Wywiady

Pasja zmienia życie: Paulina Kapturska

Gdyby superman posiadał siostrę, miałaby zapewne taki charakter jak bohaterka mojego dzisiejszego wywiadu. Paulina to prawdziwa superwoman – piękna, zdolna i niesamowicie ambitna. Od filmowych postaci różni ją to, że naprawdę istnieje, na co dowodem jest choćby fakt, że vegeburger z zasmażanym osbypkiem, który leżał jeszcze przed chwilą przed jej nosem, zdążył już zniknąć. Studiowała za granicą, nieustannie próbuje swoich sił w nowych dziedzinach, wiele podróżuje i lubi się wspinać – zarówno po wulkanicznych wyżynach jak i po życiowych szczytach Pisząc to mam stuprocentowe przekonanie o słuszności tych słów, bo znamy się dobre kilka lat – o ile nawet już nie dekadę? – i byłam świadkiem wielu sukcesów i zrealizowanych pomysłów. Uwielbiam jej energię, bo – choć zdjęcia z naszych sesji wypadły dosyć poważnie – to kobieta, która zaraża uśmiechem i pozytywnym nastawieniem. Mam nadzieję, że poczujecie ją czytając naszą rozmowę! 😉

Meet Paulina Kapturska

Najpiękniejsze miejsce, jakie widziałaś w swoim życiu – biorąc pod uwagę wszystkie podróże, jakie do tej pory odbyłaś?

Wybór jednego będzie trudny, bo pięknych miejsc było w każdym kraju naprawdę wiele. Bardzo dobrze wspominam Trieste, portowe miasto włoskie – a w nim Miramare, Zamek Księżnej Sissi. To wyjątkowa historia, bo owa księżna zmagała się z depresją i aby ją wyleczyć, jej bliscy zlecili wybudowanie zamku nad samym morzem. Morska woda obija się o jego mury, z każdej strony widać Adriatyk, a w środku Zamku znajduje się też malowniczy park. Jod i niesamowite widoki miały być antidotum na smutek Sissi i przyznam – to miejsce zapiera dech w piersiach. Duże wrażenie zrobiła na mnie też Wenecja – choć typowo turystyczna i oblegana przez dzikie tłumy, mimo wszystko zauroczyła mnie wąskimi uliczkami, klimatem i pyszną pizzą, którą wciąż pamiętam.

A na jakiej plaży najchętniej byś się teraz położyła?

Isola Bella na Sycylii – była cypelkiem prowadzącym na małą wysepkę i dochodziło się na nią brodząc po wodzie. Bardziej kamienista, ale wyjątkowo urokliwa i mało zatłoczona. Była inna od wszystkich plaż, które wcześniej spotkałam. Jeśli chodzi o czystość wody, chętnie wróciłabym na Skiatos – była dosłownie przeźroczysta i co najbardziej magiczne – mieniła się tak, jakby ktoś dosypał do niej brokatu. Świeciła się złotymi drobinkami.

Za jakim miejscem najbardziej obecnie tęsknisz – może nie tylko ze względu na widoki, ale też na ludzi?

Zdecydowanie za Hiszpanią! Mieszkałam w niej pół roku, więc poznałam mentalność tamtejszych ludzi, ich radość życia i sposób bycia, nastawienie do rzeczywistości.

I czym to nastawienie różni się od naszego, polskiego spojrzenia na świat? Zauważyłaś dużą różnicę?

Bez porównania. Hiszpanie są bardziej śmiali, mają w sobie więcej autentycznej radości życia i mają odwagę aby się odzywać, walczyć o swoje, być sobą. Mają w sobie więcej szczęścia i luzu. To z jednej strony bywa problematyczne, bo trudniej coś załatwić – oni mają zawsze na wszystko czas, nikomu się szczególnie nie spieszy i zawsze powtarzają „no pasa nada”. Z drugiej strony – są bardzo pozytywnie nastrojeni, mili, uśmiechają się do nieznajomych na ulicach. A kiedy jesteś przyjezdną zza granicy, tak jak ja wówczas, wszyscy pytają, dociekają – skąd jesteś, co tutaj robisz – i są naprawdę zaciekawieni i przyjaźni. Ludzie w sklepach uśmiechają się od ucha do ucha i choć cię nie znają, witają cię słowami „dzień dobry słoneczko”. I to też trzeba im przyznać – są bardzo pomocni, zarówno w małych sprawach jak i tych większych, kiedy na przykład nie wiesz jak gdzieś trafić. Doradzą i niemalże będą chcieli pójść tam z tobą i ci pokazać. Raz łapałam z koleżanką stopa, aby dojechać do Altei na wybrzeżu Costa Blanca – i pan, który nas zabrał był tak bezinteresownie miły, że choć jechał do zupełnie innego miasta, zboczył z trasy i zawiózł nas do Altei, bo nie chciał, żebyśmy stały przy ulicy i czekały na inny samochód. Ludzie sprawiają wrażenie zainteresowanych tobą – pytają, chcą wiedzieć. Swoją drogą Altea okazała się niesamowita – choć hiszpańska, klimatem przypominała Grecję. Małe, białe domki i architektura jak z bajki.

