
Pudełko kosmetycznych ciekawostek: Beglossy New Beggining
Słyszę już tupot ich stóp, które choć wciąż niewielkie, przez minioną zimę zdążyły sporo urosnąć. Najwyraźniej przyodziały botki z dodającym im kilku centymetrów obcasie, bo tupot zdaje się znacznie głośniejszy, niż zeszłorocznego przedwiośnia. Tym razem ich nadejście zamiast napływu szczerego entuzjazmu, budzi we mnie też niepokój – przecież już nie będę nieśmiało przybliżać się do połowy wieku, tylko oficjalnie go osiągnę! 😮 25 urodziny nieubłaganie nadciągają, a wraz z nimi słyszane wielokrotnie groźby, że teraz zmarszczki zaczną pojawiać się już nie tylko podczas niepohamowanego śmiechu z nieprzyzwoicie zabawnych memów, a zostaną ze mną na zawsze. Nie, nie, takiego towarzystwa to ja chyba nie chcę! Trochę wystraszona przepowiedniami, postanowiłam zagłębić się nieco w tematykę kosmetycznej prewencji – wiecie, że pod względem specyfików do twarzy jestem trochę nudziarą, bo najczęściej sięgam po te same, sprawdzone już produkty, ALE nowy rok, nowa ja (to nic, że mówię to z dwumiesięcznym opóźnieniem, prawda?!), więc najwyraźniej muszę otworzyć się na testowanie nowości. Otwieram się więc, bo a nóż odnajdę wśród nich kolejnych wiernych sprzymierzeńców? Tutaj z pomocą przyszedł mi box subskrypcyjny Beglossy – miesięczny cykl wysyłkowy, w ramach którego kurier przynosi do drzwi pudełko – niespodziankę. Dopiero po uniesieniu wieczka dowiadujemy się, jakie produkty znalazły schronienie we wnętrzu tego estetycznie łechcącego oko opakowania. Mam ich już kilka z zeszłego roku (wtedy też rozpoczynałam projekt otwierania się na nowości) i snuję już w głowie niecny plan, żeby po uzbieraniu dziesięciu przemalować je na złoto i postawić na komodzie. Widzę to! A tymczasem chodźcie, pokażę wam co odnalazłam w środku 😉
Styczniowe pudełko pomieściło aż 6 kosmetyków – trzy pełnej wielkości, trzy w wersji “turystycznej” – a raczej “degustacyjnej”. Gdyby zsumować wartość ich wszystkich na wolnym rynku, wyszłoby ok. 108 złotych, pudełko natomiast można kupić za 39-49 złotych (cena różni się w zależności od wybranej długości subskrypcji). Wydaje mi się, że to rozsądna proporcja – w końcu, gdyby nie box, po niektóre z tych produktów być może nigdy byśmy nie sięgnęli, bo na przykład nie odpowiadają typowi naszej skóry lub zawierają składnik, której po prostu nie lubi.
TOŁPA – Dermo Face, Physio, Tonik-serum 2w1 //
Niestety nakrętka toniku musiała obluzować się podczas transportu, bo znaczna część buteleczki zdołała z niej uciec. Pozostała zawartość wystarczyła mi na dwa użycia – niewiele i stanowczo za mało, żeby wypowiadać się o jej właściwościach pielęgnacyjnych, natomiast z efektów zauważalnych od razu: owy tonik-serum jest bardzo łagodny i ma dobry skład, nie podrażnił mojej skóry, choć wielu tonikom się to zdarza. Bezzapachowy, delikatny – tyle mogę o nim powiedzieć po tej krótkiej znajomości.
