Motywacja i inspiracja, Życiowe

Perfekcjonizm opóźnia sukces, zamiast mu sprzyjać – jak się uwolnić się od tej tendencji? Moje spostrzeżenia

Perfekcjonizm uważany jest za zaletę, podczas gdy potrafi być niezłym przekleństwem.

           Dziś przychodzę z tematem, z którym zmagam się właściwie od wielu lat. Z garścią refleksji i spostrzeżeń, jednych słodkich, drugich zdecydowanie bardziej gorzkich. Od kiedy działam w branży kreatywnej, widzę, że perfekcjonizm nie jest moim osobistym problemem – to tendencja, która dotyka wielu twórców, jak i ludzi działających w zbliżonych branżach. Część z tych ludzi jest świetna i bardzo zdolna – i może oni tego od wewnątrz nie widzą, ale z zewnątrz widać bardzo wyraźnie: mają olbrzymi talent wyobraźnię i taką sprzyjającą charyzmę, którą dałoby się wykorzystać na ogromną skalę. Umiejętności, które mogłyby przynieść im wiele sukcesów, o których tak marzą. Dlaczego więc ich nie osiągają? Wydaje mi się, że nie dajemy sobie prawa do bycia w czymś niedoskonałymi, więc w efekcie nie ujawniamy swoich możliwości, bo boimy się, że gdybyśmy je pokazali, nie byłyby jeszcze tak dopracowane, jak mogą być. Wszystko może być zawsze lepiej dopracowane – za czasów szkoły, uczniowie, którzy tak myśleli, dostawali zwykle piątki. Ale w życiu ta tendencja zdaje się często szkodzić, nie tylko pomagać.

. Dlaczego?

Bo nie przesuwamy się do przodu, bojąc się tego, że zanim zrobimy jakiś krok, musimy jeszcze dopracować tyle szczegółów! Tyle mikrodetali można jeszcze lepiej przypucować i poświęcić im więcej czasu.

A teraz pytanie z innej beczki, ale prowadzące do wniosków w kwestii perfekcjonizmu: jak można by zdefiniować lenistwo? Najczęściej zwlekaniem z podjęciem jakiejkolwiek aktywności, obijaniem się i bierną postawą. Wypieramy się tego za wszelką cenę.

Zazwyczaj.

Bywają jednak momenty, kiedy lenistwo zasłaniamy dbałością o szczegóły i opracowaną wcześniej strategią i dlatego wcale go nie diagnozujemy. Ja leniwa?! Nie, nie. Nie działam, bo czekam. Na sprzyjającą chwilę. Na odpowiednio dobrą okazję. Na lepszy czas.

To naprawdę pocieszające: stoję w miejscu, nie ruszam się, ale to przecież nie żadna stagnacja, a czajenie się na najlepsze okoliczności. To, co robimy musi być przecież idealne i dopracowane, więc warto poczekać. Przyznajcie sami – czekanie jest kuszące. Może jeśli poczekamy, pewnego dnia doczekamy się sytuacji, która wygląda zupełnie tak jak nasz hipotetyczny, stworzony w wyobraźni ideał? I wówczas wszystko się uda. Wszystko pójdzie jak po maśle.

Może nadarzy się szansa, dzięki której wszystkie szalone plany same się spełnią? A do tego dnia lepiej je rozbudowywać i doskonalić. I układać jeszcze bardziej szczegółowy, idealnie zredagowany scenariusz i strategię. Żeby były perfekcyjnie przygotowane na ten właśnie sprzyjający moment.

