Przemyślenia

Niespodziewane pożegnanie

Co jest najtrudniejsze w nieoczekiwanym pożegnaniu kogoś, kogo bardzo kochamy? Miniony miesiąc  brutalnie zasugerował mi podpowiedź: konieczność postawienia grubej linii pomiędzy wspólną przeszłością a teraźniejszością. Tak naprawdę to nie jest nawet zadanie do wykonania – bo to nie my, a życie rysuje tę kreskę. Może to właśnie dlatego tak trudno patrzeć na nią oczami niezaszklonymi łzami? Nie mamy na nią najczęściej żadnego wpływu. Ona po prostu j e s t. Pojawia się nagle i nie da się jej zetrzeć, skreślić ani zamalować. Wspomnienia, plany marzenia – wszystko w jednej chwili zmienia swój status. Nie będzie już wspólnej przyszłości, więc pozostaje rozpamiętywanie minionych chwil. Nagle nadchodzi świadomość, że one już nigdy nie wrócą i nic nie będzie już takie samo. Na początku pomyślałam, że zostawię te refleksje dla siebie, bo to bardzo intymny temat. Z drugiej strony, pomimo swojej prywatności, jest nieodłączną częścią każdego życia – każdy musi się z nim zmierzyć, w różnych okolicznościach, różnych momentach… Nawet gdyby się przed nim chować, uciec się po prostu nie da. Naszła mnie później myśl, że smutek trzeba oswajać i gdyby moje spostrzeżenia miały pomóc choć jednej osobie, która zmaga się z tym samym, chcę się nimi podzielić. Sama w momencie największej kumulacji poczucia bezradności i fali żalu, która nadpłynęła razem z nim, znalazłam pocieszenie w cudzych słowach. Wierzę więc w to, że mogą mieć moc. 

Odniosłam nieraz wrażenie, że śmierć jest tematem tabu – szczególnie ta ludzka. Jest wątkiem, który paraliżuje i zamyka usta. O śmierć mojego czworonożnego kumpla dopytywali niemal wszyscy moi znajomi – co się stało, jak, dlaczego i przede wszystkim – co teraz, jak radzę sobie z tęsknotą i czy nie zamierzam znieczulić emocji przygarnięciem nowego przyjaciela. Pewnie, dla jednych to był tylko pies, niemogący równać się z innymi członkami rodziny, dla mnie był to jednak prawdziwy towarzysz, z którym spędzałam długie, często samotne dni pracy przy komputerze – jedliśmy razem hot-dogi, wałkowaliśmy razem My heart will go on (autentycznie: ja śpiewałam, on wył), chodziliśmy na długie spacery, był przy mnie kiedy wyjadałam tony lodów czekoladowych prosto z pudełka po rozstaniu z pierwszą poważniejszą miłością, a kiedy bolał mnie brzuch, płakałam przez niezdany egzamin albo niepowodzenie w pracy, przychodził i kładł się na mnie, fundując mi najskuteczniejszą dogoterapię.

Po śmierci mojego dziadka, która była znacznie bardziej niespodziewana, zostałam z gonitwą myślami niemalże sama – bo za każdym razem, kiedy chciałam opowiedzieć o tym, co właściwie się stało, zostawałam z podciętym zdaniem na ustach, pospiesznie i niemalże automatycznie pocieszana zapewnieniem „wiem, że jest ci ciężko, ale wszyscy musimy przez to przejść, jest teraz w lepszym miejscu…”. Jak uniwersalna mantra, która jest wygłaszana za każdym razem w podobnym przypadku. Szybkie jej wypowiedzenie, niezręczna chwila ciszy i powrót do opowieści o codzienności drugiej osoby.

Po kilku dniach wszyscy oczekują, że już właściwie po wszystkim. Przeczekują aż smutek minie. Koleżanki wypatrują momentu, w którym poczują, że pora wyłączyć tryb „jest jej smutno, więc nie będę opowiadać o s tu szczegółach bielizny, którą kupiłam dla chłopaka, bo chyba nie wypada”. Może faktycznie nie wypada, ale z drugiej strony wszystko lepsze jest od skrępowanego spojrzenia mówiącego „nie wiem co powiedzieć”. Bo nie chodzi przecież o słowa.

Może właśnie dlatego samotność daje na początku większą ulgę, bo obecność kogoś, kto stresuje się tym, co powinien powiedzieć, albo czego nie powinien mówić, obciąża obie strony, a napięcie wiszące w powietrzu mocno się udziela? Słowa są zbędne, bo na temat śmierci powiedziano już wszystko – ale wciąż, żadne słowa niczego nie zmienią. A pierwsze doby to zataczający się okrąg niedowierzania i powolnego przyjmowania do świadomości tego, co właśnie się stało.

