
Za co kocham jazdę na rowerze.
Piątkowe popołudnie. Na nogach już niecałkiem białe adidasy, w uszach słuchawki, które wciąż nie są jeszcze Airpodsami, a pod pośladkami wygodne siodełko roweru. Podobno dobre wspomnienia trzeba przetwarzać i celowo zapamiętywać – przypomniała mi o tym ostatnio Frassy Audrey, dzieląc się swoimi szczęśliwymi pocztówkami znad oceanu: spokojna woda, ona i luksusowy hotel, wybrzeże jak z filmów z bilionowym budżetem. Przy jednej z nich napisała: uwieczniam ten moment, żeby o nim pamiętać, gdy dopadną mnie smutne wieczory.
Te wielkie, spektakularne momenty zasługują na uwiecznienie, niezaprzeczalnie. Diva moments. Miejsca i okazje, które są tak zjawiskowe, że aż nierealne. Ale te mniejsze też – to myśl, która kiełkuje mi w głowie, gdy zjeżdżam windą z 10 piętra. Takie popołudnie jak dziś, z dzisiejszej perspektywy nie wydaje się niczym specjalnym – ot, jeszcze przyzwoicie ciepła 18:30, wygodny rower, którego długo szukałam, więc nic dziwnego, że jest komfortowy, standardowa trasa.
Ale zimą? Zimą będę tęskniła za tym wiatrem we włosach. Za możliwością przejażdżki. Za popołudniem takim jak t e n. Dziś zwyczajny, niedługo utęskniony.
Co tak zwyczajnie nadzwyczajnego jest w jeździe rowerem, skąd ta pewność, że pojawi się tęsknota? Nie mogę zamknąć oczu, by to przemyśleć – safety first – ale i tak widzę przed sobą argumenty. Napisane boldem. Mocne i grube, jak font Impact dostępny z poziomu WordPressowego edytora.
Jazda na rowerze to jedyny sport, który mnie nie męczy
Niemalże – no bo spacerowania i żonglowania wymówkami nie liczę.
Jazda na rowerze spala kalorie (rzekomo gdy jedziemy ze średnią prędkością ok. 20 km/h, przez godzinę możemy spalić około 400 kilokalorii. Not bad!), a więc oficjalnie mogę nazwać ją treningiem, ale nie przyprawia o zakwasy, zadyszkę i poczucie przytłoczenia wysiłkiem. Nie chcę brzmieć jak ktoś kto nienawidzi się męczyć – nie aż tak, dwa lata chodziłam na siłownię, co gorsza miałam też taki okres w swoim życiu, że dźwigałam sztangę i próbowałam dojść do całkiem wysokich ciężarów. Dziś trochę przepraszam za to kręgosłup, who knew – ale nie lubię sportów, do których muszę się zmuszać.
Nie lubię już chodzić gdzieś (na przykład na tą nieszczęsną siłownię), tylko po to, żeby odhaczyć dzisiejszy trening. Wolę gdy sport spełnia jeszcze jakąś inną rolę – na przykład jest realnie przyjemny. Na siłowni zawsze patrzyłam na zegarek: jeszcze tylko 30 powtórzeń, jeszcze tylko 10 minut na tej maszynie, jeszcze tylko…
Na rowerze jest zaskakująco inaczej.
Na rowerze czas płynie zaskakująco szybko
Pyk, ciekawy podcast i surprise, surprise – nagle okazuje się, że jadę już godzinę.
Szczęśliwi czasu nie liczą – kiedyś nie rozumiałam tego przysłowia, dziś już tak. Gdy czegoś nie lubimy: patrzymy ile jeszcze zostało, wyczekujemy wolności, momentu odhaczenia, mamy ochotę, by już było po.
Tak jest z pracą, ze związkami, ze znajomymi, ze sportem… A jeśli czas jest naszym najcenniejszym zasobem, to właściwie po co spędzać go marząc by było już później?
Na rowerze wystarczy mi dobra muzyka, podcast którejś z ulubionych twórczyń, albo bez słuchawek: rozkmina, którą snuję we własnej głowie. Tyle wystarczy, by przejechać kilkadziesiąt kilometrów, napędzanych siłą łydek.
Jazdę na rowerze uznaję częściowo za medytację
Czy ze wszystkiego muszę robić 2w1, a często nawet 3w1? No cóż, haha, tak. Jeśli coś lubię, zwykle tak się dzieje.
Mój facet jest moim facetem, a przy tym moim najlepszym przyjacielem i też trochę partnerem in crime w biznesowych działaniach. Moje ulubione sałatki (choć ostatnio mniej czasu by je robić)? Cholernie smaczne, ale przy tym 11/10 pod względem wartości odżywczych. Praca etatowa? Temat, którym interesowałam się od zawsze, połączony z moim marketingowym backgroundem.
Także gdyby to bardziej przeanalizować to właśnie tak jest: rzeczy (i osoby), które kocham, nie są dla mnie jednowymiarowe i nie grają tylko jednej sztywno wyznaczonej roli.
I tak właśnie stało się też z rowerem: okazało się, że potrafi być sportem, wyciszeniem i relaksem. No i często też czasem nauki (podcasty rządzą!) albo przemyśleń.
Szczerze? Kiedy jadę na rowerze nie martwię się bieżącymi sprawami. Nie mam w dłoni telefonu by kultywować nałóg scrollowania Instagrama. I to potrzebna, bezcenna ucieczka. Bardzo bliska medytacji. A może właściwie całkowicie pełnoprawna medytacja?
PS. Uprzedzając pytania: udało mi się odnaleźć wymarzony rower! Jakiś czas temu żaliłam się – pół żartem, pół serio – że na rynku nie ma roweru, który wymarzyłam sobie zeszłej zimy (gdy przypadkiem zobaczyłam zaparkowany na cytadeli model). Wszystkie zdjęcia wyżej powstały już z moją nową białą strzałą!
Cały biały rower? Wyzwanie, ogromne. Szczególnie, że mój tata i P nie pozwoliliby mi kupić 20kilowego miejskiego ze słabymi parametrami, więc mając w sercu ich porady, musiałam kilka pasujących mi wizualnie modeli skreślić – były za ciężkie, nie z tego materiału, nie miały szans na posłużenie mi kilka sezonów.
Ale w końcu się udało. I jest. Wymarzony, biały, nawiązujący nieco do klimatu vintage. Z tego miejsca pozdrowienia dla German Rowery – gdybym od razu o nich pomyślała, zaoszczędziłabym z 60 godzin. Ale puśćmy je w niepamięć, bo dziś już trochę porozmawialiśmy sobie o czasie!
Życzę sobie i Wam jak najwięcej popołudni z wiatrem we włosach – tym jeszcze całkiem ciepłym wiatrem. Rower to ŻYCIE, a powody do wielbienia go jest znacznie więcej niż te dziś wypisane. Pozwólcie, że przemyślę je na kolejnej przejażdżce! 😀
Leave a Reply