Jeśli jednak będziemy zwlekali w nieskończoność, istnieje wiele ryzyk, które na nam grożą:

  • idealna chwila nigdy nie nadejdzie
  • nasze plany staną się jeszcze bardziej niemożliwe do zrealizowania, bo okoliczności nie ulegną wcale zmianie na lepsze, a na gorsze. Pojawią się czynniki, których jednak nie wzięliśmy pod uwagę i misternie dopracowywany plan nagle się posypie (a my wpadniemy w panikę, że tego nie przewidzieliśmy)
  • będzie za późno i będziemy żałowali wcześniejszej bierności i tego ile czasu i energii poświęciliśmy na szczegóły, zamiast po prostu zacząć pokazywać i działać z tym, co mieliśmy zrobione.
 
 

 

Perfekcjonizm spowalnia spełnienie marzeń, a czasami całkowicie wyklucza sukces.

 

 

 

Takie słowa kiedyś usłyszałam, a dziś niestety się z nimi zgadzam.

Szykujemy się, żeby żyć, zamiast poznawać życie, ryzykować, uczyć się na błędach, zdobywać bezcenne doświadczenia. Tu przytoczę kolejne słowa, które kiedyś sobie zanotowałam: w posuwaniu się na przód najważniejszym krokiem jest zamiana strachu na nadzieję. Strachu wynikającego z niepewności czy się uda i tej kiełkującej z tyłu czaszki obawy “może lepiej bardziej się przygotować i poczekać?”. Okazuje się, że warto zmienić tę obawę na odważne stwierdzenie “jeśli będę bardzo chciała, to się uda, nie mogę dopracowywać wszystkiego w nieskończoność”.

Nie znamy odpowiedzi na wszystkie pytania, ale jeśli nie zaczniemy działać, opracowywanie hipotetycznych możliwości niewiele nam da. Perfekcjonizm jest bezpieczny, bo dopracowując swoje prace, plany, marzenia, możemy siedzieć za swoim biurku i pracować jak mróweczki, równocześnie nie mając pewności czy to co robimy kiedyś się sprawdzi. Bo możemy 3 lata pracować nad strategią wejścia na rynek ze swoim produktem – w międzyczasie zagłaskując produkt i wprowadzając milion ulepszeń każdego dnia- ale kiedy w końcu postanowimy: okej, już chyba jest bliski ideału, można zaczynać go pokazywać innym, okaże się, że ten pomysł został już zrealizowany i odniósł sukces… 2 lata temu. W czasie, kiedy my czekaliśmy i skupialiśmy się na szczegółach, zamiast na szerszym widoku. I gdybyśmy pokazali to, nad czym pracowaliśmy 2 lata temu, być może by nam się udało! A teraz okazuje się, że ktoś zrealizował nasz pomysł i dobrze mu się to udało, a niedociągnięcia naprawiał W TRAKCIE. Już po rozpoczęciu działania.

Ja też często tak miałam: pracowałam miesiącami nad projektem dla klienta, chciałam, żeby wyglądał tak idealnie, jak tylko się da. Był gotowy właściwie miesiąc wcześniej, ale chciałam jeszcze posiedzieć nad nim sporo godzin, żeby się upewnić, że wszystko jest wiecie, maksymalnie cacy. Bałam się, że klient wyłapie jakiś mikrobłąd i że muszę to wszystko prześledzić sto razy, zanim oddam.

A w międzyczasie nieraz okazało się, że ktoś podsuwał klientowi swoją, inną propozycję i mu się podobała. Choć była niedopracowana i nieidealna.

Lepiej wprowadzać poprawki w trakcie działania, niż kompletnie ograniczać działanie na rzecz (czasami zbyt) wielu poprawek, które bywają niepotrzebne. Skrupulatność jest cenną cechą, ale może też być przekleństwem, poważnie. Bo często do sukcesu wystarczy “wystarczająco dobrze; bardzo dobrze”, a nie “maksymalnie perfekcyjnie w każdym calu, a nawet milimetrze”. Wystarczająco dobre rzeczy można dopracować i przenieść je na wyższe poziomy, często nawet najwyższy (z czasem), a za długo dopracowywane rzeczy mogą stać się przeterminowane i wypuszczone po prostu “za późno”, bo zwlekanie jest zawsze jakimś ryzykiem.

