
13 celów na 26. rok
Mocno wierzę w to, że warto manifestować to, czego pragniemy – to chyba trochę zbieżne z prawem przyciągania: wierzę, że jeśli nie będziemy bali przyznawać się do tego, do czego dążymy, jeśli świat będzie znał nasze potrzeby i plany, trochę łatwiej będzie je zrealizować, bo energia będzie po naszej stronie. Równocześnie jednak jestem wrogiem przedwczesnego chwalenia się czymkolwiek. No wiecie, takim ogłaszaniem: realizuję ten projekt. Kiedy nie ma się jeszcze pewności, nie zna się jeszcze żadnego konkretu i istnieje duże ryzyko, że w ostatniej chwili zgarnie go ktoś inny (lub ktoś pokrzyżuje nam z zazdrości lub zawiści plany).
Postanowiłam zapisać swoje cele na ten kolejny rok tutaj, publicznie na blogu – po pierwsze po to, by mi się nie zgubiły. Żartuję, to naciągany powód. Tak naprawdę lubię mieć takie rzeczy w wersji cyfrowej, to też prawda, ale przede wszystkim wiem, jak bardzo lubię czytać takie wpisy u innych – i że takie listy nieraz inspirowały i mnie. Zostawiam ją więc tu, z nadzieją, że kogoś z was natchnie do stworzenia swojej.
1. Pióro w dłoń (no, albo klawiatura)
Podszkolę swój warsztat pisarski! Marzę o tym by pisać częściej i więcej. Wiąże się z tym jeden duży cel, o którym będę mówić głośno, gdy będę chociaż w połowie pracy – to myśl o czymś, co będzie liczyło sporo stron. Pisanie pracy magisterskiej co prawda trochę ostudziło mój zapał, bo tworzenie kolejnych rozdziałów było (a właściwie wciąż jest) momentami drogą przez małą mękę – nie mam często weny, energii ani czasu. Mam nadzieję, że praca nad własnym, mniej oficjalnym “produktem” przyniesie więcej radości twórczej i satysfakcji. I będzie bardziej frajdą realizowania misji, a nie obowiązkiem odhaczania kolejnych stron, z widmem terminów i zdenerwowanego promotora nad głową.
2. Słuchać więcej podcastów, słuchawki na uszy!
Jestem typem osoby, która nie przepada za długą ciszą, gdy jedzie rowerem, komunikacją miejską, uberem, pociągiem lub samolotem (uporządkowane według częstotliwości, niestety), a zarazem nie lubię dzwonić wtedy do ludzi, by prowadzić długie rozmowy o tym co kto zjadł, co kto ubrał i co myślimy o pogodzie. Podcasty są wówczas wybawieniem – są praktyczne, a przy tym fajne. Uczą, ale nie męczą. Mam do nich ogromną słabość, pewnie dlatego, że jestem fanką rozwojowych tematów, a na kursy lub papierowe ćwiczenia nie zawsze starcza sił (bardzo często nie, jeśli mam być szczera). A podcasty? W przyjemny sposób można dowiedzieć się czegoś ciekawego. Czegoś co mi się przyda. Albo po prostu posłuchać głupot, ale w języku, w którym chcę dotrzeć do płynności – wtedy głupoty są mile widziane, dajcie mi ich więcej! Słuchając podcastów po polsku często denerwują mnie nadmiary prywatnych wątków (powroty rozmówców do wspomnień z imprez, wakacji, znajomych, których przecież nie znamy) i to, że ludzie nagrywają godzinne rozmowy z treścią, którą dałoby się zawrzeć w 15minutowej formie. Dlatego słuchanie angielskich (czy francuskich, bardzo chcę wrócić do tego języka) wydaje mi się często lepszym pomysłem, bo to takie 2w1. Choć Okoniewską oczywiście uwielbiam, ciii.
3. Zainwestować w kursy
Mam właściwie na myśli bardziej inwestycję czasu, niż pieniędzy. Internet jest niesamowitym narzędziem, bo kiedy się chce, można dotrzeć do właściwie każdych materiałów i nauczyć się czegokolwiek – co tylko sobie wymarzymy w choćby najdziwniejszych planach. Ja mam apetyt na kilka technicznych umiejętności i kilka rozwiązań, które mogłyby mi pomóc połączyć miłość do grafiki z lekko informatyczną nutą, której potrzebuję. Właściwie w nadmiarze tych materiałów można utonąć, ale możne dobry plan zadziała jak ratująca przed nadmiarem fal solidna deska. Oby.
