Fashion, Polskie marki, Travel, Włochy

Poza sieciówkami: Lecollet

Ktoś mógłby optymistycznie powiedzieć, że polski rynek modowy jest już przesycony. Dlaczego optymistycznie? Bo to oznaczałoby, że mamy do wyboru mnóstwo świetnej jakości opcji i jeśli marzymy o konkretnym fasonie i kolorze sukienki, na pewno istnieje miejsce, w którym ktoś ucieleśnił już owe marzenie!

A właśnie… Tak nie do końca jest. Czasami nieźle trzeba się naszukać, a wręcz naczekać, aż trafi się na sukienkę, której wizja za nami chodzi (szczególnie gdy szycie u krawcowej na miarę odpada, np. ze względu na proces/koszty).

Jeśli kojarzycie moją misję Poza Sieciówkami, wiecie już, że staram się “oczyścić” moją szafę z ubrań kupionych w sieciówkach. Nie chcę ich w niej, bo nie cenię sobie sposobu działania sieciówek, znam już za dobrze mocno brutalne historie produkcji + jestem naocznym świadkiem tego jak ubrania tracą jakość, z prania na pranie. Jakość to w tym zdaniu w wielu przypadkach mocne nadużycie, tak.

Czym zastępuję masowo produkowane ubrania z sieciówek? Głównie polskimi markami. Początkowo był to eksperyment, ale szybko przerodził się w większą pewność, że to dobry kierunek: za te same, albo niewiele większe pieniądze, można zaopatrzeć swoją szafę w kąski, które ufam, obserwując ich zachowanie po kilkunastu praniach, przetrwają lata.  Nie będą prześwitywać. Będą przyjemne w dotyku i pierwotnie niekonserwowane milionem środków, które zapewniają przetrwanie kilkumiesięcznych transportów.

Dla mnie to były MOCNE argumenty. Wciąż są i  zupełnie szczerze: najprawdopodobniej zawsze będą.

Efektami poszukiwań tych godnych podania dalej nazw marek dzielę się z Wami tu i na swoim Instagramie. Wiem, że wiele z was jest zawiedziona niektórymi polskimi markami i skreśla przez to z góry wszystkie inne – a uwierzcie mi, co marka to inne inne kroje i inne wzory materiałów, inne gramatury i inna strategia działania. Trzeba do nich podchodzić i oceniać je indywidualnie. Ja też raz czy dwa się sparzyłam – ale reszta doświadczeń do tej pory i tak wynagradza mi te zawody z nawiązką.

To nazwa, którą na liście odkryć podkreśliłabym pewnie co najmniej dwukrotnie. Po pierwsze, mały, ale istotny offtopic (zanim zapomnę, haha!): pracuję w marketingu i śledzę komunikację wielu marek, by móc ją analizować, no i wyciągać różne wniosku. Lecollet zapunktowało u mnie dawno temu, gdy przeczytałam ciekawy wywiad u Convertis (wywiad był o ich podejściu do reklamy i influencer marketingu – jeśli chcecie przeczytać, wywiad jest wciąż dostępny tu). 

Po drugie, słyszałam od wielu koleżanek, że ubrania wyglądają dokładnie tak samo jak na zdjęciach. To dla mnie istotne świadectwo, bo – choć to doświadczenie głównie z sieciówek – zdarzało mi się wręcz nie poznać zamówionej rzeczy, bo na żywo wyglądała tak bardzo inaczej. Inny materiał niż ten, którego się spodziewałam, inny odcień, inny stopień krycia. No zupełnie jak na randkach z Tindera – czasami spodziewasz się czegoś kompletnie innego niż to, co nadchodzi. I to nie kwestia marzycielskich oczekiwań, a zdjęć na stronie, które moim zdaniem, w tej branży, powinny jednak oddawać realny stan ubrań, które zamawiamy.

Dlatego jestem pierwsza by się przyznać: bardziej cenię sobie zdanie znajomych, niż hasła kampanii: ludzie, którym ufam in real life to wciąż dla mnie najskuteczniejsi “influencerzy”. I tak trochę zadziało się i tym razem.

Ale nie tylko! Markę Lecollet często noszą też dwie kobiety rakiety, których nie znam wprawdzie osobiście, ale bardzo cenię sobie ich zdanie – Olcyk i Sylwia Butor. Na rekomendacji tych dwóch babeczek nigdy się nie zawiodłam i szczerze mówiąc im też ufam tak, jak szczerym znajomym.

 

Mam teraz w swojej szafie kilka ubrań Lecollet (niżej wrzucę jeszcze małe sprecyzowanie, które to dokładnie modele, żeby wyprzedzić wasze pytania + marka czasami wypuszcza podobne do siebie kroje i patterny, więc nazwy są pomocne). Przeszły moje testy jakości – kilka prań, wygodę noszenia również w cięższych warunkach (miałam je ze sobą na Sycylii, skąd pochodzi też część poniższej fotorelacji). Za co najbardziej się z nimi polubiłam?

  • bardzo kobiece, ale też komfortowe kroje – kopertowe sukienki Lecollet nie zsuwają mi się i nie odsłaniają za mocno dekoltu. Rozmiar XS idealnie leży na mojej dość szczupłej górze, a w przypadku innych marek często musiałam zwężać dekolt, by się nie zsuwał i nie rozjeżdżał w trakcie chodzenia -.- Tu duży plus!
  • łatwo się prasują
  • nie skurczyły się po praniu
  • nic w nich nie uwiera, więc można spokojnie przechodzić w nich cały dzień

A teraz moja ulubiona część relacji – fotorelacja! Zawsze wychodzę z założenia, że oprócz konkretów, realne zdjęcia są w stanie powiedzieć najwięcej. Podczas urlopu udało mi się uchwycić moje ulubione modele z Lecollet – więc przy okazji małe lokowanie pobytu w Palermo, o którym niedługo będę pisać więcej (kosztorys, atrakcje, tipy które otrzymałam od localsów) – jeśli macie jakieś pytania, to też dobry moment!

Znacie tą polską markę? Lubicie, nosicie? Czaicie się na którąś sukienkę?

Do następnego!

. M o g ą   C i ę    t e ż    z a i n t e r e s o w a ć :

Leave a Reply