Motywacja i inspiracja, Przemyślenia, Życiowe

Jak porzucić romantyczność oraz wrażliwość i przestawić się na zimny realizm?

Okej, kiedy tak patrzę na tytuł, który nadałam temu wpisowi, wiem, że jest zdecydowanie za długi. Powinien być pewnie krótki i chwytliwy. Gdyby mój wykładowca od copywritingu go zobaczył, rzuciłby mi mordercze spojrzenie i użył niecenzuralnego przekleństwa, żeby podsumować mój wybór. Ale szczerze mówiąc, jedyna alternatywna i krótsza wersja, która przychodzi mi w tym momencie do głowy, brzmi „jak przestać być sobą?”. Albo ma się skłonność do wrażliwości i wiary w głębszy wymiar świata, albo nie. Albo wierzy się w to, że wszystko dzieje się po coś, a miłość istnieje i nie jest tylko racjonalnym wyborem i dostosowaniem się do norm społecznych, albo nie. Niemniej jednak, wszyscy uparcie twierdzą, że pierwsze podejście nie sprawia, że życie jest usłane różami – wręcz przeciwnie, utrudnia je i sprawia, że jesteśmy mniej racjonalni, mniej biznesowi, mniej nastawieni na zysk i mniej zadowoleni z codzienności, bo za dużo marzymy, myślimy i rozkminiamy.

Ten temat od dawna chodził mi po głowie, jednak kompletnie nie wiedziałam jak go ugryźć. Napisałam pierwszy akapit, wyłączyłam laptopa i wyruszyłam na rower. Rundka po pobliskich osiedlach, ze słuchawkami i ulubionym podcastem w uszach – jak co wieczór. Prawie ta sama trasa co codziennie. Nie wiem ile kilometrów wykręciłam, bo postanowiłam olać wszechobecny trend i odinstalować Endomondo. I don’t care. Liczby mnie stresują, napędzają i motywują, a jazda na rowerze jest aktualnie jedną z moich jedynych metod relaksacji – nie chcę narzucać sobie tempa i wyników, które powinnam uzyskać, aby być lepsza niż wczoraj – chcę po prostu jechać, czuć wiatr we włosach, odsłuchać kolejny odcinek mojej ulubionej bloggerki i wrócić do domu zrelaksowana i lżejsza. Psychicznie lżejsza, bo fizycznie nie chcę już chudnąć (rzadki stan, wiem, haha!)

Kiedy słucham nagrań po angielsku, koncentruję się na każdym słowie – no wircie, żeby przypadkowo nie przekręcić kontekstu i nie zinterpretować czegoś zupełnie inaczej, niż według zamysłu autorki. No więc mknęłam sobie drogą, całkowicie zasłuchana, kompletnie w swoim świecie (ale nie musicie się o mnie martwić, nawet w tym stanie jeżdżę ostrożnie, omijam słupy, drzewa i samochody 😀 ), aż nagle przede mną, a raczej obok mnie pojawił się biegnący brodacz.  Biegł w przeciwnym kierunku. I nie, nie brodacz-sznaucer, tylko mężczyzna z brodą. Podejrzanie znajoma twarz. Bardzo przystojny, przynajmniej tak mój mózg ocenił go przez te trzydzieści nanosekund, przez które go widziałam. Uśmiechnął się do mnie. To był uśmiech znajomego- typowy uśmiech, który posyła się komuś, kogo się już zna i lubi, naprawdę! Nie wiem czy go odwzajemniłam, bo nie zwolniłam, nie zdążyłam, w moich uszach wciąż głośno rozbrzmiewał podcast. Obejrzałam się za siebie. Brodacz odwrócił się w tej samej sekundzie. Widziałam, że się uśmiecha i coś mówi. Coś krótkiego – może to było „cześć” ? Niestety, jestem krótkowidzem, a mój rower wciąż mknął przed siebie i dystans między nami się powiększał. Po chwili, może kilku sekundach coś kazało mi jednak ponownie się za siebie obejrzeć. No wiecie, tak żeby zobaczyć czy on też się za mną ogląda. I znowu odwróciliśmy się w tej samej sekundzie. I tak jeszcze trzy razy. No a później moja wada wzroku nie pozwoliła mi już sprawdzić czy wciąż biegnie odwracając co chwilę głowę do tyłu, żeby na mnie spojrzeć.

To ja byłam na rowerze, a więc byłam szybsza – pluję sobie w twarz, bo było trzeba zawrócić i sprawdzić co mówił. Kobiety NIE mają podzielnej uwagi – i szczerze mówiąc, moja funkcja trzeźwego myślenia była przez rozbrzmiewający mi w uszach głos Lavendaire trochę zaburzona.