4. Usystematyzować Instagram!
O nie, to chyba cel, który ciągnie się za mną od dłuższego czasu. Chciałabym, żeby to konto było czymś więcej niż tylko zbiorem zdjęć i osobistym wizualnym pamiętnikiem. Widzę po sobie, że niekiedy ziewam, eksponując migdałki, których właściwie już nie mam, przeglądając konta np. czysto modowe, na których autorka pokazuje tylko siebie, siebie, siebie, w ubraniach wysłanych przez współpracujące sklepy. Bez większego planu, pokazując po prostu każdy łup barteru. Nie potrzebuję tego jakoś szczególnie w swoim życiu. Bo do czego mnie to zainspiruje? Niestety, w najlepszym wypadku do zakupów. Jeśli łupy będą kuszące, to do powtarzającego się wydawania pieniędzy na coś, czego niekoniecznie potrzebuję. Wciąż śledzę dziewczyny, których styl jest mi bliski, które pokazują ciekawe opcje łączenia klasycznych elementów garderoby – no i te, które mają ociekające pięknem i sztuką fotografie. Ale to nie są konta, na które codziennie wchodzę, to nie są konta, które stają się moimi ulubionymi.
Z czasem wydaje mi się, że szukajmy w sieci trochę innych treści, innego typu myśli. Zdjęcia są super, ale one czasami nie wystarczają, bo każdy z nas chce powoli bardziej żyć swoim życiem, niż wsiąkać w perypetie obcych bloggerek. Ja podchodzę do tego tak – jeśli ktoś realizuje coś, o czym marzę lub przekazuje mi wiedzę: śledzę z zapartym tchem. Oglądając takie konto, czuję, że coś zyskuję. Że jego autor nie ma mnie gdzieś, że chce coś obserwującym powiedzieć i przekazać. A jeśli ktoś tylko popada w samozachwyt, wrzuca swoje selfie z podpisem w formie emoji i prezentuje tylko kolejne kody rabatowe do sklepów, w których jakość pozostawia wiele do życzenia – fajnie to raz na jakiś czas obejrzeć jako formę rozrywki, ale czy nam tego będzie brakować kiedy dana osoba np. zamknie profil? Obawiam się, że niekoniecznie 🙁


5. Przeczytać 40-50 książek
Nie chcę już tego celu zaniedbywać albo zbywać wymówką “nie mam czasu”. Czas mamy na to, na co go przeznaczymy – czasami jest ultratrudno (wiem o tym i rozumiem niechęć tych, którzy pracują po 10-12h), ale zawsze jakoś, choćby bardzo małymi krokami, się da. Książki są ważne. To milczący, papierowi przyjaciele, którzy choć milczą, mają nam sporo do powiedzenia. Chcą nam pokazać świat z innej perspektywy, opowiedzieć historie tych, którzy żyją podobnie do nas – albo wręcz przeciwnie, kompletnie inaczej. Czasami próbują rozwiązać nasze problemy (niektóre poradniki mają realną moc). Gdyby ludzie pojawiali się w naszych życiach ze spoilerami swojej osobowości, jestem pewna, że często zamiast angażować się w jakąś znajomość, wolałabym wybrać książkę. Byłoby bezpieczniej, ciekawiej i lepiej.
Uważam, być może trochę subiektywnie, że kiedy chce się dobrze pisać, absolutnie trzeba czytać. Nie da się ciekawie pisać i rezygnować z czytania tekstów innych. Nie da się pisać swoich produktów i mówić “nie mam czasu zerknąć do książek”. To niepisana zasada: ci, którzy dużo czytają, piszą znacznie lepiej. Nie mówię tego z autopsji, ale obserwuję wielu znajomych i twórców i dotąd się mocno sprawdza.
