
Poza sieciówkami: marki, które stawiają na jakość. Modowe odkrycia – Dacha i Mokobelle
Wiele mogłabym pisać o mojej niechęci do sieciówek – to wieloletnia historia uczucia, które kiedyś o dziwo było miłością. Swojego czasu kupowałam stanowczo za dużo ubrań w Zarze i H&Mie – idąc w ilość i szalejąc na wyprzedażach. To chyba pierwsza oznaka starości: pamiętam te czasy, ale jak przez mgłę. Choć te wspomnienia mogłyby akurat całkowicie zaniknąć.
Zupełnie szczerze: kiedyś sieciówki wydawały mi się rozsądnym wyborem z dobrym stosunkiem ceny do jakości. Oh boy! Choćbym chciała udawać, że nie widzę: wiele rzeczy niestety nie przetrwało więcej niż 5 prań. A biżuteria z Zary potrafiła bardzo mocno mnie uczulić, pozostawiając na skórze czerwone i zielone plamki (tak, poważnie, zielone – to chyba efekt reakcji skóry z metalem albo po prostu odbarwienie od kiepskiego stopu).
W sumie długo myślałam, że tak musi być – i to kwestia postępu czasów i tego, że wszystko jest coraz gorszej jakości. Od czasu do czasu mignęła mi gdzieś reklama polskich marek, ale z góry zakładałam, że wszystkie są takie same, z przesadzonymi cenami (biały eko t-shirt za 600 zł?!) i że może kiedyś, ale już nawet pomijając cenę: ani te rzeczy super ładne, ani kuszące wizualnie.
Kilka lat później okazało się, że niekoniecznie miałam rację – istnieją małe marki z bardziej przystępnymi kwotami na metce i wypuszczające kolekcje, które naprawdę przyprawiają o szybsze bicie serca.
Pierwszym takim odkryciem było Echo Fashion, o którym pewnie już kilka razy tu wspominałam. Ale dziś nie o nich! Ostatnimi czasy poznałam dwie kolejne mniejsze marki, które zaskoczyły mnie jakością.
1 / Dacha – to się zaczęło tak: byłam ciekawa ich sztruksowej sukienki. Sztruks wydawał mi się zawsze dość trudnym materiałem i faktycznie jest nieco trudniejszy do wyprasowania, ale jego mięsista faktura i grubość wynagradzają to w chłodniejsze dni. Aż musiałam porwać ją na małą sesję, bo kolor wina zawsze lubi się z aparatem. Jeśli jesteście ciekawi: efekty poniżej!
2 / Mokobelle – tu trochę inna historia, bo ich biżuterię noszę już dłuższy czas. Naszyjnik z pierwszą literą mojego imienia i kolczyki pochodzą właśnie od nich. Mam je już dobre kilka miesięcy, noszę bardzo często – i przyznaję się bez bicia, że zdarza mi się nie zdejmować ich do mycia. Nic się z nimi nie dzieje. To dla mnie wyznacznik trwałości, bo czasami naprawdę nie mają lekko 😉
Będę na bieżąco dawała wam znać jak nowe odkrycia i które marki produkują rzeczy, które inne naprawdę rozwiewają dylematy o jakości (oczywiście moim subiektywnym zdaniem). Nie lubię już dużo kupować: więc ta jakość jest dla mnie bardzo ważna. Pamiętajcie, że polecenia działają w dwie strony – jeśli macie coś naprawdę godnego mega pochwały, też dajcie znać!
Zdjęcia: Przemek / Brands’ Honey Agency (dziękuję!)
Leave a Reply