatwo ją stracić 🙁

 

20) Warto klaskać, gdy inni odnoszą sukces

To wymaga chyba najwięcej empatii – czasami wydaje mi się, że łatwo współczuć komuś, kto przeżywa ciężki czas, ale często trudniej szczerze cieszyć się z niesamowitego sukcesu kogoś, kto aż tak się o niego nie starał. 

Odpuścić wtedy myśli “on/ona na to nie zasługują, jak to się stało?” i po prostu szczerze celebrować z tą osobą tym, że to co wcześniej było niemożliwe, stało się dla niej możliwe i spełnione. Obserwowałam po niektórych osobach, które mnie otaczały, że za każdym razem, gdy ktoś z naszego grona odnosił jakiś sukces, pojawiała się napięta atmosfera. Nuta zazdrości wisiała w powietrzu niczym lekka gorycz po rozcięciu limonki.

Przyznaję, że czasami bycie świadkiem jakie życie jest dla niektórych łaskawe, lekkie i łatwe, może być nieco przygnębiające. Gdy przyjaciel wygrywa los na loterii, powiedzmy milion złotych – trudno powstrzymać myśli “jak bardzo chciałabym, aby to mi się udało”. Ale w takich momentach, trzeba pamiętać o tym, że cudze szczęście nie przekreśla naszego. To, że komuś się udało, nie oznacza, że nam się nie uda. Jedno nigdy nie wyklucza drugiego. Szczęście nie ma ograniczonej puli – może uśmiechnąć się i do innych i do nas (i wierzę, że to zrobi).

21) Jeśli nie przemyślę jak dojść do swojej wymarzonej pracy, nikt nie zrobi tego za mnie

No bo kto miałby to zrobić, szef mojej obecnej pracy, który wolałby przecież żebym pracowała dla niego jak mrówka nigdy nie prosząc o podwyżkę? 

Moje odejście = konieczność castingu i poszukiwań kogoś nowego, a więc koszty i czas. On by temu nie przyklasnął.

Czytałam niedawno o badaniach, które wykazały, że ponad 60% kobiet nie ma przemyślanej swojej ścieżki kariery. Mówią raczej “będę chwytała szanse, zobaczymy dokąd dojdę” – i to może być słuszne podejście, tylko miejmy z tyłu głowy to, że jeśli same nie zaplanujemy dla siebie super rzeczy, co zaplanują dla nas inni? Raczej niekoniecznie to, o czym marzymy.

Praca zajmuje niemalże większość naszego życia (nawet więcej niż sen, hell no), więc dlaczego niektórzy pozwalają na to, by była tylko źródłem stresu i chronicznego zmęczenia? Poświęcać tak znaczącą część bycia na tej planecie na coś, czego nie lubimy, na coś co nas wykańcza? Czy nie przyjemniej byłoby robić coś, w czym widzimy sens, coś co daje nam satysfakcję? Czy gdybyśmy nie musiały pracować, szef kiedykolwiek zobaczyłby nas jeszcze na oczy czy uciekłybyśmy w pierwszym dniu po otrzymaniu np. wypłaty wygranej w totku?

Oczywiście łatwo powiedzieć. Wiem. Ale jestem pewna, że każdy z nas ma jakieś hobby albo umiejętność, którą dałoby się przekształcić w źródło niezłego dochodu. Oczywiście przebranżawianie życia wymaga wiele zachodu. Niektóre z nas mają kredyty, dzieci, rady do spłacenia. Ale zawsze mocno przygnębia mnie fakt, że niektórzy całkowicie rezygnują z życiowych przyjemności i zaharowują się na śmierć, tylko po ty, by mieć czym zapełnić lodówkę. A po co jedzą? Po to by mieć siłę kolejnego dnia wstać i znowu harować.

Nie piszmy takiego scenariusza dla siebie. 
Nie pozwalajmy by ktoś napisał dla nas taki scenariusz.

Warto usiąść (nie wierzę, że nie znajdziemy czasu) i całkowicie poważnie zadać sobie pytanie: czego oczekuję od życia? Kim chciałabym zostać, gdybym wiedziała, że mi się uda? Co chciałabym w życiu osiągnąć? Spiszmy to. I nigdy nie spuszczajmy tej listy z oka, bo wokół tych rzeczy nasze życie powinno się kręcić. Nasze działania powinny nas do tego choć trochę przybliżać.

Niech marzenia i cele pojawią się na kartce – to pierwszy, najważniejszy krok. Tak myślę. Jestem tego pewna. Gdzieś trzeba zacząć.

Jak zwykle – miało być minimalistycznie, a wyszło ponad 6100 słów. Jestem bardzo ciekawa jak Wy radzicie sobie z galopującym czasem i świętowaniem urodzin – czy też nachodzi was podczas nich masa przemyśleń? Jakie lekcje, które życie wam zaserwowało, są waszym zdaniem najcenniejsze? Jak zmieniałyście się z upływem czasu? Kolejne urodziny was przerażają czy ekscytują? Koniecznie podzielcie się swoimi myślami.

. M o g ą   C i ę    t e ż    z a i n t e r e s o w a ć :

1 Comment

  1. Michal

    Marzec 26, 2023 at 4:42 pm

    czemu artykul nazywa sie 20 zyciowych lekcji jak jest 21???

Leave a Reply