
Rozstania i powroty
It’s not you, it’s me
Rozstajemy się gdy do relacji wkrada się zbyt wiele ignorancji i zaniedbań lub przeciwnie – przytłaczające ilości kłótni, które uniemożliwiają normalne funkcjonowanie. Wygodniej zrzucić winę na drugą stronę, albo chociaż podzielić się nią mniej więcej po równo, ale cóż, przyglądając się mojej relacji z blogowaniem, muszę ze skruszoną miną przyznać “it’s not you, it’s me”. Pewnego wieczoru tak zwyczajnie się wylogowałam, rzuciłam się w wir szaleństwa codziennego życia; nie zauważyłam upływu czasu, nawet nie zadzwoniłam, że tak długo mnie nie będzie i teraz, po przeszło pięciu miesiącach, wracam z niepewnym uśmiechem, małą czekoladą w kształcie serca w dłoniach i nadzieją, że wordpress ma jeszcze resztki sentymentu i pozwoli mi znowu się tutaj wprowadzić. Zamek do naszych drzwi, to znaczy hasło i dane logowania niezmienione, a więc pierwsze westchnienie ulgi już za mną – wchodzę rozejrzeć się czy wszystko inne też pozostało bez zmian. Uff, tak. To chyba znaczy, że jednak na mnie czekał?
Gdybym pewnego dnia wystukała adres strony i okazałoby się, że jej tutaj nie ma, na pewno bym sobie tego tak łatwo nie wybaczyła. Włożyłam w nią tyle czasu, tyle emocji, kilka nieprzespanych nocy. Tyle obietnic, że będę systematyczna. Sprawa jest więc jasna – nie możemy się rozstać, musimy wybrać się na terapię, żeby raz jeszcze spróbować to wszystko naprawić!
Pracuję nad planem zmian zawodowych, co wiąże się z niekończącą walką z myślami, obliczaniem, analizowaniem… Wątków jest wiele i wydają się nigdy nie kończyć. Chciałam skoczyć na głębszą wodę już w styczniu, ale życie trochę mnie powstrzymało i zmusiło do zaczekania. Niektóre wdrożenia potrzebują czasu – na początku się wściekałam, ale mocno wierzę w to, że jeżeli coś ma się udać, to się uda – nawet jeśli trochę później, niż zakładałam. I choć 2018 zmienił w moim życiu naprawdę wiele (pod niektórymi względami o 180′), wciąż walczę z poczuciem, że robię za mało, że mogłabym więcej, szybciej, może inaczej i lepiej… Kiedy nie czuję zewnętrznej presji, że muszę coś stworzyć, jestem zainspirowana i pomysły pojawiają się znikąd. Terminy za to zazwyczaj nie pomagają. Choć część z nich ustaliłam sobie sama. Nie chcę być już swoją własną sabotażystką, która podważa to, co robię. Która nie jest zadowolona z efektu pracy, choć na przykład klient jest. Która nigdy nie chwali się tym, co zrobiła, bo przecież będą jeszcze ciekawsze projekty i właściwsze materiały. Nie. Zauważyłam, że sukces osiągają ci, którzy mówią o tym, co robią. Co ostatnio zrobili. Inaczej skąd świat miałby się o tym dowiedzieć? Więc wracam do relacji z blogiem, żeby z nim o tym porozmawiać. Żeby tworzyć małą relację tego, co dzieje się w moim życiu – choćby i po to, żebym sama mogła na to za jakiś czas zerknąć.
Tęskniłam.
Minione miesiące zainspirowały mnie do położenia dłoni na klawiaturze, głębokiego oddechu i postanowienia, że nie dopuszczę już do sytuacji, w której nie mam siły ani czasu, aby pisać dla przyjemności . Przerwa dobrze mi zrobiła, bo pozwoliła docenić tę tęsknotę. Tęsknota jest twórcza i bardzo plastyczna – można ulepić z niej kulkę, następnie rozedrzeć na milion mniejszych i z każdej z nich uformować inny kształt. Prowadzenie bloga nie jest przecież moją pracą, ale w pewnym momencie, kiedy narzuciłam na siebie obowiązek publikacji 2 razy w tygodniu, moja podświadomość automatycznie zakwalifikowała go do tej kategorii. A przecież to nie przykra konieczność, a miłość – no bo jak inaczej wytłumaczyć te nieustanne rozstania i powroty?!
Porządnego kopa motywacji dostarczyły mi też statystyki. Myślałam, że spadną i rozbiją się z głośnym hukiem o posadzkę – choć nie były nigdy wysokie, więc przesadzam, ten huk miałby niewiele decybeli i nie zaszkodziłby uszom. Ale mimo wszystko – tutaj surprise, surprise, kilka postów poszybowało w górę! To dodało mi energii, bo choć wybieracie milczenie – jednak tutaj jesteście… A razem zawsze raźniej 😉 Dziękuję za to, że pomimo mojej ciągłej nieobecności, jednak do mnie zaglądacie.
Tak sobie myślę, że przerwa daje przestrzeń do ustalenia priorytetów. Pozwala spojrzeć na wszystko z boku i ocenić na co brakuje czasu. Jeśli coś sprawia wam przyjemność, nigdy z tego nie rezygnujcie! Gdybym nie rozstała się z blogiem, nie poczułabym, że bez niego, czegoś mi brakuje. I że tej pustki nie jestem w stanie wypełnić żadnym innym zajęciem.
Także wybaczcie, pozwolę sobie na taki mały wywód, niczym z motywacyjnych poradników: jeśli ktoś z was ma problem z powrotem do blogowania lub innej pasji po długim czasie – albo przeciwnie, trzymacie się czegoś tak długo, że niespodziewanie zakradło się tam zmęczenie i wypalenie – stańcie na chwilę z boku i pozwólcie sobie zatęsknić. Wykorzystajcie tę emocję. Zastanówcie się jakie zmiany można wprowadzić, żeby było przyjemniej i lepiej. Nie wiem czy ta porada sprawdza się w przypadku relacji międzyludzkich – jednak w relacji z blogiem lub każdym innym absorbującym hobby najwyraźniej często tak. Tęsknota ma moc.
Leave a Reply