
Czy poranek może wpłynąć na cały dzień? Moje spostrzeżenia i 4 nawyki, które dodają energii
Poranki zawsze kojarzyły mi się z gonitwą z czasem. Z listą zadań, które trzeba wykonać przed wyjściem do pracy lub na uczelnię. Z nerwowym dopijaniem herbaty i biegiem na autobus lub z spoglądaniem przez okno czy kierowca Ubera jeszcze na mnie czeka i rzucaniem się ku drzwiom w momencie, gdy słyszałam, że uruchamia silnik.
Poranki były dla mnie tak napiętym czasem, że nie dało się w nie wcisnąć ani grama przyjemności. To było pasmo szybkiego odhaczania obowiązków (i powtarzania w myślach: zrób łóżko, umyj zęby, spakuj wszystko co niezbędne, wrzuć do torby ładowarkę, umaluj się, upewnij się, że wszystko jest wyłączone i go, go, go!)
Moment by odsapnąć pojawiał się dopiero, gdy usiadłam i byłam w trasie. Bo to był czas, w którym prędkość nie zależała ode mnie (nigdy nie miałam aspiracji by wyrwać kierowcy kierownicę). Zazwyczaj wykorzystywałam go, by zerknąć na telefon, odpisać na wiadomości na Messengerze i pomyśleć z zazdrością o tym, jak fajnie mają ludzie, którzy nie pracują, za niczym nie gonią, mogą cały dzień poświęcać samorozwojowi i pielęgnacji swoich pasji. Pocieszałam się myślą, że kiedyś będę takim człowiekiem, ale zdecydowanie jeszcze nie teraz (no chyba, że wygram w totka, w którego nie grałam i właściwie wciąż nie gram).
Później spędzałam kilka godzin (od 4 do 11) w miejscu, w którym teoretycznie nikt mnie specjalnie nie poganiał, ale trudno było wygospodarować czas na czynności inne od tych narzuconych. Na uczelni nie włożę przecież do uszu słuchawek, by nadrobić podcasty, a w pracy może i mogłam trochę posufrować po sieci i zapisać sobie rzeczy, które chciałam przestudiować dokładniej w domu, ale kiedy zajmowało to zbyt długo, szef jakimś cudem się orientował i wysyłał mi więcej zadań, aż w końcu postanowił sprawować nad wszystkim większą pieczę i pod koniec każdego dnia musiałam wysyłać raporty produktywności. Nikt, z osób pracujących ze mną, nie musiał zdawać sprawozdania z minionych godzin.
Obserwacje wykazały, że ludzie obok robili mniej, ale pracowali przez cały czas, a ja lubiłam przez 1,5-2h zająć się czymś innym, by później intensywnie przystąpić do pracy. Nadrabiałam wszystko z nadwyżką, ale widocznie ktoś zaobserwował, że przez jakiś czas zajmuję się czymś innym i podpadłam.
Wydawało mi się to normalne, że podczas 8 godzinnego dnia pracy, nie jesteśmy w stanie stukać w klawiaturę jak mrówki-roboty, przez cały czas. Kreatywność wymaga zmian tempa. Każdy obija się przez średnio 2 godziny, żeby później móc przyśpieszyć i bardziej skupić się na zadaniach (ze świadomością, że np. podczytaliśmy o newsach ze świata, albo pochłonęliśmy kilka interesujących artykułów) – tak sobie mówiłam. Ale okazało się, że nie – ludzie z działu robili jedynie k i l k u m i n u t o w e przerwy na messengera na telefonie. Ja tak nie potrafiłam. No po prostu nie umiałam zaprogramować się tak, by wyłączyć się na 8 godzin dziennie z bycia sobą i przez te 8 godzin korzystać ze swoich zmysłów i umiejętności tylko po to, żeby produkować zysk dla szefa.
Wiedziałam, że za to mi płacą, ale finalnie – ten sam wynik, czyli średnią produktywności, którą musieliśmy osiągać, mogłam wyrobić przez 6 godzin.
Poświęcając na to aż 8 godzin, czułam, że na tym tracę. Nie pieniądze, a jeszcze cenniejszy i nieodnawialny zasób.
Brakowało mi poranków dla siebie
Tak naprawdę jakiegokolwiek dłuższego, spokojnego momentu dla siebie.
Wracałam do domu z poczuciem straconego czasu. Poranek – szykowanie się do wyjścia. Przed i popołudnie – siedzenie w jednej pozycji, która przyprawiała mnie o straszny ból kręgosłupa. Praca nad tematami, które czułam, że już mi bardziej w rozwoju nie pomogą i, że tracę zdrowie i czas, za niewartą tego stawkę. Powrót do domu – tryb zombie, który marzy o obiadokolacji (często jadłam w mieście, ale porcje albo jakość niekiedy pozostawiały trochę do życzenia). Wieczór – świadomość, że jeśli chcę się rozwijać i zmienić tryb życia, osiągnąć choć mały sukces i móc żyć na własnych warunkach, muszę przysiąść i się dokształcać, robić własne projekty, rozwijać swoją internetową działalność. Poziom motywacji? Wysoki. Ale wysoki był też poziom frustracji, bo w pewnym momencie zmęczenie wygrywało, a ja nie potrafiłam ukryć złości, że mogłam przecież zrobić więcej.
