
Przemyślenia piątkowej nocy
Zawsze myślałam, że idę na przód, ale wtedy ogarnęła mnie wątpliwość. Nie potrafię już tak pisać, a pomysły odwiedzają mnie znacznie rzadziej. Choć nie zmieniłam przecież adresu. Podobnie ma się sprawa ze zdjęciami – teoretycznie słyszę często słowa “ale progres! Dobrze widzieć jak się rozwijasz!”, ale kiedy patrzę na niektóre sesje sprzed trzech, czterech lat, wiem, że nie byłabym w stanie ich stuprocentowo odtworzyć. Z biegiem czasu stałam się odporniejsza, silniejsza, bardziej pewna siebie i bardziej zdecydowana – czego chcę w życiu, a czego nie – ale mam wrażenie, że gdzieś po drodze zgubiłam tą wrażliwszą wersję mnie, która miała wiecznie złamane serce i wenę, aby przemieniać jego najostrzejsze odłamki w sztukę. Taką przez małe s, wiadomo, ale jednak. Czy spełniona miłość też ma moc, aby tak inspirować? Nie wiem, nie jestem teraz zakochana – i być może dlatego wszystko, co robiłam będąc w stanie jakiejś nieco podejrzanej, choć równocześnie magicznej ekstazy, wydaje mi się takie… Zaskakujące. Dziwnie czyta się swoje własne słowa po upływie lat, które całkiem sporo zmieniły. Ciekawe jak będę się czuła, kiedy przeczytam je na starość.
Dlatego warto wszystko dokumentować
– bo być może nigdy do tego nie powrócimy, prawdopodobnie będziemy zbyt zajęci tworzeniem nowych wspomnień, aby marnować energię na wspomnienia, szczególnie te smutne, ale… Bez dokumentacji nie czujemy i nie widzimy tego, jak bardzo się zmieniliśmy.
2:15. Już dawno rozpoczęła się sobota, a piątek powoli odchodzi w niepamięć – większość ludzi nie pamięta nigdy końcówki piątku i to nie tylko zasługa sklerozy, która atakuje każdego z nas. Mnie też, więc rano pewnie nie będę już pamiętała, że wystukałam ten wpis – i tak szybko nie przypomnę sobie też o tym, że w nocy zrodziło się tyle postanowień, które mogłyby zmienić moje życie na lepsze. A propos postanowień – powinnam więcej czytać. “Wzgórze psów”, które spoczywa na stoliku nocnym, zdążyło pokryć się grubą warstwą kurzu, na który jestem przecież uczulona. Pewnie dlatego za chwilę kichnę, a na panele spadnie kilka łez. Choć nie, te łzy to pewnie od ziewania. Leżący obok podręcznik copywritingu ma podejrzanie szarą okładkę, która przypuszczalnie była pierwotnie czarna. Tak naprawdę wszystko ma prawo się kurzyć, z wyjątkiem tego najważniejszego, na szczęście nienamacalnego, a więc nienarażonego na kąsanie roztoczy. Marzeń. Kiedyś tylko marzyłam, a teraz mam chyba coraz więcej odwagi, aby te marzenia spełniać. Nawet gdyby były papierowe, rano przetarłabym je chusteczką, bo będą mi jutro potrzebne.
A więc coś zmieniło się na lepsze. Choć nie umiem już pisać, zamiast po litery sięgam po plany. Jutrzejsze są nieco szalone, na pewno nie w stylu starej mnie (stara ja wzdrygnęłaby się na myśl o rozmowie z 20obcymi ludźmi i konieczności bycia przez nich ocenioną!), więc mam kolejny dowód na to, że dorosłam, bo zamiast strachu, czuję ekscytację.
A może to już po prostu kryzys wieku średniego i potrzeba adrenaliny? 😀
Zegar patrzy na mnie z wyrzutem, dłonią w kształcie wskazówki pokazując godzinę, o której już dawno powinnam być w głębokiej fazie snu, aby 7 rano nie była horrorem straszniejszym od Paranormal Activity.
Damnit, wymienianie tytułów takich filmów chyba nie wpłynie pozytywnie na moją bezsenność.
Mimo wszystko spróbuję zasnąć. Bardzo dawno nic mi się nie przyśniło – Freud byłby dumny. Mam nadzieję, że z was nie i nawiedzą was sny tak słodkie jak sernik, który niedawno upiekłam. Nawet ksylitol da się przedawkować! Dobranoc 😉
Leave a Reply