6. Iść, ciągle iść
W kierunku długodystansowych planów. To trochę jak z oszczędzaniem – gdyby dodatkowo odkładać 20 zł dziennie, wydawałoby się nam, że “e tam, właściwie to nawet nie oszczędzanie, bo oszczędzać to trzeba porządnie, a nie tak małymi sumami”, a jednak po roku ze zdziwieniem byśmy odkryli, że możemy jechać za to dodatkowo np. na rewelacyjnie ciekawe wakacje. A mocno byśmy tego nie odczuli – na pewno znaaacznie mniej, niż gdybyśmy któregoś miesiąca lub dwóch postanowili nagle odłożyć duży procent z wypłaty.
Odkrywam, że tak samo jest z każdym celem.
Widzę już po sobie: 30 minut francuskiego dziennie, codziennie? No przyznam, easier said than done, niełatwo każdego dnia wygospodarować czas, ale właściwie po tygodniu tej rutyny, weszła mi trochę w krew i bardzo ją lubię. Czasami jest ciężko, ale przesłucham te 30 minut nagrań, choćby i w łóżku i już trochę śpiąc przy końcu. A gdyby nie ten nowy zwyczaj, mogłabym znowu przez cały rok mówić sobie “teraz nie mam czasu, ale może po studiach, jak ten obowiązek odpadnie, zapiszę się na intensywny kurs!”
Coś czuję, że czasu wtedy na pewno wbrew pozorom aż tak dużo więcej nie będzie, a szczerze – jestem pewna, że 30 minut dziennie szybciej przybliży mnie do płynności niż 1-2 miesiące intensywnego kursu, zostawiane zawsze na “wakacje”. I mniej to odczuję, bo 30 minut podczas spaceru czy ćwiczeń mija od tak, a kurs to godzina w jedną stronę, godzina w drugą… I całe popołudnie trochę podporządkowane temu jednemu punktowi.
Dlatego wierzę, że jeśli zaczniemy teraz i będziemy codziennie robić choć mini tip-top, to za jakiś czas nawet się nie zorientujemy, kiedy będziemy w czymś dobrzy i będziemy mogli to wykorzystać.
Większość ludzi ma plan “kiedyś będę robiła to, co kocham, będę miała więcej wolnego czasu i będę dużo zarabiała”. O, kto by się pod tym nie podpisał? Tylko, że zawsze się boję, że to nie przyjdzie wcale samo z czasem. To nie będzie tak, że skończymy np. 35 lat, a szef powie “masz już tyle lat, że możesz pracować tylko 5-6 godzin dziennie, trochę zmodyfikuję Twoje obowiązki, żeby były przyjemniejsze, a w dodatku łap ogromną podwyżkę!”
Jeśli każdego dnia nie poświęcimy choćby i 15 minut, żeby odrobinę, nawet o milimetr przybliżyć się do możliwości realizacji tego marzenia, to ono się raczej szybko nie spełni. Choć szczęście i znajomości też są oczywiście ważnymi i pomocnymi faktorami, ale nie można polegać tylko na nich.


7. Mniej przejmować się głupotami
Ostatnio szłam ze statywem na plecach po osiedlu, bo musiałam zrobić zdjęcia produktowe biżuterii. Wizja w głowie? Jest. Obiektyw, który zagwarantuje upragnioną jakość? Jest. Piękny spot? Jest (tyle, że daleko, ale przynajmniej udało się zrobić sporo tysięcy kroków). No i mój pech, obok mojej lokalizacji z pięknie kwitnącymi drzewami, może z kilkanaście metrów dalej, ktoś urządzał sobie w ogródku imprezę.
Co chwilę ktoś podglądał co właściwie robię i krzyczał “no, no, co to będzie za sesyjka” albo “pokaż co Ci tam wychodzi, czy to będzie na fejsbunia?”. No wiadomo, pijani ludzie lubią dużo komentować. Mocno mnie to wytrąciło z rytmu, przez pierwsze 15 minut czekałam na moment, kiedy nikogo nie będzie. Później się rozluźniłam, stwierdziłam “Kasia, czym Ty w ogóle się przejmujesz, olej to”.
I słusznie, zdjęcia od razu poszły lepiej, kiedy zaczęłam mieć to, co dzieje się obok, zupełnie gdzieś i po prostu robiłam swoje, bez względu na to, jak dziwnie mogło to wyglądać z boku (biegałam do statywu i z powrotem, kucałam przy nim, skakałam – miałam konkretny pomysł).
