
Najsmaczniejsze miejsca Poznania: Restauracja Papavero
Poznań nie jest może gigantyczną metropolią, ale kulinarne niespodzianki kryje na dosłownie każdym kroku – i często odnoszę wrażenie, że nigdy się nie skończą! Chociaż się tutaj urodziłam, nieustannie odkrywam miejsca, o których jeszcze nigdy wcześniej nie słyszałam. W końcu to właśnie nowości, zrywanie z rutyną i poznawanie nieznanych dotąd smaków i zapachów czynią życie ekscytującym! Poznań gwarantuje pod tym względem dużą satysfakcję: regularnie zadziwia mnogością debiutów na tutejszej scenie gastronomicznej i zaskakuje efektownymi metamorfozami już istniejących lokali. Dzisiaj chcę opowiedzieć Wam o tych drugich – a raczej o jednej, konkretnej, której byłam świadkiem.
No, może niedosłownie – nie naocznym świadkiem. Restaurację Papavero, bo właśnie o niej mowa, odwiedziłam niedawno, już po całym procesie zmian, które przeszła. Metamorfozy zawsze wiążą się z zestawieniem ‘before/after’: zdjęcie ‘przed’ pokazał mi wujek Google. Natomiast efekt ‘po’ obejrzałam osobiście i.. Powiem tak: nie wiem jaki klimat panował w tym miejscu wcześniej, ale atmosfera, którą udało się uzyskać po wprowadzeniu nowego, aktualnego wystroju wnętrza jest wyjątkowo magiczna. Wchodząc do środka, przekraczamy próg i nagle przenosimy się z szarej ulicy 3 maja, do eleganckiego, ciepłego miejsca. W powietrzu unosi się delikatny zapach przypraw. To ponadprzeciętnie szykowne miejsce, ale nie jest to elegancja, która sprawia, że czujemy się niekomfortowo i zaczynamy zastanawiać się czy jesteśmy ubrani wystarczająco gustownie, żeby w ogóle zostać w środku, czy może lepiej szybko uciec. Zdecydowanie nie. Piękno wnętrza zwraca uwagę, ale nie sprawia, że jest sztywno. A jedzenie? O tym za moment, choć to w zasadzie najważniejsze! Wiecie, że jestem żarłokiem! Ale oczy też muszą zostać nakarmione, więc bardzo doceniam wizualną oprawę lokalu.
Miejsce odwiedziłam dzięki cudownej Natalii z bloga SmakiWartePoznania – dziękuję raz jeszcze! ♡ Kolacja nie dość, że była ucztą dla zmysłów, to przy okazji fajnym spotkanie. Fantastyczne połączenie! W końcu ludzie, którzy kochają jeść są najlepszym typem ludzi! 🙂
Tak naprawdę, o wnętrzu o wiele więcej niż moje słowa, powiedzą Wam zdjęcia. Całość utrzymana jest w stonowanej kompozycji kolorystycznej, a boczne lampy tworzą przytulny nastrój. Chociaż miejsce nie jest szczególnie duże, stoliki są bardzo zróżnicowane: są takie, które będą idealne na przykład na spotkanie z przyjaciółmi i są też takie, które będą sprzyjały intymnej, randkowej rozmowie – nawet jeśli będzie to 1 randka i komfort rozmowy będzie najistotniejszy. Wygodne fotele to też spory plus!
Lustra powiększają optycznie przestrzeń + to kolejny argument przemawiający za tym, że to dobre miejsce na randkę. Chcesz dyskretnie upewnić się, że grzywka jest po właściwej stronie, albo że pomiędzy Twoimi jedynkami nie utknął kawałek mięsa? Tutaj można to zrobić naprawdę niepostrzeżenie 😀
Przystaw
ka
Nie jestem wielbicielką surowych mięs i raczej nie zobaczycie mnie nigdy na sushi (chociaż no dobra – nigdy nie mówię ‘nigdy’, bo kto wie czy mi się nie odmieni na starość), ale mimo wszystko zasmakowała mi surowa i rybna przystawka, jaką był tatar z łososia. Cytując dokładniej słowa z karty dań, był to tatar z łososia atlantyckiego pod kozim twarogiem z suszonymi pomidorami, szpinakiem, granatem i karmelizowanymi orzechami laskowymi. Cena porcji to 39 zł. Koło tej pozycji widnieje napis GF – gluten free. Jest więc bezpieczny dla osób na diecie bezglutenowej, chociaż… Dobrze smakowałby z pieczywem! W takiej formie byłby jeszcze lepszy, choć sam w sobie też był bardzo smaczny: delikatny, dobrze przyprawiony, z wyczuwalnymi nutkami dodatków, które choć były obecne, nie dominowały nad subtelnym smakiem mięsa. Z bagietką, albo dobrym chlebem byłby obłędny. No ale to przecież przystawka, więc rozumiem, że nie powinna być bardzo sycąca 🙂 Pierwszy raz odważyłam się zjeść tatara tego typu i to był naprawdę smakowity pierwszy raz.