Lęk i stagnacja biorą się z przewidywania porażki. Z zakładania, że coś może pójść nie tak.

Śmiałe działanie bierze się z nadziei na możliwość sukcesu.

Wielu ludzi, patrząc na problem ogólnikowo, uważa, że perfekcjonizm potrafi być zaletą i że jest właściwie pożądaną cechą, która nakazuje jej posiadaczom robić wszystko bardzo rzetelnie i dokładać do tego wszelkich starań. Pewnie zwłaszcza szefowie zatrudniający ludzi nieraz tak myślą – zatrudnię perfekcjonistę i wszystko będzie zrobione na błysk. Niestety perfekcjonizm nieraz kłóci się z efektywnością. Pewnie, że jakość zawsze wygrywa z ilością – ale kiedy za bardzo stawiamy na jakość i nigdy nie jesteśmy przekonani tego czy JUŻ jest najwyższa jaka może być, możemy pracować nad jedną rzeczą przez nieprawdopodobnie długi czas. A ona mogła być świetnie ukończona już dawno temu.

. Czy tu na pewno chodzi tylko o perfekcjonizm?

Czytałam niedawno ciekawy wywiad z ekspertką badającą temat – psychologiem prowadzącym zajęcia z zarządzania czasem (Alsu Muhamedshiną), która uważa, że do perfekcjonizmu mają większą skłonność osoby ze złą organizacją. I że z perfekcjonizmem wiąże się często inny problem: mała wiara w swoje umiejętności i niedocenianie swoich skillów lub brak dobrze wykształconej zdolności planowania i sprawnego rozporządzania długoplanowym grafikiem. Co mnie najbardziej zdziwiło to słowa Alsu o uczestnikach jej zajęć z planowania czasu. Powiedziała dokładnie tak:

“W pracy, podczas swoich kursów i sesji biznesowych, ciągle spotykam się z problemem perfekcjonizmu. Wielu uczestników jest szczerze zaskoczonych, kiedy uświadamiam im, że perfekcjonizm prowadzi do chaosu w życiu zarówno prywatnym jak i służbowym i potrafi pogrążyć wiele projektów“.

I mi wydawało się nieraz, mylnie, że perfekcjonizm bywa słuszny, ale umówmy się – perfekcjonizm bywa bardzo krzywdzący i nie ma się czym chwalić. Perfekcjonistom nie chodzi o to, by coś było zrobione bardzo dobrze – im cholernie mocno zależy na tym, by było to zrobione i d e a l n i e. A idealne projekty, strategie, a w życiu prywatnym – związki i przyjaźnie NIE ISTNIEJĄ. I nigdy ich nie stworzymy.

Czytałam sporo na ten temat i wszyscy autorzy, którzy piszą o perfekcjonizmie zdają się być zgodni – perfekcjonizm często bywa skutkiem ubocznym naszego dzieciństwa. Podobno najczęściej dotyka on kobiety, którym rodzina powtarzała non stop, że muszą być dobrymi dziewczynkami i przynosić do domu same 5, opcjonalnie 4+. Wszystko poniżej (4, 4-, 3) było dowodem na to, że nie wysiliły się tak jak mogły i że powinno być lepiej, no bo dlaczego nie ma 5? To nastawienie do celów przekłada się później na dorosłe życie. Uznają, że trzeba mierzyć jak najwyżej i zawsze zarywać dla każdego projektu noc lub cały szereg nocy. Może dlatego piątkowi uczniowie sprawdzają się często jako pracownicy, ale niekoniecznie jako twórcy własnych biznesów – bo podczas gdy w szkole 5 i 6 były doceniane, w realnym życiu, często nie trzeba robić wszystkiego “na najwyższą notę”, by było to wystarczająco dobre i właściwie wszystkich zadowalające.