1-minutowa maseczka NIVEA z linii Urban Skin Detox //
W pudełkach znajdują się dwa, losowo przydzielone warianty – maseczka głęboko oczyszczająca lub intensywnie nawilżająca. Mojej skórze bliższa byłaby pewnie ta druga, ale przydział uznał, że przyda mi się jednak głębsze oczyszczenie. Producent mówi, że ta opcja sprzyja zwłaszcza mieszkankom dużych miast, w których poziom smogu przewyższa normy – no cóż, to chyba niestety o Poznaniu 🙁
TOŁPA – Dermo Face, Physio, Płyn micelarny w chusteczce do oczyszczania twarzy i oczu //
To zdecydowanie jeden z poważniejszych objawów starości – moja pamięć z trudem przywołuje już czasy, kiedy wracałam do domu nad ranem i nie miałam siły na demakijaż. Problem magicznie wyparował, bo:
- coraz częściej zdarzają się dni, kiedy się nie maluję (na razie dwa w tygodniu, ale w sumie czuję się bez makijażu znacznie swobodniej, niż kiedyś, więc może zmaksymalizuję ten czas)
- let’s face the truth: jeśli zarywam noc, to zazwyczaj nie ze znajomymi i winem, a z laptopem i herbatą, a łazienkę mam tuż obok, więc demakijaż nie jest już wyzwaniem
Może i lepiej, że czasami atakuje mnie skleroza, bo inaczej wypominałabym sobie właśnie te archiwalne noce, kiedy zmęczona długością dnia, szłam spać bez zmycia makijażu… Może nie było ich tak wiele, ale były – a sen w pełnym kamuflażu to chyba najgorsze, co możemy skórze zrobić. Wystarczy, że trzymamy te mieszanki najdziwniejszych konserwantów i podejrzanych składników na twarzy średnio 8-10 godzin, a tutaj jeszcze kolejne 8 podczas nocy?! Gdyby skóra potrafiła mówić, wydałaby pewnie cichy jęk bólu. No i tutaj pojawia się żal, że za czasów mojej nastoletniej młodości (nie jestem pewna czy to brzmi adekwatnie do mojego wieku, haha!) nie miałam pod ręką takich chusteczek do oczyszczania twarzy i oczu, jak ta Tołpy 😉 W domu wiadomo – lepiej zmyć makijaż płynem micelarnym, olejkiem, albo łagodnym tonikiem, ale podczas podróży albo wyjazdu takie chusteczki to skarb. Moje oczy się z nimi polubiły, co w sumie mnie zaskoczyło, bo od niedawna szczypią po kontakcie ze wszystkim, co nie jest płynem micelarnym 😮
NATURA BOX – Żel pod prysznic Awokado //
Poznałam tę markę w grudniu minionego roku – najpierw podałam sobie dłoń z jej szamponem z tłoczonym na zimno olejem z avocado. Czy się polubiliśmy? I tak i nie – poza uśmiechem, nie było miejsca na większe czułości, bo szampon, choć przyjemnie się pieniący i o ładnym zapachu, nie zregenerował moich włosów ani nie ułatwił rozczesywania. Większego blasku też nie zauważyłam. Z pielęgnacją ciała jest nieco łatwiej, bo oczekiwania są tutaj odrobinę niższe, no i zgoła inne. Tutaj muszę ponowić komplement – bardzo ładnie pachnie. Olej z avocado niestety nie plasuje się na wysokim miejscu wśród gości składu, raczej stoi smutno na samym końcu kolejki. Trochę szkoda, bo gdyby było go więcej, wykazywałby się pewnie bardziej odżywczym działaniem 😉 Natomiast duży plus za to, że nie zawiera parabenów i sztucznych barwników!
PANTENE – Odżywka Hair Superfood 3 Minute Miracle //
Nie chcę tak szybko faworyzować, ale raz sobie na to pozwolę – to mój ulubieniec spośród wszystkich elementów boxa. Nie jestem nigdy przekonana do odżywek z drogerii, ale tym razem obietnice producenta pokryły się z oczekiwaniami – odżywka ładnie wygładziła moje włosy i sprawiła, że są odrobinę bardziej miękkie w dotyku. Nie wiem czy to już “miracle” – raczej nie, bo do tafli wciąż im daleko, ale urozmaicenie pielęgnacji na pewno 😉 Ciągle nieco przybija mnie świadomość, że za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że kondycja mojej czupryny się poprawiła, zerkam na zdjęcia sprzed roku i widzę, że jednak nie do końca… Pielęgnacja włosów przypomina walkę z wiatrakami, szczególnie w przypadku włosów wysokoporowatych, takich jak moje – no ale wciąż wierzę w to, że tę walkę da się wygrać z cieszącym oko rezultatem 😀
Bielenda Professional SupremeLab – Krem normalizujący do twarzy //
Nasza znajomość jest na razie krótka i mało intensywna, więc przytoczę wam słowa producenta:
- Przeznaczenie: skóra trądzikowa, z tendencją do łojotoku albo profilaktyka trądziku
- Składniki aktywne: reti power – dwie postacie retinolu. Kwas salicylowy, azelainowy, migdałowy, laktobiotynowy i Niacynamid.
Patrząc na ten team, wydaje mi się, że to może być mocny zawodnik w walce z niedoskonałościami – jak na krem z nieaptecznej półki, zaskakuje mnogością aktywnych substancji. I to niektórych naprawdę mocnych 😮 Jeszcze zbyt odważnie po niego nie sięgam, bo na ten moment jestem w trakcie kuracji dietą – staram się zdrowiej jeść (może nie tyle zdrowiej, bo bogaciej w wartości odżywcze) i jestem ciekawa jak ta zmiana wpłynie na moją cerę, więc nie chcę mieszać różnych metod 😉
Co najzabawniejsze, w momencie pisania ostatniego zdania, zapukał do mnie kurier z kolejnym, lutowym pudełkiem. To się nazywa timing! Na razie nie zaglądam do środka, ale były dołączone do niego dwie puszki nowego smaku coli… Nie piłam jej już chyba dobre dwa lata (ostatni raz podczas grypy żołądkowej, bo zawsze wydaje mi się, że pomaga, don’t judge me 😀 ) i chociaż postanowiłam sobie, że po nią już nie sięgnę (no bo zdrowsza dieta, wierność wodzie mineralnej i herbacie :< ), chyba domyślacie się jak to się skończyło – zmierzam właśnie kursorem w kierunku “publikuj”… Z otwartą puszką w lewej dłoni. Tak bardzo guilty pleasure.
Leave a Reply