A jedzenie? Równie bajkowe? Jaką potrawę Twoje kubki smakowe pamiętają do dziś? 

Tak! Odpowiem na to pytanie jednym słowem – paella! Za każdym razem kiedy odwiedzam Hiszpanię, rzucam się na paellę z owocami morza.

Próbowałaś odtworzyć jej smak w domu? 

Nie próbowałam, bo słyszałam od wielu hiszpańskich koleżanek, że to niestety nie do końca możliwe. Taka domowa nie będzie miała takiego aromatu jak ta z restauracji, przygotowana na olbrzymiej patelni – patelnie, na których przygotowują paellę są naprawdę w i e l k i e. Sekretem pysznej paelli jest też masa przypraw, szafran i najróżniejsze niespotykane dodatki i ich proporcja, którą trudno byłoby wyważyć. Jednak znalazłam kilka przepisów, które wyglądają na godne zaufania i kiedyś na pewno mimo wszystko spróbuję przygotować swoją własną paellę!

Mam nadzieję, że zaprosisz mnie na degustację.

No dobra, ale tylko jeśli się uda (śmiech)

O jakich podróżach teraz marzysz? Dokąd najbardziej chciałabyś polecieć?

To się zmienia każdego dnia! Z bliższych wycieczek, słyszałam niedawno wiele ciekawostek o Rumunii – i bardzo chciałabym zweryfikować je na miejscu. Planuję też Tajlandię i Wietnam, bardzo chętnie odwiedzę Indie i Meksyk. Czasami odnoszę wrażenie, że wszystkie miejsca Europy są w pewnym stopniu do siebie podobne – marzy mi się więc trochę więcej egzotyki i zupełnie odmiennej kultury. Potrzebuję szoku kulturowego, dlatego ciągnie mnie teraz w dalsze strony.

Gdyby jutro Ryanair uaktywnił promocję „każdy kierunek za złotówkę” – na jakie miasto, kraj padłby Twój wybór?

Kuba albo Dominikana. Chyba bardziej Kuba – oczami wyobraźni widzę już siebie tańczącą salsę na kubańskich ulicach. Piękne plaże, wino, pełnia życia.

A chłodniejsze rejony? Skoro już uaktywniłaś tę wyobraźnię – widzisz siebie w Norwegii albo innych skandynawskich miejscach?

Na ten moment nieszczególnie – jestem za bardzo ciepłolubna! Oczywiście chciałabym obejrzeć wodospady i zorze polarne na Islandii. Te atrakcje z jednej strony kuszą, a z drugiej niskie temperatury trochę mnie hamują. Już Polska wydaje mi się za chłodna (śmiech).

Czyli na zimę najchętniej wyjechałabyś do Australii, żeby uciec od mrozów?

Tak! Boję się tamtejszych pająków, węży i rekinów, ale pewnie – Australia też jest na mojej liście. Marzę o tym, żeby pogłaskać kangura, choć podobno mają tendencje do boksowania. Cóż, najwyżej przekupię go jedzeniem.

A propos głaskania – co było przyjemniejsze w dotyku: zakopiańska owca czy hiszpański lemur?

Lemur był bardziej puszysty, choć ostrzegam wszystkich zainteresowanych – lemury niestety gryzą. Na zdjęciu wyglądają niewinnie, ale to pozory. Lemury, z którymi miałam kontakt były dosyć leniwe i łagodne, ale nie wszystkie takie są. Owca na pewno była bardziej poczciwa.

W ilu miastach się do tej pory zgubiłaś? Czy raczej mapa w ręku i GPS w telefonie sprawiają, że takie sytuacje nie mają miejsca?