dlaczego perfekcjonizm to wada, a nie zaleta

. Objawy świadczące o tym, że perfekcjonizm dotyka i nas

  1. Ciągle porównujemy się do niedoścignionych autorytetów, często takich, których znamy tylko z mediów społecznościowych, filmów lub innych nienamacalnych rzeczywistości. Wynajdujemy sobie kogoś, kto zdaje się być po prostu chodzącym ideałem, rewelacyjnym wzorcem i staramy się tej osobie dorównać. Staramy się być tak samo dobrzy, profesjonalni, tak samo nieskazitelni, ale nie zdajemy sobie sprawy z tego, że to niemożliwie, bo w sieci ludzie pokazują najczęściej tylko jedną stronę swojego życia (wiadomo, tą najlepszą). Instagram to nie życie, hej hej. W efekcie ciągle czujemy się niewystarczająco dobrzy, bo nasz cel jest po prostu nieosiągalny (ale i tak bardzo się staramy go dosięgnąć).
  2. Żyjemy według zasady “wszystko albo nic”. Drugie miejsce albo nagroda pocieszenia byłaby dla nas największą karą. To samo przekłada się też na codzienne życie: kiedy sprzątamy dom lub mieszkanie, wszystko musi błyszczeć. Albo nie robimy tego bardzo długo albo jak już się za to weźmiemy, sprzątamy przez cały dzień lub nawet dni, nadszarpując maksimum swojej energii i robiąc wszystko za jednym zamachem i to nad wyraz dokładnie.
  3. Nie potrafimy wziąć się za działanie, kiedy czujemy, że coś może pójść nie tak. Na przykład psycholog Alsu przytoczyła w swoim wywiadzie sytuację, kiedy uczestniczka jej zajęć miała włożyć na strych zimowe buty, bo w końcu przez wiosnę i lato są w garderobie całkowicie nieprzydatne. Nie potrafiła się za to wziąć, bo ciągle mówiła sobie “to drogie buty, muszę je posegregować bardzo porządnie, zanim je włożę na strych muszę je wszystkie umyć, wypastować, wyperfumować i poszukać dla nich ładnych pudełek”. W efekcie zimowe buty tłoczyły się z sandałkami i trampkami przez całe lato i mocno się przez to zniszczyły. Ich właścicielka zaplanowała długi i idealny proces przenoszenia butów na strych, ale przez to, że był taki złożony, nigdy nie poczuła się gotowa go przeprowadzić, choć w myślach wymyśliła sobie jak zrobić to najdokładniej i najporządniej jak tylko się da.
  4. Skupiamy się tylko na niedociągnięciach i potencjalnych błędach. Piszemy całe opowiadanie, ale nad jego ostatnim zdaniem siedzimy całe tygodnie, bo żadne nie brzmi tak majestatycznie, jak naszym zdaniem powinno. Chcemy zrobić dwugodzinny trening całego ciała, udaje się zrobić 1:45 godziny i nie czujemy się zadowolone, bo przecież nie starczyło sił na końcówkę. Nie mamy z tego żadnej satysfakcji, wypominamy sobie to  nieudane zakończenie. Jeśli coś nie jest zrobione na 100%, tak jak w naszej głowie byłoby “idealnie”, nie jesteśmy nigdy szczęśliwi. Rezultaty długich godzin pracy potrafią stracić dla nas sens i znaczenie, kiedy widzimy choć małe niedociągnięcie. Często też boimy się rozpocząć nowy projekt, bo obawiamy się, że efekt i tak nie będzie spektakularnie bezbłędny.
 

. Jak walczyć z tym niefajnym perfekcjonizmem i nie pozwalać by odbierał nam za dużo energii?

 

Umówmy się raz jeszcze – perfekcja nie istnieje. A raczej istnieje, ale tylko w naszej głowie i wyobraźni. W życiu wszystkie czynniki są częściowo nieprzewidywalne i nie da się ich w pełni wyreżyserować.