Przez resztę trasy zastanawiałam się kto to był. Dlaczego się do mnie tak bardzo uśmiechał i co mówił. Podcast wciąż leciał, ale miałam wrażenie, że jest znacznie cichszy i rozbrzmiewa w tle. W ogóle go już nie słuchałam. Może gdybym odwzajemniła ten uśmiech i zwolniła, poznałabym kogoś, kogo powinnam poznać? Może to był ktoś znajomy? Naprawdę miałam wrażenie, że już gdzieś tę twarz widziałam. Ale równocześnie jestem prawie pewna, że to nikt z mojego bliskiego grona, bo raczej szybko rozpoznaję ludzi. Może przeznaczenie wrzuciło go na tę drogę i mieliśmy się spotkać i porozmawiać, on próbował, ale ja jak zwykle pokrzyżowałam losowi plany. Może, może. Nigdy się już nie dowiem. Wracałam tą samą drogą z nadzieją, że tym razem będę odważniejsza (i wolniejsza!), przyglądałam się każdej majaczącej na horyzoncie sylwetce, ale uśmiechający się brodacz zniknął na dobre. Z resztą nic dziwnego, wracałam ponad godzinę później.

Wróciłam do siebie, odstawiłam rower, wciąż ze słuchawkami owiniętymi wokół szyi, choć słuchanie słów Lavendaire dawno sobie odpuściłam, ale kiedy wyciągałam sprzęt z uszu, powiedziała „The universe conspires for you. You regret what you don’t do. When you don’t chase what you want, you waste the possibility and the potiental. When you want something, somehow it is meant to be yours, so do not give up and settle for less.”

Nie mam pojęcia o czym mówiła wcześniej. Odcinek był poświęcony jej osobistej historii, z której niewiele zrozumiałam, bo od dziesiątej minuty nagrania już jej nie słuchałam. Ale te ostatnie słowa mocno dały mi do myślenia i doszukiwałam się w nich odpowiedzi na to, czego właśnie byłam świadkiem.

Bo wiecie – i ja też wiem – to nie było nic niezwykłego ani niecodziennego. Często kiedy tak sobie jeżdżę – albo z głową w chmurach (ale tego chyba nie widać), albo zasłuchana w e-booku/podcaście, faceci się do mnie uśmiechają. To chyba naturalne i reagują tak na każdą mijaną po drodze dziewczynę na rowerze. Czasami odwzajemniam uśmiech, czasami nie i to nic nie znaczy – ani dla mnie, ani dla nich (przynajmniej tak myślę?), ale tym razem ten uśmiech był… Inny. No i ten fakt, że znałam tę twarz, ale nie potrafię jej przypasować do nikogo, kogo znam z imienia i nazwiska. I kolejny fakt, że ta twarz postanowiła się do mnie odezwać. I nie mam najmniejszego pojęcia jakim słowem. A ten uśmiech zapadł mi w pamięci i niestety został tam dłużej, niż powinien.

Po powrocie z tej rowerowej przejażdżki chciałam dokończyć pisanie tego artykułu. Plan był taki – wrócę, zaparzę sobie kawę, albo za mocną herbatę i usiądę przy klawiaturze. Będę przy niej siedziała tak długo, aż nie stworzę rzeczowego wpisu, w którym doradzę tym z was, które też mają skłonność do przesadnej romantyczności, jak wyleczyć się z wrażliwości. No bo pewnie się da. Słyszałam kiedyś o kilku technikach i sposobach. Powinnam je tutaj przytoczyć. Chciałam siedzieć przed ekranem choćby i do drugiej w nocy i napisać coś sensownego. Jak zostać zimną suką, porzucić marzenia bardzo romantycznej rzeczywistości i wyprzeć się wrażliwości. Jak zakopać ją w ogródku albo utopić w lampce wina. I jakie wino najlepiej do tego celu wybrać. Kraj, rok, gatunek.

Ale szczerze? Wieczorna sytuacja uświadomiła mi, że nie powinnam o tym pisać. Nie jestem osobą, która mogłaby komukolwiek udzielać takich rad. Z resztą potajemnie wierzę w to, że choć wrażliwość i wiara w istnienie przeznaczenia i innych rzeczy, w które nie wierzą niewrażliwi i nieromantyczni ludzie, czasami utrudnia życie – na dłuższą metę je ułatwia. I nadaje mu sens. Bo wrażliwi ludzie widzą więcej, czują więcej, pragną więcej. I to czasami prowadzi do rozczarowań, albo nadmiernych ambicji i marzeń, ale czy życie bez tego miałoby jakieś głębsze znaczenie? No cóż, w sumie mogę porównać, bo nie wiem, więc nie chcę tutaj za mocno oceniać.

PS Swoją drogą, wino wyzwala więcej emocji i wrażliwości, więc topienie w nim czegokolwiek nie jest dobrym pomysłem. Zamiast tego, w weekend wznieśmy toast za romantyczność, kobiecość, wrażliwość i wszystkie inne cechy, które czasami przeklinamy, ale sprawiają, że jesteśmy tym, kim jesteśmy i są tak naprawdę naszymi najlepszymi cechami, tylko tego po prostu nie widzimy 😉 Cheers! (Już tak na zapas, a ja na razie wznoszę toast herbatą, o!)

. M o g ą   C i ę    t e ż    z a i n t e r e s o w a ć :