Chciałabym mieć takie nastawienie zawsze i to od początku.
Bo co powinno być dla mnie cenne? To, żeby zdjęcia wyszły jak najlepiej + mój czas. Czekać kilkanaście albo kilkadziesiąt minut, żeby ktoś czasami nie pomyślał sobie czegoś złego? Co mi właściwie po opinii ludzi, których prawdopodobnie nigdy już nie spotkam, a nawet jak spotkam, to prawie na pewno się nie rozpoznamy i nie skojarzymy faktów?
Niech sobie myślą, że robię głupie zdjęcia na Facebooka – ja wiem, że to nie jest prawda. A nawet gdybym robiła? To też miałabym do tego całkowite prawo. Jedni imprezują i piją nad grillem, drudzy robią zdjęcia i skaczą. Każdy robi to, co wydaje mu się słuszne i nikomu nic do tego (amen).
Co ciekawe: za granicą nie mam żadnych skrupułów, żeby gdzieś położyć telefon albo aparat i zrobić sobie zdjęcie. Nawet, gdy słyszę “she’s a stupid blogger, for sure”. Wtedy mam nastawienie “to będzie ciekawy kadr, nikt mi nie odbierze radości jego robienia”.
To pewnie kwestia naszej mentalności i przyzwyczajenia do tego, że w Polsce lubimy komentować – wszystko i wszystkich. I dlatego, że sami lubimy komentować, boimy się też komentarzy innych. Tutaj przytoczyłam może mało poważny przykład z robieniem zdjęć, ale to rzutuje też na inne, być może istotniejsze sfery życia.
Także cel: robić swoje. Zawsze.
8. Przełamać się i wrzucać więcej stories
Jak to śpiewała kiedyś jakaś popowa piosenkarka “jak ktokolwiek ma nauczyć się Twojej piosenki, kiedy boisz się ją zaśpiewać?”
Więcej stories = większa szansa, że ci, którym Twój content nie pasuje, odejdą. Ale też większa szansa, że przyjdą ci, którzy właśnie tego szukają.
Z drugiej strony, to duże postanowienie, bo jestem naprawdę kiepska we wrzucaniu na bieżąco stories z tego, co akurat robię. Mój mózg potrafi skupić się na tylko jeden rzeczy w danym momencie, więc finalnie zapominam o dodaniu stories, bo za mocno koncentruję się na swoich zadaniach.
9. Więcej podróżować
O, to się chyba też odrobinę łączy z poprzednim punktem, bo podróż dostarcza wiele ciekawych tematów do dzielenia się. Ja trzymam się kurczowo myśli, że świat jest zbyt ogromny, różnorodny i zaskakujący, by tkwić w jednym miejscu i nie chcieć go odkryć, zobaczyć, spróbować. Podróżowanie dostarcza miliarda emocji, które trudno poczuć w innych okolicznościach. W tym 26.roku (choć prawdopodobnie już po 2021), chciałabym w końcu zahaczyć też o Azję, by przyjrzeć się temu jak bardzo różni się od Europy. Wiem, że jest skrajnie niezwykła – ale jednak czytać o niej, to coś innego, niż widzieć to wszystko na własne oczy.
10. Lepiej zarządzać $
Generalnie wydaje mi się, że jestem całkiem niezła w oszczędzaniu, ale wciąż pracuję nad długofalową równowagą pomiędzy oszczędzaniem, a dogadzaniem sobie. Tak, żeby to zawsze było pełne jakiejś życiowej harmonii. No i wciąż zagłębiam też temat podnoszenia stawek za swoje usługi i generalnie wyceniania swojej pracy. To work in progress, ale równocześnie bardzo ciekawy wątek.
11. Świadomiej kupować – mniej i lepiej
Kiedyś, chyba jeszcze w podstawówce, dostałam kartkę urodzinową z życzeniami:
“Miej mało materialnych pragnień – to Cię uszczęśliwi, miej mało przyjaciół – niech będą prawdziwi”.
I szczerze, wtedy moja jedenastoletnia głowa pomyślała “ale bullshit, ktoś życzy mi niewielu przyjaciół? Niefajne życzenia, przepisane z jakiejś głupiej książki”.