Danie główne
I tutaj znowu padło na łososia! Tym razem już nie na surowo, a w zupełnie innej odsłonie. Ten apetyczny obiekt na powyższym zdjęciu to łosoś z rusztu na gratin selerowym z kurkami, zielonym groszkiem i puree z buraka. Kolejna miła niespodzianka – mięso było idealnie wypieczone, a kawałek naprawdę konkretny. Dobra propozycja na duży głód – konkretnie i wysokobiałkowo. Zielony dodatek, czyli zielony groszek był bardzo przyjemny dla podniebienia, ale moje serce zostało zdobyte przez selerowe gratin. Gdybym musiała wybrać jeden element, który smakował mi w Papavero najbardziej, to zdecydowanie wskazałabym to selerowe cudo. W domowej sałatce jarzynowej nie lubię selera, a z zup warzywnych często pracowicie go wybieram (choć to niezłe ćwiczenie na cierpliwość 😀 ), a tutaj nagle stał się moim ulubionym warzywem! Coś zupełnie innego, bardzo ciekawy posmak. Sprawił, że kompozycja podana z łososiem była naprawdę nietuzinkowa. Jedynie kurek nie lubię, ale to już mój własny problem – po prostu nie jem grzybów, pod żadną postacią. Niemniej jednak ten zestaw oceniam na 9/10 – mniam do kwadratu! Cena porcji to 54 zł. Podczas późniejszego przeglądania karty, moją uwagę przyciągnęły także makarony, na przykład carbonara z pancettą, konfitowanym żółtkiem, czarnym pieprzem i parmezanem. Kosztuje 31 zł (więc to bardziej budżetowa opcja) i jestem pewna, że to naprawdę sycąca porcja! Zaintrygował mnie też dopisek na dole strony z pastami: “Makarony są ręcznie robione w naszej pracowni. Niektóre z nich możemy przygotować w wersji bezglutenowej.” Fajnie, że to kolejne miejsce, które pomyślało o alergikach – mam ich kilku wśród bliskich znajomych i dlatego bardzo cieszą mnie lokale, które potrafią zadbać o ich nietolerancje. Oznaczenia i informacje o dostępnych alternatywach zawsze wywołują we mnie przypływ radości 😀
Najsłodsza część spotkania, czyli… Deser!
Rzadko jem tak rozbudowane kolacje, więc na deser zostało stosunkowo mało miejsca. Mój żołądek mówił już cicho ‘pas!’, ale spójrzcie na zdjęcia – po prostu musiałam go zignorować i mimo wszystko zgrzeszyć! Z Natalią spróbowałyśmy dwóch deserowych propozycji: tiramisu (18 zł) i torciku dacquoise przekładanego kremem mascarpone z karmelem, figami i prażonymi orzechami laskowymi, podanego na coulis z opitych wiśni (24 zł). Wnętrze torciku było intrygujące – bardzo dobry krem. Chętnie kupiłabym go w opakowaniu wielkości słoika po Nutelli – nadałby się jako zamiennik na zimowe wieczory 😀 Tiramisu też nie rozczarowało: było lekkie (jak na tiramisu oczywiście 🙂 ) i bardzo estetycznie podane. I o dziwo mój brzuch był później zadowolony, choć wcześniej twierdził, że już nie da rady niczego zmieścić!
Finalna ocena
Na koniec małe podsumowanie, czyli najważniejsze spostrzeżenia w pigułce!
+ bardzo wygodne fotele
+ piękny, elegancki, ale bezpretensjonalny wystrój wnętrza
+ przyjemny, sprzyjający rozmowie klimat miejsca
+ niebanalne, bardzo niecodzienne dodatki do dań głównych! Gratin selerowe to mistrzostwo smaku. Gdyby było serwowane osobno, jako przystawka, zamówiłabym co najmniej trzy!
+ idealnie wypieczony filet z łososia
+ dobre oznaczenie dań dla osób na diecie bezglutenowej
+ sympatyczna i uczynna obsługa. Bardzo rzuca się w oczy to, że wszyscy się uśmiechnięci, a ich postawa mówi “cieszę się, że tutaj pracuję”. To widać i słychać, a to niestety rzadko spotykane nastawienie, także to też spory atut 🙂
+ ciekawe desery! Wyważone w swojej słodkości: nie są nadmiernie przesłodzone i dzięki temu są idealną kropką nad przysłowiowym ‘i’ po kolacji.
– nie chcę napisać, że ceny są wysokie, bo biorąc pod uwagę jakość i sposób podania każdej pozycji, proporcja jest naprawdę dobra. Nie są to jednak ceny na każdą kieszeń – raczej nie dla studentów, ale trzeba uwzględnić fakt, że to eleganckie miejsce, traktujące klienta indywidualnie; wszystko świeże, w stu procentach przyrządzane na miejscu, z najwyższej jakości produktów. Zawsze można skusić się na np. jedną kolację na mieście, zamiast 4 fastfoodów – myślę, że warto! 🙂 Niżej wklejam poglądowo aktualne menu, żebyście mogli zerknąć która pozycja wywołuje u Was ślinotok. Ja na przyszły raz na pewno skuszę się na krem z grillowanej papryki i jabłek z sałatką z cukinii, albo na filet z kurczaka zagrodowego podany na grillowanej cukinii i pietruszce z puree marchwiowym i sosem śmietanowym 🙂 Brzmi dobrze, prawda? Sama siebie torturuję, bo od kilku godzin nic nie jadłam! 😮
Jeśli byliście już kiedyś w tym miejscu – koniecznie dajcie znać co wylądowało na Waszych talerzach! 🙂 Do następnego razu! ♡
Leave a Reply