Myślę, że niektórzy funkcjonują tak przez całe życie.
Nie są zadowoleni ze swojej codzienności, a równocześnie czują, że mają mało mocy sprawczej, by ją zmienić, bo nie ma na to za bardzo czasu – a nawet kiedy jest, organizm nie jest w stanie pracować na podwyższonych obrotach przez kilkanaście godzin dziennie. I wtedy jesteśmy na niego źli, zapominając, że jest żywym organizmem, domagającym się troski i zasłużonej regeneracji, a nie obudową robota.
Od czasu pracy, którą opisuję, trochę już minęło.
Nie zmieniłam branży, ale zmieniłam pracodawcę i tryb pracy.
Czy dziś jest idealnie? Jeszcze nie, to wciąż work in progress, ale nie da się nawet porównać zmęczenia z przeszłości z tym, co czuję teraz. Różnica jest przede wszystkim jedna – mam rano więcej czasu. I bardziej świadomie z niego korzystam, nie pozwalając, by przeciekał bezwiednie przez palce. Staram się poczuć, że mam go w dłoniach i się nim cieszyć. W związku z tym, poniżej chciałam podzielić się z wami 4 nawykami, które niepodważalnie zmieniły moje codzienne poranki. Może i was zainspirują lub wprowadzą do waszej rzeczywistości więcej porannej energii, jeszcze przed pierwszą kawą.
4 nawyki, które zmieniły moje poranki (na lepsze)
Wprowadzałam je powoli – na początku, szczerze wam przyznaję, że co któryś dzień o nich kompletnie zapominałam! Nastawiałam przypadkowo budzik na późniejszą godzinę i jeszcze w pidżamie jadłam np. owsiankę, zapominając o tym, że powinnam najpierw coś połknąć na czczo. Ale później było już tylko lepiej, a teraz coraz bardziej wchodzą mi w krew. Co dowodzi temu, że rutyna i przyzwyczajenia nami rządzą. I mogą nam też służyć. To się wcale nie wyklucza,
1. Wstawanie o określonej porze
Mówię sobie rano: nie ma, że boli. A właściwie, kiedy kładę się o mniej więcej stałej godzinie (23-00:00), to ta pobudka aż tak wcale nie boli. Wiem, że spałam wystarczająco długo (moja optymalna ilość snu to w idealnym wariancie 8 godzin – wtedy czuję się najlepiej, ale pewnie każdy ma swoją ulubioną, służącą mu długość) i że pora wstawać, bo czekają na mnie fajne rzeczy (powiecie pewnie – jak czekają na ciebie te fajne rzeczy, to masz łatwiej! Ale tak naprawdę jestem pewna, że każdy, niezależnie od budżetu i stylu życia, może sobie przygotować na poranek mniejsze lub większe przyjemności, które sprawiają, że wstaje się po prostu całkiem miło, bo ma się ochotę już te fajne rzeczy zacząć robić, a nie dlatego, że goni czas).
Gdy dzwoni budzik, pozwalam sobie na jedną drzemkę (czasami, dwie, ale ciii), docelowo chcę wstawać kompletnie bez niej, ale czasami jest jednak nieunikniona 😉 Pracuję zdalnie, co sprawia, że mój poranek może trwać dłużej – nie muszę o 8 rzucać się pędem na najszybszy środek transportu, żeby o 9 być na drugim końcu miasta (a wiadomo, to pory utrudniających komunikację korków). Wstaję o 7:30, robię sobie wodę z kurkumą i pieprzem albo wodę z cytryną i imbirem, 15 minut rozciągania, później śniadanie, minimalistyczny rytuał oczyszczania twarzy (mycie + nawilżenie), często czytam 15-50 stron książki, spisuję inspirujące myśli (zawsze przychodzą podczas czytania), słucham przez chwilę ulubionej piosenki (później ją wyłączam, bo funny fact: nie potrafię pracować kiedy coś gra!) i czuję, że o siebie zadbałam, zrobiłam już sporo rzeczy, na których mi zależało i które wspierają moje dobre samopoczucie i kiedy zaczynam pracować, czuję się realnie o wiele lepiej niż kiedyś.
Kiedyś nie robiłam kompletnie nic z tej listy małych przyjemności – i miałam wyrzuty sumienia, że zaniedbuję siebie kosztem tego, co muszę zrobić. To uczucie prowadzi na dłuższą metę do ogromnego przytłoczenia – może nie w każdym przypadku, ale ja je mocno odczułam.