Jak to mówi autorka projektu: Pani swojego czasu (którą uwielbiam, btw): zrobione jest lepsze od doskonałego.  Całkowita zgoda. A jeśli naprawdę chcemy idealnego rezultatu, może warto coś zrobić, a później dopracowywać, już w międzyczasie, niż od razu celować w perfekcję – bo od 3 czy 4 jest już do 5 znacznie bliżej, niż od 0.

Poniżej kilka sposobów, które albo sama stosuję albo które zapamiętałam z wywiadów z ekspertami tematu.

Przestańmy porównywać się do innych. Każdy z nas ma swoje życie i to życie w każdym przypadku jest kompletnie inne. Każdy z nas ma inne predyspozycje, inny poziom energii, inne marzenia, inną wytrzymałość na stres. Na świecie istnieje tylko JEDNA osoba, do której faktycznie warto się porównywać – i to jesteśmy my sami. Warto porównywać jakie rezultaty osiągamy dziś, a jakie osiągaliśmy miesiąc temu. Jesteśmy sami dla siebie jedyną osobą, o której wiemy na tyle dużo, że porównywanie się jest sensowne.

Nagradzajmy się za małe sukcesy. Żeby zrozumieć, że każdy z nich jest cenny – nie tylko te OGROMNE. Nagradzajmy się za każdy mały krok we właściwym kierunku, za każdy etap pracy nad projektem. Warto robić sobie listę rzeczy, które udało nam się danego dnia zrobić – to pozwala poczuć dumę z efektywności, zamiast zadręczać się “nie zrobiłam 130020202020 rzeczy”.

Róbmy plany. Składające się z małych etapów, małych kroków. Znacznie łatwiej jest codziennie zrobić coś małego niż zrealizować ogólnikowy plan np. “zostać najlepszym przedsiębiorcą w kraju”. Ten duży plan wydaje się niemożliwy. A zrobienie codziennie 1 lub kilku rzeczy, które sprawią, że codziennie będziemy trochę lepsi? Jak najbardziej realne. Małymi krokami znacznie łatwiej dojść daleko. Duże strategie mogą jedynie sprawić, że poczujemy się bezradni i niewystarczająco dobrzy i odłożymy działanie na “bardziej idealny” moment.

Od kiedy staram się trzymać tych punktów, robię więcej i wystarczy mi świadomość, że robię to dobrze – nie muszę poświęcać na każde zadanie całych dni, żeby być tego stuprocentowo pewną, że jest najidealniej jak może tylko być. Oczywiście trochę inaczej sprawa ma się np. z pisaniem – tu wiem, że warto czytać, to co się napisało i później to edytować, na przykład dzień później. Jasna sprawa. Ale perfekcjonizm wielokrotnie powstrzymał mnie przed fajnymi rzeczami, dużymi szansami i przed spełnieniem niejednego marzenia – choć oczywiście wydawało mi się, że to właśnie ten perfekcjonizm mi to zapewni.

Życie jest za krótkie, by być we wszystkim idealną.

Możemy czaić się by nasz ruch dłoni po ciastko był pełen gracji i harmonii, a w międzyczasie ktoś nam je po prostu sprzątnie sprzed nosa i na nic nie zda się już to przygotowanie.

Jestem ciekawa jak wygląda wasze doświadczenie z perfekcjonizmem – chętnie poczytam o waszych historiach i przypadkach, kiedy perfekcjonizm wam zaszkodził – a może jednak przeciwnie, też trochę mimo wszystko pomógł.

Uściski, trzymajcie się. Jak coś – prawie codziennie jestem na Instagramie (choć ostatnio rzadziej, bo wzięłam sobie do serca swoją poradę o tym, że lepiej publikować trochę rzadziej, ale z przekonaniem sensowności).

. M o g ą   C i ę    t e ż    z a i n t e r e s o w a ć :

Leave a Reply