Kilkanaście lat później już wiem, że te życzenia były bardzo trafne, a książka absolutnie niegłupia.
Moje grono osób, z którymi jestem relacyjnie blisko jest bardzo małe – ale dzięki temu mam więcej czasu na tych, którzy naprawdę się dla mnie liczą. I to mnie realnie uszczęśliwia.Minimalizm sprawdza się nieźle prawie wszędzie – mniej bardzo często znaczy lepiej, bo przy nadmiarze, trudno ogarnąć tę liczbę i zwracać na wszystko odpowiednią uwagę.
Kiedyś sporo kupowałam – a te rzeczy zbudowały szafę rzeczy, z których większość czeka na konkretną okazję, jest mi za mała albo właściwie “wcale aż tak mi się nie podoba”. I kiedy szukam rano konkretnych rzeczy, mój wybór nigdy nie pada na nie, bo: albo są niewygodne, albo niepraktyczne (no bluzka z gigadekoltem albo koronkowa minisukienka nie sprawdzi się podczas telekonferencji z kobietami) albo są ze sztucznego materiału, który drażni skórę i nie wytrzymam w nich 8h. Kiedy szukam ubrań na randkę albo spotkanie w mieście – większość odpada, bo albo sprawia, że czuję się niekomfortowo (patrz: prawie wszystkie kopertowe bluzki, które w znanych tylko sobie momentach się otwierają i eksponują za duży fragment dekoltu, brzucha albo pleców) albo po prostu się nie nadają (są niepraktyczne, bo albo prześwitują albo są niewygodne).
Patrząc na ten zbiór ubrań, dochodzę po latach do wniosku, że już za dobrze wiem w czym czuję się najlepiej i jakie rzeczy sobie cenię. Zawsze sięgam po te same lub podobne kolory, wzory, kroje. I one się zawsze sprawdzają i sprawiają, że czuję się realnie dobrze i nie martwię się niepotrzebnie takimi głupotami jak: prześwitujący poliester, długość sukienki/spódniczki, która odsłania pośladki przy jakimkolwiek ruchu itp.
Fajnie mieć w szafie rzeczy na każdą ewentualność (randkę z Bradem Pittem, gdyby któregoś dnia przyleciał do Polski, rozmowę kwalifikacyjną, negocjacje z kluczowym klientem, szalony wieczór panieński przyjaciółki), ale jest wiele rzeczy, które nadają się na wszystkie wymienione sytuacje. Dlatego stwierdzam: jak fajnie byłoby otwierać szafę i widzieć 20-25 sukienek, w której w każdej czuję się bardzo dobrze, każda jest wygodna, kobieca i wystarczy w zależności od sytuacji włożyć szpilki, sandałki albo trampki i już, ready. Zamiast przeglądać 50 i mówić “ta nie”, “ta na pewno nie”, “ta jeszcze sobie poczeka na inną okazję”i w efekcie nie dostrzegać do końca tych ulubionych, bo zasłaniają je te, których wcale nie lubię i których chętnie nie noszę.
Uwielbiam sukienki z wiskozy/bawełny, koszule i krótkie bluzki, które nadają się do spódnic z wysokim stanem. I spodnie, które są wygodne, nie wywołują myśli “goood, kiedy będę mogła je ściągnąć”. Dlatego pozbywam się większości grubych jeansów, które leżą jakby były zakładane na gorąco. W gimnazjum kochałam ten typ jeansów, później odkryłam, że ta męka nie jest tego warta.
W ogóle nie warto mieć w szafie rzeczy, których wcale nie lubimy.
Tak samo z resztą z gronem znajomych.