Niedawna śmierć mojego dziadka nadeszła nieoczekiwanie – był zdrowym, wciąż w pełni sprawnym człowiekiem. Dlatego tak trudno w to uwierzyć.  Dzień wcześniej odśnieżał cały podjazd, był na długim spacerze, pozornie nic mu nie dolegało. Nagle stanęliśmy u progu jego życia, choć nigdy nie pomyślelibyśmy, że to może być ten moment. Nie wiedzieliśmy. Nieoczekiwane sytuacje rodzą więcej emocji – bo nie zostaliśmy do nich przygotowani, bo nie było czasu, aby pogodzić się z ryzykiem i pesymistyczną myślą.

Choć tak naprawdę myślę, że nikt ani nic nie jest w stanie przygotować do pożegnania. Nawet długi pobyt w szpitalu lub wcześniejsza świadomość choroby – zdaniem wielu wtedy jest łatwiej, ale przecież wciąż jest bardzo bardzo trudno.

jak poradzić sobie z nieoczekiwaną żałobą, pożegnanie z dziadkiem

Myślę, że każda osoba, która musiała nagle pożegnać się z kimś bardzo bliskim, pomimo względnego milczenia, czuje potrzebę uzewnętrznienia się i podzielenia się tymi emocjami, z kimś kto mógłby zrozumieć. Ale nie każdy jest w stanie – i chyba trzeba to po prostu uszanować i nie martwić się brakiem wsparcia.

Kiedyś zagłębiałam się w różne nieprzydatne mi (wówczas) treści – i znalazł się wśród nich artykuł na temat wspierania kogoś pogrążonego w rozpaczy po śmierci. Myśl przewodnią pamiętam do dziś – nigdy nie mów „wiem co czujesz”, bo przecież tak naprawdę nie możesz wiedzieć przez co przechodzi w danym momencie druga osoba Przemknęło mi przez głowę, że to chyba mała przesada – przecież to, przynajmniej na oko, całkiem właściwe słowa. Empatyczne. Miłe. Mogące podnieść na duchu.

Dzisiaj wiem już, że to nie w tym krótkim zdaniu leży problem – tak naprawdę wszystko zależy od tego, co powiemy chwilę później. Te słowa same w sobie są bardzo sympatyczne, pod warunkiem, że nie następuje po nich dalsza część, która natychmiast wyklucza jakąkolwiek możliwość porównywania uczuć. I która pozostawi naszego rozmówcę zasmuconego faktem, że porównujemy rzeczy, które mają się do siebie całkiem tak jak piernik do wiatraka. Przecież gdy ktoś wyznaje nam, że zmaga się z nowotworem, nie wyznamy „wiem co czujesz, bo przechodziłam niedawno grypę”. Bo to po prostu nie na miejscu, to nie jest ta sama skala problemu i zamiast pomóc, zdołowałaby chorego jeszcze bardziej.

W przypadku smutku działa dokładnie ten sam mechanizm. Pozwólcie, że przytoczę mały przykład z własnego życia. Kiedy tłumacząc swoją psychiczną nieobecność, powiedziałam kilku koleżankom, z którymi pracuję nad projektami, że mój dziadek jest w szpitalu, ma maksymalnie 10% szans na przeżycie i w ciągu 48 godzin okaże się czy jego serce przetrwa walkę z sepsą, do której doszło przez błąd lekarzy. Że jest w śpiączce i walczy o życie, choć chwilę temu był stuprocentowo zdrowy… Usłyszałam wspomniane wcześniej „ojej, wiem co czujesz, mój też niedawno słabo się czuł”. Tylko, że tutaj nie chodziło o samo słabe samopoczucie, a o walkę o życie na IOMIE. Porównanie, które miało za zadanie wesprzeć, albo dodać otuchy, może przypadkiem zabrzmieć nieco niewłaściwie, bo przyrównywanie zupełnie innych sytuacji, umniejsza albo powiększa wagę jednej z nich. Obiecuję sobie, że będę zwracała na to uwagę, pocieszając w przyszłości bliskich mi znajomych.

