
Szukam kogoś, kto nie istnieje
Mówią, że kiedy zobaczysz fragment cudzej duszy, nie będziesz w stanie pohamować zauroczenia. Że jeśli poznasz czyjeś słabości, ta bliskość przybliży Cię do silniejszego uczucia, bo nie sposób przejść obojętnie obok kogoś, kto obnażył przed Tobą część siebie, która pozornie jest schowana przed światem, gdzieś bardzo bardzo głęboko.
Kiedyś wierzyłam w to, że to prawda. Wciąż trochę wierzę, choć o wiele mniej. Wielokrotnie czułam niesamowite pokrewieństwo dusz z ludźmi, których blogi lub strony pochłaniałam po nocach. Największą zbieżność poglądów łączyła mnie momentami z Audrey Rogers, piszącą pod pseudonimem Frassy. Zawsze podziwiałam jej szczerość i łatwość ubierania nawet najbrutalniejszych wyznań w słowa, które nie pozostawiały niedopowiedzeń, a równocześnie odbierały przekazowi moc szokowania, nawet kiedy poruszała nawet bardzo trudne lub osobiste tematy.
Czasami po prostu trudniej jest uwierzyć w to, że istnieje ktoś, z kim rozumiałabym się bez słów. W większości przypadków nawet komunikacja słowna zawodzi. I nie żalę się już znajomym, w gruncie rzeczy z dwóch względów: nie lubię narzekania. Wytwarza negatywną energię. A drugi powód jest prosty: wiem, jak by mnie pocieszyli. W skrzynce czeka na mnie kilkaset nieodczytanych wiadomości. Oczywiście nie w skrzynce mailowej – w tej lądują zazwyczaj wiadomości, na które muszę odpisać, bo dotyczą projektów, nad którymi pracuję. Jest ich znacznie znacznie mniej – gdyby było ich kilkaset zapewne nadawałabym teraz z Bali, ale nigdy nie pokazałabym was zdjęcia mojej twarzy, bo wory pod oczami sięgałyby podłogi.
Miałam na myśli skrzynkę Tindera, którego zainstalowałam dla… Well, sama nie wiem. Nie dla zabawy i szukania jednorazowych przygód, to na pewno. Tak naprawdę trochę z ciekawości, a trochę z potrzeby obserwacji. Chciałam napisać o nim kilka artykułów, analiz, przypatrzeć się grupom społecznym, które można tam wyodrębnić. Szybko się poddałam, bo to temat rzeka – a ja nie mam niestety wysokich kaloszy. Ani stalowych nerwów do milionów identycznych wiadomości i konwersacji, które prowadzą tylko do ciężkiego westchnięcia i wypowiedzenia – sama już nie wiem, czy w myślach czy też na głos – że to znowu nie to. Wierzę mocno w to, że energia i uśmiech przedstawiają ludzi zanim ci wypowiedzą pierwsze słowo. I to właśnie ta energia się nie zgadza – spotykam wielu ludzi i tak jak kiedyś zdarzało mi się wiedzieć jeszcze przed pierwszym zdaniem, że się dogadamy i że na jakimś poziomie jesteśmy podobni – tak teraz tych podobieństw widzę coraz mniej i mniej. Tęsknię za odnajdywaniem w kimś podobieństw, a przez ostatni czas zauważałam tylko różnice. To podobieństwa sprawiają, że ludzie czują się sobie bliżsi i za sobą tęsknią. I to absurdalne, bo wszyscy za kimś tęsknią, a ja tęsknię za… Tęsknotą. Dawno jej nie czułam.
To pewnie zabrzmiało niepokojąco – to nie tak, że nie jestem towarzyska. Myślę, że w jakimś stopniu jestem w stanie odnaleźć się w prawie każdej rozmowie i dogadać się z każdym typem człowieka, ale coraz częściej poszukuję realniejszej przyjemności z prowadzenia rozmowy i poczucia, że ona jest naprawdę szczera i głęboka. Wciąż chodzi mi o takie rozmowy jak te, które kiedyś prowadziło się do trzeciej nad ranem. O prawdziwe rozmowy, kiedy nie myśli się o czasie ani pobocznych tematach i jest się tylko tu i teraz. O rozmowy, które zamieniają się w coś więcej – w nieograniczoną refleksję nad wszystkim, co nieogarnialne.
because the night belongs to the chaos of thoughts
Ściągam z szyi złoty łańcuszek z delfinem, który przynosi mi szczęście, bo szczęście mi się już dzisiaj nie przyda. Potrzebuję tylko 7 godzin głębokiego snu, choć mówią (a raczej śpiewają), że love is all you need.
Nie umiem już nawet pisać tyle co dawniej, a kiedyś każdy smutny moment był dla mnie inspiracją. Dzisiaj już nie jest, bo nie potrafię ubrać jej w odpowiednie słowa. Chyba zrobiłam się trochę bardziej praktyczna, dużo pracuję, mniej śpię. Kiedyś bywały chwile kiedy do nocy, a właściwie to niekiedy i do rana, znęcałam się nad zmęczoną klawiaturą, a dzisiaj przychodzi pierwsza, teoretycznie pora przypływu weny, a ja tylko ziewam. Popijam nieco zimną, za mocną herbatę i senność nie ustępuje. Po godzinach piszę, doradzam znajomym, fotografuję zakochanych, mówię wszystkim, że miłość jest sensem życia – i wierzę w to, że jest. Ale dookoła mnie tyle nieudanych relacji, toksycznych znajomości, łez i zdrad. Jestem maksymalną optymistką, zawsze, ale czasami zastanawiam się czy jesteśmy w stanie odnaleźć swoją bratnią duszę pośród 7 miliardów ludzi. Wszyscy dookoła wiążą się z kimś, kto na dobrą sprawę jest trochę przypadkowy. Tych podobieństw jest niewiele, a z czasem przychodzi przyzwyczajenie i przywiązanie, które są objawowo bardzo podobne do prawdziwej miłości. Tylko po co być z kimś i przez cały czas marzyć o tym, że gdzieś istnieje ktoś z kim moglibyśmy robić wspólnie więcej rzeczy, kto rozumiałby nasze marzenia, z kim moglibyśmy porozmawiać o wszystkim, zwłaszcza o tym, o czym nie możemy z osobą, z którą jesteśmy aktualnie. Jak odnaleźć kogoś kto marzy o tym samym? Przerażają mnie ludzie, którzy zapytani o marzenia odpowiadają “nie wiem, nie marzę, bo marzenia się nie spełniają”. No pewnie, że się nie spełniają, bo czasami trzeba o nie zawalczyć i samemu je spełnić. To chyba pierwszy znak ostrzegawczy i kiedy ludzie z przeszłości wyznawali mi, że nie mają marzeń ani planów na życie, powinnam to przemyśleć. Ale starałam się być ich adwokatem – przecież mają prawo ich nie mieć. Teraz po prostu wiem, że nie dogadam się z kimś, kto nie marzy, bo sama mam tych marzeń zbyt wiele. Zdecydowanie zbyt wiele. 1:30. A jutro budzik odezwie się do mnie o 7, bo ślub. Nie mój oczywiście. Mam nadzieję, że przed moim najdą mnie inne refleksje 😉
Leave a Reply