2. Poprawa krążenia
Mam wśród znajomych ludzi, którzy lubią rano biegać. Albo mówią, że o świcie siłownia jest rajem na Ziemi, bo jest pusto, cicho i można mieć wszystkie sprzęty dla siebie. Szanuję bardzo, ale nie każdy ma rano czas i ochotę, by się intensywnie spocić.
Na szczęście każda inna poranna aktywność też ma świetny wpływ na poziom energii i zdrowia – podobno wystarczy nawet mały trening rozciągania się, na przykład na składanej macie rozłożonej w kuchni. Nie dość, że poprawia krążenie, to jeszcze rozbudza – moim zdaniem skuteczniej od kawy, ale jako, że kawę kocham za smak, nie chcę podpadać kawoholikom.
3. Planowanie ułatwia życie
Powiecie być może, że nie odkryłam Ameryki – wiem, wiem, zostawiam to Kolumbowi. Ale choć to tak oczywiste, natchnął mnie do tego dobry znajomy i to dopiero ok. 4 lata temu. Wcześniej od czasu do czasu sporządzałam jakieś listy, ale nie kumplowałam się z nimi zbyt intensywnie. Owy znajomy był maniakiem list – ja nie czuję potrzeby robienia aż tylu, ale od kiedy wprowadziłam je do życia (robię średnio 1 dziennie, z zadaniami na dany dzień), rzadziej o czymkolwiek zapominam i czuję, że mam kontrolę nad wszystkim, co istotne.
Lista “to do” na dany dzień, napisana wczesnym porankiem, już od początku nowej roboczej doby daje nam poczucie, że jesteśmy produktywnymi ludźmi i dobrze zaczynamy pracę – przynajmniej tak wnioskuję po sobie. A jaką satysfakcję daje stawianie przy tych podpunktach kolejnych krzyżyków lub ptaszków. Kilka odhaczeń i zasługujemy na kolejną kawę lub świeży sok z pomarańcz, o!
4. Już od rana robię sobie przy pracy krótkie pauzy na kilka przysiadów czy skłonów
Tego najbardziej brakowało mi w siedzeniu w biurze. Będąc w pokoju z kilkoma innymi specjalistami, nie mogłam od tak stanąć na środku pokoju i przez 2 minuty się gimnastykować. Popatrzeliby na mnie jak na kosmitkę, przybywającą z planety o wiele bardziej odległej niż Wenus.
Wiem, bo próbowałam.
A w mieszkaniu/domu nikt nie posyła mi żadnych zdegustowanych spojrzeń, no chyba, że włoska modelka spoglądająca na mnie z okładki kalendarza. Ale nią się nie przejmują, bo to człowiek jednej miny – patrzy tak samo wtedy, kiedy piję wodę albo przegryzam orzeszki. Nie wiem o co jej chodzi.
Co jednak jeśli pracujesz w biurze i nie masz całej przestrzeni dla siebie? Opatentowałam jeden niezbyt sprytny, ale skuteczny sposób – wycieczki do łazienki. Może brzmi trochę dziwacznie, ale jeśli naprawdę nie ma się możliwości zrobienia kilku przysiadów przy biurku, bo ludzie obok siedzą z wysoko uniesionym podbródkami i mają na sobie nieskazitelnie białe koszule, no i są ludźmi, którzy wolą trening personalny po pracy, a małą gimnastyką w profesjonalnym biznesowym gabinecie, za który uznają ten ciasny pokój, gardzą, to to niezłe rozwiązanie.
Możesz pójść do łazienki, zrobić serię 20 przysiadów i skłonów i wrócić jak gdyby nigdy nic.
Gdyby ktoś miał jakieś pytania, to powiedz, że masz mały pęcherz.
To jest warte mniej spiętych pleców i mniejszego zmęczenia, tak myślę.
Poranek wart jest tysiąc dolarów
Żartuję, nie wiem ile jest wart. Prawdopodobnie o wiele więcej, bo to czas z naszego życia, które jest – babcia zawsze mi to powtarza (*ta mniej pesymistyczna) – bezwzględnie bezcenne. Rano mamy najwięcej energii, cały świat mógłby stać otworem, moglibyśmy wyruszyć na pieszą wędrówkę na koniec świata, a my decydujemy się pójść do pracy. Dlatego warto uporządkować ten czas tak, żeby mieć z niego coś dla siebie i żeby poczuć, że żyjemy, a nie jak większość, czekamy z tęsknotą w zmęczonych oczach za weekendem.
Stwórzmy sobie czasami, jeśli nie codziennie, z poranków taki święty czas, kiedy przed pracą, mamy chwilę, by zrobić choć mały krok ku lepszemu samopoczuciu. Warto!

. M o g ą C i ę t e ż z a i n t e r e s o w a ć :
Leave a Reply