Mam orientację w terenie niczym koszatniczka, więc gubienie się przychodzi mi stosunkowo łatwo… Jednak na szczęście teraz zazwyczaj podróżuję z narzeczonym, który bardzo dobrze ogarnia wszelkie mapy i topografię miast, które zwiedzamy, więc spadła ze mnie ta odpowiedzialność (śmiech). Jeśli natomiast chodzi o wcześniejsze eskapady, to zazwyczaj w każdym nowym miejscu udawałam się do punktu turystycznego po mapy, a oprócz nich wiadomo – GPS i wujek Google też bardzo pomagały, więc gubienie się nie było problemem. Lubię kiedy lokalni mieszkańcy doradzają mi dokąd się udać, co warto zobaczyć – to często najbardziej wiarygodne informacje. Co prawda pamiętam jedną historię, kiedy naprawdę się zgubiłam i przez dłuższą chwilę towarzyszył mi strach. To było milion lat temu, w Turcji, z moją znajomą Karoliną. Zgubiłyśmy się po zmroku, w nieznanej części miasta, a nie znałyśmy jeszcze dobrze lokalizacji, bo dopiero przyleciałyśmy. Nie wiedziałyśmy w którą stronę pójść. Nie wspominam tego wieczoru za dobrze, bo te emocje wciąż pozostały w pamięci. Na szczęście więcej takich przygód nie było!

Jaka była najdziwniejsza rzecz, jakiej świadkiem byłaś podczas swoich podróży? Co Cię najbardziej zaskoczyło?

Powielę temat, bo co prawda mówiłam już o zaskakującej życzliwości Hiszpanów, ale na chwilę do tego powróćmy! Kiedy podróżowałam busem po kraju i czekała mnie całonocna trasa spotkało mnie miłe zaskoczenie i kolejny akt ich bezinteresowności. Już nie pamiętam czy to była droga do Madrytu czy też Barcelony, ale na pewno było późno w nocy. Byłam sama. Jechałam, jechałam, godziny mijały, a ja nie miałam ze sobą żadnego jedzenia – prawdopodobnie wcześniej o tym nie pomyślałam. Kiedy tak siedziałam odnosiłam wrażenie, że wpatruje się we mnie chłopak z naprzeciwka. Dziwnie się patrzył. Po jakimś czasie przyszła pora przerwy na stacji benzynowej – wszyscy wyszli rozprostować nogi, skoczyć do łazienki i coś przekąsić, a ja uznałam, że niebawem dotrę do celu, więc zjem coś już na miejscu. I nagle chłopak, którego wzrok czułam wcześniej na sobie zaczął mnie zagadywać, a wówczas mój hiszpański nie był jeszcze idealny, więc się przestraszyłam. Miałam ochotę uciekać, a okazało się, że poszedł na stację kupić mi jedzenie, bo patrzył na mnie i zaobserwował, że przez tyle godzin nic nie jadłam i nie piłam i bał się, że na pewno jestem głodna! Przyniósł mi batony, jogurt i wodę. Taka niespodzianka. A propos tej bezinteresowności – w moim mieście, Murcii, miałam zaprzyjaźniony warzywniak, w którym sprzedawcy zawsze dorzucali mi do zakupów gratisy: a to figę na spróbowanie, a to trochę truskawek, kapustę… I z moich obserwacji wynika, że ludzie w tych rejonach są bardzo przyjaźni – traktują cię jak rodzinę, mimo że przecież nią nie jesteś!

Ta bariera szybciej znika?

Tak! I mam wrażenie, że nie ma takiej bariery pokoleniowej, do wszystkich mówi się na „ty”. Nie ma tych krępujących momentów przechodzenia z oficjalnych zwrotów na te bardziej prywatne. U nas w Polsce nie o wszystko wypada zapytać, niektórych tematów nie wypada poruszać. A tam każdy mówi to, co przyjdzie mu do głowy, bardziej swobodnie, bez skrępowania. Najbardziej szokujące były takie sytuacje na uczelni – bo do 60letnich wykładowców też mówi się „na ty” ! Wykładowcy przeklinają, gestykulują, są tacy ludzcy i luźni, bez względu na swój wiek.

Jak się ochłodziło! A propos: niedługo jesień, początek zimy i… Koniec roku. Czy ten okres skłania Cię do refleksji nad postanowieniami, których udało się dotrzymać? Zrobiłaś 1 stycznia małą listę?

Mam pod tym względem łatwo, bo nigdy nie robię takich postanowień. Nie mam, bo uznaję, że 1 stycznia nie zwiększy mojej motywacji – kiedy coś sobie zamarzę i zaplanuję, to robię to niezależnie od dnia i pory roku. Noworocznych postanowień nigdy nie mam. Posiadam oczywiście wiele postanowień na całe życie – ale nie potrzebuję sylwestra, żeby zacząć ku temu dążyć.