12. Pozwalać sobie być szczęśliwą
Niby jestem ekspertką od małych przyjemności (naprawdę, poranna owsianka z owocami, łyżka masła orzechowego, aromatyczne espresso, sałatka w przerwie od pracy, wieczorny spacer, odcinek ulubionego podcastu – doceniam to nad życie i staram się delektować tym tak, jakby to nie było oczywiste – żeby nie zapomnieć, że realnie wcale NIE JEST i to zawsze w jakimś stopniu magiczny przywilej). Ale jednak często, kiedy coś idzie po mojej myśli, część mnie mówi “ale to nie będzie trwało wiecznie, naciesz się tym”, no i w ten sposób sabotuję własne szczęście. Podczas wakacji nieraz dopada mnie myśl “naciesz się, bo wrócisz i będzie trzeba przykręcić śruby”. Te myśli w niczym nie pomagają. Ten typ myślenia wyniosłam z domu, moja babcia – wspaniała kobieta, kocham ją nad życie, ale akurat tej jednej teorii nie popieram – mówi zawsze “życie tak szybko przelatuje, za chwilę będzie ciężej, będzie więcej pracy, będzie kryzys, będzie nieprzyjemnie, będzie trzeba się wszystkiemu podporządkować, za chwilę będzie jeszcze więcej obowiązków i nie będzie, że nie ma siły, zawsze trzeba się nad życie poświęcać pracy i innym”. I szczerze mówiąc, to nie do końca pokrywa się z jej życiem, to po prostu ubrany w słowa pesymizm i wzbudzanie w innych niepokoju. A, że ja to słyszałam od dziecka, ten niepokój, czy tego chcę, czy nie, gdzieś tam wykiełkował i się zagościł.
Niepokój, że za chwilę stracę “wolność”, stracę pracę, prawo wyborów albo swój ulubiony rytm dnia. Nienawidzę, kiedy to słyszę, bo wiem, że to wszystko jest w moich rękach, a ja nie jestem kawałkiem liścia, żeby unosić się na wodzie i płynąć bez oporu z prądem, pozwalać by ktoś przejmował stery za mnie.
To ode mnie zależy czemu i komu będę dedykować swój czas i energię.
Chcę się wyzbyć tej myśli, że nie mogę cieszyć się chwilą, bo za moment będzie ciężko i źle. To nieprawda.
Denerwuje mnie takie narzekanie i straszenie innych – jak będę miała umiejętności, doświadczenie + poduszkę finansową, to mam życie w swoich rękach.
Ja to wiem, ale moja podświadomość za dobrze zarejestrowała słowa, które słyszałam i słyszę tak często. Kiedyś nawet rozważałam terapię (z coachem albo psychoterapeutą), żeby wymazać to słyszane przez lata przeświadczenie. Ostatecznie zdecydowałam się jednak pracować nad nim sama – w tym roku chcę to zintensyfikować i nie pozwolić temu lękowi istnieć.
13. Lepiej jeść.
Znacie moje zdanie – zdrowe i dobre jedzenie to najlepsza inwestycja w siebie, tuż obok poważnego traktowania spania co najmniej 7h. Oszczędzanie na zdrowym jedzeniu teraz = konieczność wydawania większych pieniędzy na leczenie później + krótsza możliwość cieszenia się zdolnością do pracy i odkrywania świata. Jak dla mnie – kompletnie nieopłacalne. Wiele warzyw kojarzy się dosyć słabo, bo nie wiemy jak pysznie można je przyrządzić. A serio, mogą być uzależniająco smaczne. Wytworzyłam w sobie dużą przyjemność z jedzenia rzeczy, które mi służą – kocham jarmuż, cieciorkę, brokuły, kalafior, sałaty + właściwie wszystkie owoce. Z tego się maksymalnie cieszę, bo dzięki temu wykreślenie fast foodów i cukru idzie mi stosunkowo łatwo, ale wciąż muszę popracować nad nawykami, takim zrobieniem rutyny z tego, żeby codziennie jeść 4-5 posiłków, a nie 2 (czasami jem śniadanie i obiad, a o reszcie zapominam, co wcale nie przekłada się na lepszą sylwetkę, bo wówczas podjadam masło orzechowe). No i chciałabym zminimalizować sól, która choć sprawia, że każda zupa-krem nadaje się do wcinania całymi miskami, szkodzi na wiele, wiele rzeczy.
Spisane – teraz nic, tylko realizować. Małymi krokami, ale do celu – no i byleby bez zadyszki, bo ona bardzo zniechęca (wiem po swoim pierwszym podejściu do biegania, ha ha). A jak Wy pochodzicie do kwestii kolejnego roku życia? Spisujecie swoje cele czy wolicie mieć je w głowie i wymyślać spontanicznie i na bieżąco? Chętnie posłucham!
. M o g ą C i ę t e ż z a i n t e r e s o w a ć :
Leave a Reply