jak poradzić sobie z nieoczekiwaną żałobą, pożegnanie z dziadkiem

Mój dziadek odszedł mając 87 lat. Myślę sobie, że bardzo chciałabym też tylu dożyć, doświadczyć tylu sukcesów, podróży, miłości. To wciąż za krótko – był moim wzorem w tak wielu kwestiach, zainspirował mnie do, zachęcił do spełniania marzeń. Wierzył we mnie, kiedy inni wątpili i zniechęcali do odważniejszych kroków. Podczas pogrzebu starałam się nie koncentrować na sobie, na tym jak bardzo będzie mi go brakowało, że zostanę z tyloma pytaniami i słowami zupełnie sama, tylko wysłuchać historii jego życia z ust dalszych krewnych, dowiedzieć się czegoś nowego, o osiągnięciach, którymi nigdy się nie chwalił. Pomimo skondensowanego smutku, postanowiłam sobie, że skupię się na docenianiu tego, jak piękne i pełne siły życie przeżył. Właściwie chciałabym, aby właśnie na tym polegały pogrzeby – na odkurzeniu najpiękniejszych wspomnień i podziękowaniu za wszystkie niezwykłe momenty. Próbuję wytłumaczyć to sobie w ten sposób – nie chciałabym aby na moim pogrzebie ludzie, których kocham nad życie (i ci, których dopiero w ciągu kolejnych etapów tego życia pokocham) wylewali gorzkie łzy, przeklinali się za to, że nie poświęcili mi więcej czasu, albo że coś zrobili nie tak – wolałabym, żeby wygrzebali nasze zdjęcia, najbardziej zabawne chwile i wzruszyli się tym, że mieliśmy szansę tyle razy się wspólnie śmiać, gotować, wygłupiać albo rozkminiać niewyjaśnione zagadki ludzkości, dochodząc do absurdalnych wniosków. Niezależnie od tego jak to wygląda od drugiej strony – i czy będę patrzyła z jakiegoś miejsca na swój pogrzeb przez niewidzialną szybę, czy będę w tym czasie w zupełnie innej czasoprzestrzeni jako nowa indywidualność – chciałabym mieć świadomość, że moje życie wpłynęło na innych. Że wzajemnie odmieniliśmy swoje życia na lepsze. I że nie żegnamy się w rozpaczy i rozżaleniu, a w miłości, szczęściu i wdzięczności za wszystkie piękne wspomnienia, które stworzyliśmy.

Mój dziadek przeżył piękne życie. Nie wywodził się z zamożnego domu, wręcz przeciwnie, ale ambicjami i wytrwałością, doszedł właśnie tam, dokąd pragnął. Uwielbiał rysować – miłość przerodziła się w talent do projektowania, został uznanym architektem i urbanistą. Sporo podróżował, pracował w wielu krajach (przez kilka dobrych lat w Algierii), poznał świat od wielu stron, o których opowiadał mi nad kompotem z własnoręcznie wydrylowanych wiśni. Po przejściu na emeryturę hodował borówki, pomidory, morele… Częstował mnie nimi latem, śmiejąc się, że potrzebuję witamin, żeby mieć siłę pójść w jego ślady. Miał wyjątkowo wrażliwe serce – nigdy nie wybaczę sepsie za to, że je uszkodziła, ale wiem ile dobra się w nim skrywało, ile sentymentu do każdego szczegółu codzienności, ile altruizmu… Nad życie kochał zwierzęta, zimą montował w ogrodzie karmniki dla ptaków i codziennie wzruszał się obserwując jak wyjadają wysypane ziarna. Przez długie lata opiekował się wygłodzoną przybłędą -czarnym kociakiem – i nie wierzył w to, że tak głośno miauczący kocur w kolorze świeżej smoły mógłby komukolwiek przynieść pecha. Zagwarantował mojej babci bezpieczeństwo i szczęście, pokazał jej świat, którego wcześniej nie znała, zaraził miłością do sztuki. Pisał piękne wiersze – miał nawet szansę je wydać, jednak skromność wygrała i postanowił zatrzymać je w szufladzie. Nie wiem czy o tym wiedział, ale mam u siebie jeden tomik-kopię roboczą. Był mistrzem dobierania właściwych słów. I choć nie powiem mu już nigdy jak bardzo go podziwiam, jak niezastąpiony jest w moich oczach, nie chcę płakać, bo wiem, że nie chciałby widzieć mnie smutnej. Zawsze uśmiechał się w odpowiedzi na mój uśmiech. Więc staram się uśmiechnąć, doceniając to, jak wiele pięknych wspomnień pozostawił – z nadzieją, że on też gdzieś się teraz uśmiecha…

Jeśli ktoś z Was przechodzi przez podobną sytuację – pamiętajcie, że osoba, z którą dane nam było się pożegnać, nie chciałaby, abyśmy płakali, izolowali się od świata, albo rezygnowali z marzeń. Przecież zawsze życzyła nam ich spełnienia i cieszyło ją nasze szczęście. Zadbajmy więc o nie, dla niej.

. M o g ą   C i ę    t e ż    z a i n t e r e s o w a ć :