Jakie są zatem Twoje metody, aby zmotywować się do działania?

Odnoszę wrażenie, że u mnie to kwestia wysokiego poziomu motywacji wewnętrznej – i siły myśli. To samo się nakręca. Zawsze chcę zrobić coś nowego i pójść o krok dalej. Być w czymś lepsza. Także tutaj chodzi o taki wewnętrzny zasób energii. Nie posiadam raczej konkretnych technik motywacyjnych – nie umiem tego nawet wytłumaczyć, ale wydaje mi się, że zawsze byłam zmotywowaną osobą, tak po prostu! Choć to zupełnie nie dotyczy mojego procesu pisania pracy magisterskiej (śmiech), bo to naprawdę długo trwa… Na co dzień lubię dynamikę – i to mnie napędza do działania. Lubię widzieć efekty. Coś robię, okazuje się, że robię to dobrze i widzę satysfakcjonujące wyniki. Jestem z siebie dumna i widzę sens. Natomiast pisanie pracy dyplomowej jest bardzo odtwórcze, mało autorskie i dlatego to się tak dłuży….

Na jaki temat będzie Twoja praca?

Motywacji (śmiech). Także potrzebuję odpowiedzi na pytanie: jak się zmotywować do napisania pracy o motywacji, haha! A konkretny temat mojej pracy brzmi „Różnice w motywacji osiągnięć w zależności od płci, wieku i wykształcenia”. Sprawdzam czy kobiety różnią się od mężczyzn w kwestii oczekiwań względem pracy, motywacji do osiągania sukcesu i zawodowej pewności siebie. Aktualnie i kiedyś – w pokoleniu naszych rodziców i dziadków. Jakie różnice występują pomiędzy tymi pokoleniami, co się zmieniło z biegiem czasu. Tezą mojej pracy będzie najprawdopodobniej to, że kiedyś tych różnic było więcej, a teraz na szczęście powoli znikają. W tym momencie, w naszych czasach obserwuje się u ludzi dużo wyższy poziom motywacji osiągnięć, ale nie ma dużego zróżnicowania między płciowego. Moją grupą badawczą były osoby z wykształceniem średnim i wyższym. Także moja grupa była dosyć homogeniczna – trudno ocenić jakie tendencje kształtowałyby się w innych kręgach, na trochę niższych szczeblach edukacyjnych.

Jakie wyzwanie zawodowe, z jakim zmierzyłaś się do tej pory, uznajesz za największy sukces?

Myślę, że największe jest dopiero przede mną – zaczynam pracę w nowej branży i to na pewno niezły challenge. Będę się zagłębiać w tematy motoryzacyjno-logistyczno-produkcyjne. Do tej pory zawsze łączyłam pracę ze studiami, a niedługo po raz pierwszy w życiu skupię się na tylko jednej sferze. Nowe stanowisko, nowe środowisko. Duże zmiany. Natomiast gdyby sięgnąć do przeszłości i przyjrzeć się minionym wyzwaniom, myślę, że koordynowanie grupy projektowej było jednym z tych największych – podjęłam się tego na 2 roku studiów, a cała trudność polegała na tym, że musiałam zmotywować ludzi do wykonywania pracy i realizacji projektu pomimo tego, że nie dostawali za to żadnego wynagrodzenia. I udało się! Zbudowaliśmy zespół, a projekt został doprowadzony do samego końca. Udało się obudzić w nich wewnętrzną motywację, pomimo braku motywacji finansowej. Właśnie dlatego tak dobrze to wspominam – zadanie wydawało się trudne, ale duch pozytywnej energii wygrał. To było moje pierwsze doświadczenie tego typu. Ludzie mocno się zaangażowali. Robiliśmy wiele burz mózgów. Udzielił im się mój entuzjazm – że robimy fajne, rozwijające rzeczy i możemy je zrobić na dobrym poziomie.

Gdzie czujesz się lepiej – w pracy indywidualnej czy grupowej? 

To pytanie często pada na rozmowach kwalifikacyjnych (śmiech)

Gdybym była rekruterem przyjęłabym Cię do każdej pracy, bez pytań, przecież o tym wiesz!

Haha. Na pewno dobrze czuję się w grupie, ale na stanowiskach niezależnych również się odnajduję. Choć przyznam szczerze: u w i e l b i a m  kreatywne burze mózgów! Ta forma zawsze bardzo wiele wnosi i przynosi świetne efekty. Jestem w tej kwestii bardzo elastyczna: tu i tu czuję się dobrze.

Jaka cecha najbardziej przeszkadza Ci u innych ludzi? Na przykład u tych, z którymi pracujesz/pracowałaś?

Brak elastyczności i brak chęci przyjęcia jakichkolwiek argumentów. Staram się zawsze wysłuchać każdej ze stron i dojść do wspólnej wizji , ale zdarzają się ludzie, którzy są tak apodyktycznie dominujący, że mówią „nie ma dyskusji, musi być po mojemu!” – i nawet kiedy zupełnie nie mają racji i tak kłócą się do upadłego i wiecznie wiedzą wszystko najlepiej. Arogancja bardzo mi przeszkadza. Brak chęci współpracy.

Myślisz, że ukończenie studiów psychologicznych w dużym stopniu wpłynęło na Twój sposób patrzenia na świat i postrzegania ludzkich charakterów?

Myślę, że tak! Skłamałabym mówiąc, że nie diagnozuję niektórych ludzi (śmiech).  Zauważam pewne schematy, często pojawiają się różne analityczne myśli, pokroju „może jego/jej zachowanie jest spowodowane tym i tym…”. To przychodzi już trochę podświadomie, czy tego chcę czy nie. Gdyby przyjrzeć się temu co dały mi te studia, na pewno powiedziałabym, że zaczęłam na wszystko patrzeć znacznie głębiej. Na zjawiska społeczne dookoła mnie i na poszczególne, indywidualne przypadki. Może to podejrzane – ale naprawdę uwielbiałam moje studia! Czuję, że wiele mi dały. Wielu bliskich odradzało mi ten kierunek – bo mało perspektywiczny, lepsza byłaby Politechnika… A ja jednak się uparłam i widzę, że dobrze zrobiłam, bo wiedza zdobyta podczas tych wszystkich wykładów, ćwiczeń i praktyk była bezcenna. Mogę ją wykorzystać w każdej dziedzinie życia i pracy. Swoją drogą: psychologia pracy i jej organizacji była dużą częścią moich studiów. Mieliśmy zajęcia z marketingu, reklamy, zarządzania zasobami ludzkimi – także moja obecna praca, praca w biznesie jest moim zdaniem jak najbardziej pracą w zawodzie. Miałam też bardzo dużo zajęć na temat rekrutacji. Później kiedy chodziłam na rozmowy kwalifikacyjne, widziałam błędy rektuterów! (śmiech).

Jakie błędy najczęściej się powtarzały?

Trzeba założyć, że ludzie kłamią – szczególnie wtedy, gdy bardzo zależy im na danym stanowisku. A rekruterzy bywają bardzo naiwni i myślą, że rekrutacja polega na tym, że pozytywne wrażenie wystarczy. A istnieje wiele technik autoprezentacji, kandydaci przedstawiają się od jak najlepszej strony, deklarują nie wiadomo co, a dopiero później wychodzi na jaw cała prawda. A przecież to dało się wcześniej przewidzieć, dopytać, bardziej przeanalizować! Rekruterzy wciąż zadają pytanie „jaka jest Twoja słaba strona?” z nadzieją, że dostaną szczere odpowiedzi. A kto będzie się zwierzał ze swoim defektów? Prawie każdy powie „Moją największą wadą jest pracoholizm. Zaniedbuję życie prywatne, bo praca jest moją pasją!” – i wówczas taki szef jest zachwycony, bo tego właśnie szuka i to chciał usłyszeć. A jednak wiadomo, że to raczej mija się z prawdą… Także to nie jest pytanie, które daje obiektywny obraz kandydata.

Szczególnie jeśli owy kandydat już raz postawił na szczerość i zauważył, że to się nie opłaca, bo szczere odpowiedzi nie są tym, czym zapunktują w oczach szefa, podczas gdy konkurencja tak ładnie ubarwia rzeczywistość.

No właśnie. Dlatego nawet pytanie „wymień swoje dobre cechy” nie jest szczególnie miarodajne. Ludzie wymieniają te cechy, które pracodawca chce usłyszeć. Myślę, że to duży błąd, który często zauważałam w rekrutacjach, w których brałam udział. Pytania za mało bazują na realnym doświadczeniu. Rozmowa jest bardzo ważna, ale zamiast pytać „jaka jest Twoja dobra strona?”, lepiej byłoby zapytać „jak poradziłaś sobie w stresującej sytuacji z trudnym klientem? Jaki był najtrudniejszy klient, jaki Ci się przytrafił?” – jeśli ktoś rekrutuje na stanowisko sprzedawcy. Konkretna sytuacja, w której trudniej skłamać! Albo taki case: Co byś zrobił, gdyby przyszedł taki klient i powiedziałby do Ciebie to i to? Wtedy sprawdzamy zdolności myślowe, zaradność i przygotowanie. Czy kandydat ma wiedzę,  kulturę i pomysły. Na reakcję ma tylko kilkanaście sekund, więc na jaw wychodzą prawdziwe cechy. Ktoś może deklarować „jestem bardzo komunikatywna i lubię kontakt z ludźmi”, ale nie poradzić sobie z takim zadaniem. To mówi wtedy samo za siebie.  Brakuje pytań behawioralnych. Ludzie spoza branży HRowej nie znają wielu cennych technik rekrutacyjnych, a szkoda, bo przez to rekrutacje są mniej efektywne i wybory padają na nieodpowiednich kandydatów, a co za tym idzie – firma uzyskuje gorsze wyniki.

Jak udaje Ci się odnaleźć równowagę pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym?

Myślę, że najważniejszy jest szacunek do samego siebie. Jeśli pracodawca mówi Ci „musisz pracować 15 godzin dziennie, z tego 7 za darmo” nie możesz tego zaakceptować, bo w ten sposób umniejszasz wartość swojego czasu, zdrowia i prywatnych potrzeb. Nie można dać się wykorzystać – jeśli pracodawca zauważy, że pracownik jest za bardzo ugodowy, podatny na manipulacje i jest w stanie wiele poświęcić dla pracy, na pewno będzie nadużywał tej wiedzy. Świetnie mieć satysfakcjonującą pracę, w której człowiek się spełnia i realizuje, ale trzeba pamiętać o tym, że praca to nie wszystko i nie można budować całego mniemania o sobie tylko na podstawie osiągnięć zawodowych. Po pracy trzeba mieć też do czego wrócić, coś swojego.

A kiedy praca sprawia naprawdę dużo przyjemności – jak nie popaść w pracoholizm? Kiedy pracodawca nic nie mówi, na nic nie naciska, ale to Ty czujesz, że ciągle można zrobić coś lepiej, więcej?

Jeśli ktoś nie ma potrzeby tej równowagi, to to może nie być nic złego. Problem pojawia się wtedy, kiedy taka osoba ma rodzinę i bliskim nie odpowiada jej styl życia, widzą w tym przeszkodę normalnego funkcjonowania, bo partnera nigdy nie ma, jest wiecznie zajęty. Kiedy ktoś mieszka sam i pracuje po 12 godzin dziennie –  jest przyzwyczajony do takiego funkcjonowania, nie jest zmęczony i czuje, że się realizuje i że to jest dla niego dobre – pewnie, czemu nie. Problem rodzi się wtedy, kiedy ten pracoholizm neguje inne potrzeby, bądź potrzeby innych ludzi z bliskiego otoczenia. Drugą sprawą jest to, że trzeba pozwolić sobie na gorsze dni – dzisiaj jestem mniej efektywna, ale jutro będę bardziej. Nie zawsze po trupach do celu – nie można zapominać o tym, że jesteśmy ludźmi, a nie robotami. Niektórzy ludzie sobie na to nie pozwalają i to naprawdę szkodzi zdrowiu i psychice. Warto znaleźć czas dla przyjaciół i znajomych. Warto mieć pasję, żeby świat nie skończył się w momencie przejścia na emeryturę – bo nagle pojawi się przytłaczający dylemat co zrobić z wolnym czasem. Spełnienie poza pracą jest bardzo ważne.

Co Tobie daje takie spełnienie po godzinach?

Podróże. Najlepiej się czuję w trasie – każdy trip napawa mnie wewnętrzną radością. Czasami to spełnienie przychodzi wraz z naprawdę małymi rzeczami – cenię sobie czas na film lub książkę. Nawet przeczytanie jednego rozdziału wprawia w inny nastrój. Obejrzenie kilku odcinków serialu. To są małe przyjemności, ale to one budują nasze życie w dłuższym rozrachunku.

I już na sam koniec – za co trzymać kciuki w najbliższym czasie? 

Za moją obronę, za dobry start w nowej pracy i za oszczędzanie na dalsze podróże!

. M o g ą   C i ę    t e ż    z a i n t e r e s o w a ć :